Głupota bagiennej linii obrony NATO
W miarę eskalacji napięć między NATO a Federacją Rosyjską, natowscy planiści zaczęli promować nieprawdopodobną doktrynę obronną – taką, która opiera się nie na stali ani pociskach, ale na mokradłach.
W zaskakującym połączeniu polityki ekologicznej i fantazji militarnych, ministerstwa obrony w całej Europie inwestują w ponowne nawadnianie torfowisk i rekonstrukcję terenów bagiennych, aby zablokować przyszłą rosyjską agresję.
Bagna jako miraż
To surrealistyczne połączenie odporności na zmiany klimatu i taktyki przeciwpancernej ujawnia coś głębszego niż strategia: głęboką niechęć do przyznania się do rodzaju wojny, która rzeczywiście wybuchłaby, gdyby NATO i Rosja weszły w bezpośredni konflikt. Ponieważ prawda, długo ukrywana pod wizerunkowym blichtrem „zrównoważonego bezpieczeństwa”, jest taka, że taka wojna przekształciłaby się w wojnę nuklearną o wiele wcześniej, zanim choćby jeden żołnierz dotknąłby błota.
Przeżywamy moment niezwykłej strategicznej iluzji.
Jest coś lekko tragicznego – i komicznie mrocznego – w obserwowaniu, jak natowscy stratedzy przygotowują się do kolejnej wielkiej wojny w Europie, odtwarzając mokradła. Biorąc pod uwagę dziesiątki bilionów dolarów, zainwestowanych w sprzęt, oprogramowanie i systemy nadzoru, okrążające glob, można by pomyśleć, iż kolejna linia obrony NATO będzie zbudowana z tytanu, anten satelitarnych lub kopuł rakietowych. Zamiast tego zwrócili się ku mchom. Bagna, torfowiska, ożywione mokradła i pradawne mokradła są teraz przekształcane w naturalne twierdze, przekształcane w swego rodzaju eko-wojskową manię, która bardziej przypomina halucynację niż doktrynę.
Od zalanej rzeki Irpień w Kijowie po rozległy polski projekt Wschodniej Tarczy, zyskuje na popularności idea, że torf i woda mogą zdziałać to, czego nie mogą dokonać drony i stal. Ministerstwa obrony, firmy zajmujące się renowacją i think tanki o zielonych soczewkach zapowiadają tę nową granicę w wojnie – połączenie ekologii i strategii, gdzie „ponownie nawodniony” teren spowalnia czołgi, utrudnia życie najeźdźcom i daje czas. Na papierze jest to zarówno zrównoważone, jak i strategiczne. Plan wojenny, który obniża emisje, a jednocześnie zwiększa obronę. Delikatny opór, pozornie zaczerpnięty z Tolkiena lub zeszytów marzeń futurologów z Doliny Krzemowej.
Ale to nigdy się nie stanie. Nie będzie tak, jak im się wydaje.
Bo jeśli NATO i Rosja rzeczywiście się pokłócą – nie w starciu zastępczym, nie w kolejnym teatrze działań wojennych na Ukrainie, ale w pełnej konfrontacji między państwami, posiadającymi broń jądrową – nikt nie będzie brodził przez bagna. Nikt nie będzie liczył rozkładu ciężaru na mokrym torfie. Żaden generał nie będzie studiował mapy poziomu wód gruntowych przed natarciem. Prawda, jakiej nikt w kręgach eko-obrony nie odważy się wypowiedzieć na głos, jest taka, że wojna, którą planują, to wojna, jakiej nie da się stoczyć. Nie konwencjonalnie. Nie powoli. Nie w granicach natury ani w żadnej historycznej pamięci o terenie, którą odziedziczyliśmy.
Kaliningrad i cisza, która po nim nastąpiła
To, co się faktycznie wydarzy – co trzeba uznać, jeśli jakiekolwiek z tych pozerskich działań można nazwać strategią – to rozmieszczenie taktycznej broni jądrowej. Szybko. Być może w ciągu kilku godzin od otwartego starcia. Być może nawet prewencyjnie. Siły ludzkie, zaplecze logistyczne i rezerwy amunicji NATO są niewystarczające do prowadzenia długotrwałej wojny lądowej z Rosją, zwłaszcza w całej Europie Wschodniej. Sojusz, gdyby stanął w obliczu pełnej ofensywy rosyjskiej od Kaliningradu do Doniecka, nie miałby innego wyboru, jak tylko eskalować. Doktryna może tego nie mówi wprost, ale środki techniczne mówią same za siebie. Broń już istnieje. Opcje są już ograniczone. A ograniczenia aktywacji kurczą się z dnia na dzień.
