PolecaneRzeczypospolita

Na dobre relacje jest już za późno? (2)

X X X

Niemcy są bardzo zadowolone z tego stanu rzeczy, bowiem Polska jest pewnego rodzaju równoważnią między polityką prorosyjską a polityką nieszczęśliwej podległości USA (pamiętamy tło historyczne, sięgające klęski III Rzeszy i roku 1945). Największy kraj wśród nowych członków UE i NATO, ważny i problematyczny partner Niemiec, wpływowa siła, mająca specjalne interesy w zachodniej części przestrzeni poradzieckiej – wszystko to sprawia, że opinia Warszawy jest ważna nie tylko dla tych zachodnich polityków, którzy wyznają oparte na wartościach i moralizujące podejście do stosunków międzynarodowych.

Przypomnijmy, iż udział Polski w handlu zagranicznym Niemiec jest trzykrotnie większy od udziału Rosji, więc Berlin z powodów czysto pragmatycznych może często wyżej cenić dobre stosunki z sąsiadem z bliskiego wschodu niż z dalekim. Polsko-niemiecki dialog na temat wspólnej historii rozpoczął się znacznie wcześniej, w okresie zimnej wojny i trwa od tego czasu już ponad pół wieku, prowadzony konsekwentnie i starannie, przy zaangażowaniu ogromnych środków i w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach.

Niedawno minęła 55. rocznica listu otwartego polskich biskupów do Niemców, wzywającego do wzajemnego przebaczenia oraz 50. rocznica słynnego gestu kanclerza Niemiec, Willy Brandta, który padł na kolana przed pomnikiem w getcie warszawskim, wyrażając skruchę za zbrodnie nazistów. Od tego czasu niemieccy przywódcy i osoby publiczne różnych szczebli wielokrotnie przepraszali Polaków. Powstało mnóstwo wspólnych komisji, projektów, organizacji pozarządowych, konferencji poświęconych wspólnej historii. Od końca lat 80. dzieje się to w sprzyjających warunkach jednoczenia Niemiec i Europy, kiedy Niemcy i Polacy gotowi byli do ogromnych ustępstw w celu przezwyciężenia rozłamów zimnej wojny i uczynienia Europy Wschodniej częścią Zachodu. politycznie, ekonomicznie i pod względem wartości.

Mija pół wieku, Niemcy i polityka tego państwa akcentują, że w swej przyjaźni i hojności zapłacili już za „swoje winy”, a jednak pół wieku tej żmudnej i wszechstronnej pracy, w którą zaangażowana była ogromna liczba ludzi dobrej woli z obu stron, nie przeszkadza obecnemu rządowi polskiemu w domaganiu się od Niemiec wielomiliardowych odszkodowań za straty, poniesione w czasie II wojny światowej. Premier RP Mateusz Morawiecki podczas uroczystości 74. rocznicy wyzwolenia Auschwitz mówił o tym, jak niebezpiecznie nasiliły się próby rozmycia niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie nazistów. Polska nie ograniczyła się do przekazania noty Niemcom, ale podjęła działania na forum ONZ oraz zaproponowała międzynarodową konferencję na temat odszkodowań. „Wobec nieustępliwości Niemiec, konieczne jest odwołanie się również do sądu międzynarodowego”.

Niemcy twierdzą, iż podpisany w 1990 roku w Moskwie układ w sprawie zjednoczenia Niemiec był traktatem pokojowym, który zamknął kwestię odszkodowań. Jednak Polska nie była jego stroną”. Niemcy płacić nie zamierzają a polska „niezdarna nieustępliwość”, nastawiona na efekt wizualny, może być generowana w nieskończoność, niezależnie od szybkości i staranności ich zaspokojenia przez drugą stronę. Wydawałoby się, ile ich już było – gestów niemieckiej skruchy w ciągu ostatnich 50 lat.

