Argentyna i Javier Milei, a po nim choćby potop… (4)
X X X
Prezydent Argentyny chce być prekursorem rozbijania klasycznej państwowości. Dla wrażliwych uszu wolnościowców i innych zamkniętych w konserwie, konserwatywnych do bólu, będzie to robił wespół z „uczciwymi” firmami rodzimymi, które przejmą rolę skostniałych gmachów, urzędów, biurek, bezdusznych komputerów. Ochroniarze zaprowadzą ład, bo się im zapłaci. Sędziowie zaprowadzą ład, bo się im zapłaci więcej, służba zdrowia zaprowadzi ład, bo leczyć będzie tylko bajecznie bogatych; reszta? Reszta niech szuka pomocy u wędrownych znachorów lub niech umiera, byle z dala od oczu tych, którzy mają zawsze dobry nastrój, dobrze skrojony garnitur i dom w pełni zintegrowany zdalnie z najnowszym modelem smartfonu.
Gospodarka argentyńska jest w koszmarnym stanie. Zadłużenie, inflacja, bezrobocie, same rekordy. Plan znacznej redukcji biurokracji rządowej jest szczytny, ale prawdopodobnie skończy się jak w Polsce, czyli każdy minister będzie proponował, żeby obcinać u kolegów i będzie rozbudowywał własne imperium. Milei pomysł ma na pozór prosty i logiczny: skoro krajowa waluta jest zniszczona, to trzeba ją zastąpić czymś stabilnym – dolarem. Milei chce zlikwidować bank centralny i uczynić dolara pieniądzem krajowym. Ponieważ jego wartość nie zależy od kondycji argentyńskiej gospodarki, to nie będzie spadała. Stabilna wartość pieniądza zmniejszy oczekiwania inflacyjne obywateli i ograniczy inflację. Libertarianie (jest z nimi Javier Milei) są tymi samymi liberałami. Z wyjątkiem jedynego prawdziwego podejścia do pieniędzy. Bez ryb (bez złota) i dolar to pieniądz. Lepsze niż peso czy ruble. Ale horyzont gospodarczy wszystkich liberałów ogranicza się do jednej rzeczy: kupna i sprzedaży. Na wszystkich kursach ekonomii nie ma ani słowa o tym, jak stworzyć konkurencyjny przemysł (jak w Kapitale Karola Marksa).
Sama manipulacja monetarna, nawet jeśli jest słuszna, nie wyzwoli się z zacofania. Wszystkie obecnie rozwinięte kraje wyszły z zacofania poprzez aktywną politykę przemysłową państwa. Argentyna od bardzo dawna znajduje się pod kontrolą amerykańskiego kapitału. Ekonomicznie nic się nie zmieniło.
A zaledwie 50 lat temu Argentyna dorównywała Australii. Ale Australia jest również pod kontrolą stolicy, tylko angielskiej, ale z jakiegoś powodu kwitnie i pachnie. Milei chce drastycznie ściąć wydatki państwowe, zostawić naród samemu sobie, żeby można było obniżyć podatki, a większą część przychodów podatkowych przeznaczyć na spłatę wierzycieli. Jeśli Argentyna zacznie spłacać długi, to odzyska „zdolność kredytową” i będzie mogła pożyczać pieniądze na niższy procent. Niski koszt obsługi zadłużenia plus niska inflacja plus „tanie państwo” – to ma być recepta na uratowanie Argentyny przed ostatecznym upadkiem.
Na pierwszy rzut oka ma to sens, prawda? Kłopot w tym, że Argentyna nie jest w stanie zrobić tego w bezpieczny sposób. A tym sposobem byłoby zostawienie peso, ale związanie jego wartości na sztywno z amerykańskim dolarem. A więc ustalenie, że peso będzie wymieniane na dolara po stałym, gwarantowanym przez bank centralny kursie. Wówczas peso przestałoby tracić realną wartość, a ludzie przestaliby się go pozbywać. Sęk w tym, iż aby to zrobić trzeba mieć duże rezerwy walutowe. Jeśli bank centralny nie będzie w stanie bronić „obiecanego” poziomu kursu, sprzedając dolary za każdym razem, gdyby wartość peso zaczęła spadać, nie osiągnie efektu stabilizacji sytuacji. A Argentyna rezerw walutowych praktycznie nie posiada. (Cdn.)
Roman Boryczko,
grudzień 2023