Po co więc bagna? Po co torfowiska i ekologiczny kamuflaż? Po co inwestować miliardy w zalewanie lasów i ponowne zasiedlanie terenów przygranicznych ekosystemami mokradłowymi, skoro prawdziwą konfrontacją byłby wybuch termojądrowy, a nie oblężenie?
Bo łatwiej sprzedać projekt renaturalizacji niż prognozę promieniowania. Bo rekultywacja bagien brzmi jak pokój, nawet gdy przygotowuje do wojny. Bo NATO, pod stalową powłoką, pozostaje teatrem – obroną sztuki, w dwóch częściach PR-em i w pięciu częściach psychologiczną izolacją od horroru, który udaje, że skrywa. W tym świetle renesans mokradeł nie jest strategią. To opowieść. To tworzenie mitów. Sposób na próbę przed apokalipsą, udając, iż sadzimy drzewa.
Tymczasem Putin nie zawraca sobie głowy udawaniem. Jego ostatnie ćwiczenia Lipcowa Burza – największa rosyjska mobilizacja morska ostatnich lat – obejmowały obszar od Bałtyku po Arktykę, od Morza Kaspijskiego po Pacyfik. Okręty podwodne wynurzyły się w kanale La Manche. Ćwiczenia obrony przeciwlotniczej dronów odbywały się w pobliżu Morza Japońskiego. Grupy morskie ćwiczyły koordynację w warunkach wojennych, testując broń hipersoniczną i formacje do polowania na okręty podwodne w ramach czterech flot. Nie było w tym żadnej dwuznaczności. Przesłanie było proste: podczas gdy atlanci na nowo odkrywają mech, Rosja nadal panuje nad głębinami.
A potem padł komentarz – stwierdzenie, które w bardziej stabilnym świecie mogłoby wywołać czerwone telefony i nocne szczyty. Generał Christopher Donahue, niedawno awansowany wręcz w zawrotnym tempie do czterogwiazdkowego dowódcy i odznaczony dwiema Brązowymi Gwiazdami za bitwy, o których już nikt nie pamięta, obecnie króluje jako najwyższy rangą oficer armii amerykańskiej w Europie i Afryce – a nieoficjalnie jako Nowy Bohater kaliningradzkiego NATO. Na inauguracyjnej konferencji EuroLandWarfare w Wiesbaden, Donahue, oświadczył z niewzruszoną pewnością siebie, typowego człowieka nieprzyzwyczajonego do konsekwencji wypowiedzianych przez siebie słów, iż NATO może zdemontować obronę Kaliningradu „szybciej niż kiedykolwiek wcześniej”. Kaliningrad, który może posiadać taktyczną broń jądrową, nie jest zwykłą placówką wojskową. Bezpośrednie zagrożenie dla niego oznacza natychmiastową, egzystencjalną reakcję. A jednak słowa Donahue nie spotkały się z żadnym ostrzeżeniem, żadnym wyjaśnieniem, żadnym nagłówkiem, a jedynie z otępiałym, zbiorowym wzruszeniem ramion. Jakby machina eskalacji stała się zbyt wielka, by dostrzec iskry.
Wojna, do której się nie przygotowują
Są chwile, gdy oglądając cały ten surrealistyczny spektakl, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ktokolwiek z aktorów wciąż wierzy, że scena jest prawdziwa. Bagna, przemówienia, milcząca aprobata, demonstracje marynarki wojennej – wszystko to nawarstwia się na wspólnej iluzji: iżprzygotowujemy się do wojny, którą da się przetrwać. Że jest czas. Że istnieją zasady. Że naturę można odbudować równolegle z architekturą zniszczenia.
Ale tak się to nie kończy. Jeśli pójdzie zgodnie z historią, żadne z nawodnionych bagien nie będzie miało znaczenia. Żadna tama nie spowolni pocisku. Żadna sieć dronów nie złapie hipersonicznego szybowca. Wojna przemknie obok terenu. A strona, która uwierzy we własną propagandę, zniknie pierwsza.
Przeżywamy moment niezwykłej strategicznej iluzji. Iluzji, iż uratują nas bagna lub utwardzone bunkry. Iluzji, że czas wciąż jest po naszej stronie. Fantazji, iż jeśli tylko przygotujemy wystarczająco dużo terenu, nie będziemy musieli patrzeć w górę, gdy niebo stanie się białe.
I to – nie Rosja, nie NATO, nawet nie broń nuklearna – jest prawdziwym zagrożeniem. Tylko bezmyślni ludzie, którzy budują ten świat, a mogą go opuścić nie z krzykiem, ale z planem odbudowy terenów podmokłych w ręku i przekonaniem, że postępują słusznie – to jest zagrożenie i tragedia.
Phil Butler
Tłum. Andrzej Filus
Za: NEO

