Idiokracja
Idiokratyczne Stany Zjednoczone
Wiadomości to dziś niekończący się ciąg zdarzeń i problemów: wszystko się sypie, oczekiwania legną w gruzach, a zagrożenia czyhają na każdym kroku. Chaos. To .
Dzieje się tak wiele rzeczy, że trudno za tym wszystkim nadążyć – więc większość ludzi, byle tylko przetrwać dzień, nawet nie próbuje. Chronią się w swojej strefie komfortu: seriale, kolacja i drinki z przyjaciółmi, rodzina, jakiś nowy gadżet. Strefa komfortu to bańka, z której nie widać świata zewnętrznego. To nie jest prawdziwe życie.
Tak właśnie robią ludzie. Nie lubią łączyć faktów, co zazwyczaj oznacza nowy kierunek.
Chcą pozostać w swoich bańkach, które jednak zostaną zmiecione przez potężne tsunami, piętrzące się na granicy wyobraźni – rosnące powoli, lecz nieuchronnie. W pewnym momencie utoniemy.
Krytycy twierdzą, że to wina pospólstwa.
Demokracje mają przecież należeć do ludu, prawda? „Rządy ludu, przez lud i dla ludu”. Nie jestem pewien dokładnej kolejności słów w tej frazie, ale wiadomo, o co chodzi.
Ludzie już dawno oddali sprawczość instytucjom wyborczym – organizacjom, powołanym do życia i kontrolowanym przez bogatych i wpływowych.
Owszem, można głosować. Ale tylko na ludzi wybranych przez bogatych i wpływowych.
„Można oszukiwać część ludzi przez cały czas i wszystkich ludzi przez pewien czas, ale nie można oszukiwać wszystkich ludzi przez cały czas”. Tak miał rzekomo powiedzieć Abraham Lincoln. „Rzekomo”, ponieważ jest mało prawdopodobne, by był pierwszą osobą, która wypowiedziała te słowa. Myśl ta krąży od wieków i jest powszechnie błędnie interpretowana jako twierdzenie, że prawda zawsze wyjdzie na jaw, a ludzie nie są aż tak naiwni.
W rzeczywistości niektórzy ludzie są robieni w balona nieustannie, a większość – tylko od czasu do czasu; jednak tak wielu ludzi jest źle poinformowanych, poddawanych dezinformacji i żyje w złudzeniach w kluczowych momentach i w kwestiach o wielkim znaczeniu, iż udzielają poparcia najbardziej idiotycznym, a często wręcz okrutnym posunięciom.
Demokracje wyborcze siłą rzeczy odwołują się do najniższego wspólnego mianownika; dlatego większość liberalnych demokracji świata zachodniego to idiokracje, rządzone przez ludzi, których poparcie społeczne waha się od 10 do 40 procent, a iloraz inteligencji jest niższy niż te wartości.
Dzisiaj mamy do czynienia z nową jakością idiotyzmu. O ile dawny idiota czerpał wiedzę z izolacji, o tyle nowy idiota odrzuca wszelkie próby zrozumienia świata. Będąc uosobieniem systemowej niekompetencji, nowy idiota wywiera wpływ zarówno na kulturę, jak i politykę światową, rodząc zaskakujące, często absurdalne formy kompetencji. Wczorajsze „fake newsy” czy „postprawda” mogą być dziś odczytywane jako dowód na trwającą transformację polityki „ja”, w której idiotyczny impuls redefiniuje nasze doświadczanie świata. Mimo zapewnień o globalnej świadomości, izolowane „ja” jednostek – stanowiących większość – działa z wyjątkową skutecznością. Rodzi to kulturę szczęśliwych singli, zmierzających ku czarnej dziurze, która stała się dla nich substytutem społeczeństwa.
Tak, to lektura obowiązkowa.
W USA zbliżają się listopadowe wybory…
I sytuacja Trumpa nie wygląda najlepiej! Cóż… jakkolwiek by na to spojrzeć.
Uważa się to za triumf „demokracji”…
Niestety, tak nie jest.
W oligarchii nie ma znaczenia, kto jest prezydentem. Ludobójstwo nabrało tempa za kadencji Bidena – człowieka, uchodzącego za liberała i demokratę. W rzeczywistości jednak proces ten trwał od lat, będąc skutkiem polityki USA, prowadzonej przez wielu różnych prezydentów, reprezentujących ten sam duopol i tę samą klasę darczyńców. Wszyscy oni to idioci. Trump wyróżnia się na tym tle, bo jest kretynem łaknącym uwagi. Biden ledwo potrafił przeliterować własne nazwisko. Tak czy inaczej, z Trumpem koniec – i można być pewnym, że ani J. D. Vance, ani Rubio nie wygrają kolejnych wyborów prezydenckich. Ale sytuacja się nie zmieni.
Dlatego wycofujemy się do naszych stref komfortu i tam się ukrywamy.
To fatalny błąd.
Zachodnie demokracje liberalne pogrążone są w kryzysie.
Wojna z Iranem doprowadziła nie tylko do „deficytu energetycznego”, ale i do niedoboru zasobów, który dotyka USA oraz wszystkich ich sojuszników.
To prawda, iż niektóre amerykańskie firmy zarabiają na tym kryzysie krocie, ale jak te pieniądze są wykorzystywane i dokąd trafiają? Bogaci się bogacą, a biedni – czyli reszta z nas – zostają z niczym.
Ceny obligacji rosną, a wraz z nimi oprocentowanie kredytów hipotecznych, co pogłębia i tak już poważny kryzys mieszkaniowy, dodatkowo zaostrzony przez wyzyskujący kapitalizm. Ograniczenia w dostawach ropy z Bliskiego Wschodu oznaczają nie tylko niedobory ropy naftowej, oleju napędowego, LNG, benzyny i paliwa lotniczego – to także mniej nawozów, siarki, helu i wszelkiego rodzaju produktów, od których zależy codzienne życie.
Ameryka i tak już ulegała deindustrializacji – teraz sytuacja ta znacznie się pogorszy. USA próbują odwlec ten moment, wykorzystując Unię, dla której jedynym wyjściem może okazać się wszczęcie wojny z Rosją – wojny, którą Unia przegra.
Bańka wokół sztucznej inteligencji opiera się na założeniu, że AI zadziała jak deus ex machina; owszem, ma ona swoje zalety i może być przydatna w niektórych gospodarstwach domowych, jednak jej wdrożenie wiąże się z ogromnymi kosztami, a uzyskane usprawnienia nie zawsze są tego warte. Systemy AI nie są bogami – tymi są Jeff, Mark, Bill, Peter i…
Co okaże się tą przysłowiową kroplą, która przeleje czarę i złamie kręgosłup Ameryki?
Ropa
Ale może nie wszystko wygląda tak źle.
Rosja i Chiny świetnie sobie poradzą. Iran również. Można mieć nadzieję, iż Izrael, państwa Zatoki Perskiej oraz obecne rządy Libanu i Syrii znikną z mapy, a Ukraina z pewnością przestanie istnieć jako niepodległe państwo.
Trump zapowiedział, że nie zaatakuje Iranu przed 3. listopada. Po 3. listopada nie będzie już w stanie podjąć żadnych znaczących działań.
Mam taką nadzieję.
Zawsze pozostaje nadzieja.
Jedna Ziemia, a tak wiele światów.
Julian Macfarlane
Tłum. Andrzej Filus