Ale dziś Polska wciąż domaga się od Niemiec jeszcze jednej rzeczy: wzniesienia w Berlinie pomnika, specjalnie dla polskich ofiar nazizmu. Musi być odrębny, nie łączony z innymi kategoriami ofiar. I nawet to, że w Berlinie stoi już pomnik polskich żołnierzy II wojny światowej, tu nie pomaga. Nie, nie pasuje, bo jest cofnięty w czasy sowieckie, przedstawia zły polski herb – i ogólnie młodzież niemiecka jeździ po nim na deskorolkach, co nie tworzy odpowiednio żałobnej atmosfery. Wiadomo, że gdy pomnik zostanie postawiony – nawet z odpowiednim herbem i odpowiednią atmosferą – natychmiast pojawi się żądanie czegoś innego. Bo tej kwestii nie da się zamknąć: bez niej upada jeden z fundamentów polskiej tożsamości narodowej, upada całość tego, jak Polacy postrzegają siebie i swoje miejsce w Europie i świecie. Polacy jako naród, któremu Niemcy nie są już nic winni, nie są już Polakami.

W ciągu tych trzech dekad władza w Polsce zmieniała się wielokrotnie, a w wolnych wyborach dobrobyt ludzi znacząco wzrósł, zaś sam kraj stał się pełnoprawnym i aktywnym członkiem prestiżowych stowarzyszeń zachodnich, takich jak Unia Europejska czy NATO. Jednak wszystkie te korzystne zmiany miały niewielki wpływ na fakt, jak Polacy postrzegają siebie i swoją historię, szczególnie w warstwie propagandowej i w warstwie historycznej widzenia samych siebie.

Stosunkowo niedawne – z 2019 r. – badanie socjologiczne pokazuje, że 74% Polaków uważa, że naród polski wycierpiał więcej niż wszystkie inne w historii nowożytnej. To przekonanie jest długotrwałym narodowym konsensusem z minimalnymi różnicami między pokoleniami i grupami społecznymi. Wśród osób z wyższym wykształceniem będzie ich tylko trochę mniej – 63%. A wśród młodych ludzi w wieku 18-29 lat – 67%. Oznacza to, iż nawet ci Polacy, którzy sami nie znaleźli niczego prócz raczej dostatniego życia w Unii Europejskiej, wciąż są przekonani, że na tle reszty świata ich naród wyróżnia się szczególnym cierpieniem. My sami łapiemy się na mit szlachetnego, prawego, religijnego bez skazy obrazu narodu-ofiary, który szlachetnie przegrywa z przeważającymi siłami wroga, ale w tej klęsce odnosi moralne zwycięstwo.

Konkretne okoliczności tej porażki oczywiście bardzo się zmieniły. Miejsce okupacji 1939 i Powstania Warszawskiego 1944 zajęły teraz wybory przewodniczącego Rady Europejskiej, w których Polska sama głosowała przeciwko pozostałym 27 krajom UE (jak na ironię przeciw polskiemu kandydatowi, wspomnianemu już liberalnemu politykowi premiera Tuska). Ale same emocje nie zniknęły. Społeczeństwo polskie nadal uważa pragmatyzm i kompromis za coś niskiego i niegodnego. Walczyli do upadłego, dowódca odprowadził wzrokiem ostatniego żołnierza, po chwili rozerwał się granatem. Legenda kapitana Raginisa co roku przywołuje nad Wiznę coraz liczniejsze grono miłośników polskiej historii. Szwedzki zespół Sabaton, tylko łechce nasza przegraną sprawę, przytaczając rozkaz dowódcy obrony Wizny: „Walczyć do upadłego! Ziemi nie oddać!”.

O godzinie 17:00 1. sierpnia przez wiele lat z rzędu czcimy przegranych, zdesperowanych mieszkańców Warszawy, którzy wystąpili zbrojnie przeciw wojskom niemieckim, okupującym stolicę Polski. W przypadku naszego kraju i jej mieszkańców wypadła dosyć zaskakująca prawidłowość. Polskie doświadczenie jest najbardziej dobitnym dowodem na to, jak płonne są nadzieje, iż wzrost dobrobytu, demokratyzacja życia publicznego i zmiana pokoleń mogą poważnie zmienić sposób, w jaki naród postrzega siebie i swoją historię. Nie ma sensu oczekiwać, że sam czas coś tam uleczy i ukoi. Niektóre procesy mogą się nawet cofnąć i zamienić w coś straszliwie destrukcyjnego. Rozmiar głupoty społecznej w czasie zarazy Covid-19, gdzie władza pozwoliła sobie na wszystko, a w zamordyzmie brylowała w czołówce państw opresyjnych, dziś tępą propagandą mówi, iż PiS chroni homogeniczność Polski, którą przecież zukrainizowano bez jednego wystrzału. (Cdn.)

Roman Boryczko,

28.05.2023

(Visited 73 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *