Dżungle Czernobyla

28. maja 2004 roku. Minęło równo 20 minut od czasu, kiedy po raz pierwszy przeszliśmy kontrolny punkt przepustkowy Babčyn – granicę Poleskiego Radiacyjno-Ekologicznego Zapowiednika. Przyjechaliśmy tutaj, aby zobaczyć i spróbować utrwalić na kliszy i taśmie filmowej jak utrzymuje się przy życiu przyroda po awarii elektrowni atomowej w Czernobylu. 20 minut w strefie i już pierwsze spotkanie – duże stado dzików. W gorące majowe południe zwierzęta żerują na polu. A ściślej, dawnym polu. Bały się nieco ludzi, ale wykorzystując zdolności myśliwskie udało się podejść do nich na mniej niż 15 metrów. Samice, jednoroczne wycinki i pręgowane prosięta. Niczym w olbrzymim zoo. Tylko siatka nie między zwierzęciem a człowiekiem, ale wokół nas…

Już 25 lat jeżdżę po Białorusi, po najcenniejszych jej zakątkach w poszukiwaniu NIETKNIĘTEJ (PRZEZ CZŁOWIEKA) PRZYRODY. Tej, która miliony lat istniała przed pojawieniem się tutaj człowieka, przez tysiąclecia dawał mu pokarm i schronienie, jak matka, chroniła go od wszelkich niebezpieczeństw. Ta przyroda, której piękna i siły możemy się już dziś tylko domyślać, a która patrzy jak współczesny człowiek pożera ostatnie jej okruchy. Mieszkamy w zadziwiająco pięknym kraju, który w znacznym stopniu ochronił jeszcze swoją przyrodę i to odróżnia nas na korzyść od naszych sąsiadów na kontynencie. Ale również i u nas w najbardziej głuchych zakątkach zapowiedników obecność człowieka odczuwa się praktycznie zawsze. Ale oto pierwsze minuty przebywania w Strefie, a zachowanie dzików jest takie … Nie widziałem takiego zachowania nigdy. Rzeczywiście bliżej niż na 15 metrów dziki nas nie dopuściły, odbiegały nieco i… znów uspakajały się. Od tego pierwszego spotkania zaczęło się dla nas filmowe safari trwające dwa lata. Safari po terytorium, gdzie stosunkowo niedawno wydarzyła się najstraszniejsza technogenna katastrofa XX wieku. Tysiące kilometrów kolczastego drutu. 20 lat trwało by spróbować oddzielić ludzi od radiacji a zwierzęta napromieniowane radionuklidami – od reszty świata. 54 kołchozy i sowchozy zostały zlikwidowane z powodu czernobylskiej katastrofy. Ponad 2,5 tys. km2 zagospodarowanych terenów przeszło we władanie dzikich zwierząt: łosi, jeleni, saren, dzików.

Teraz znajduje się tutaj zapowiednik. Jego nazwa jest w istocie dość niezwyczajna: Poleski Państwowy Radiacyjno-Ekologiczny. A i kolejki z ciekawskimi turystami u granic zapowiednika jakoś nie widać. Zapowiednik został utworzony w 1988 r w białoruskiej części 30-kilometrowej strefy elektrowni atomowej w Czernobylu, na powierzchni 131,1 tys. ha. W 1993 roku jego obszar powiększono do 215,5 tys. ha. Trzy rejony: chojnicki, kamarynski i naraŭlański. 16 leśnictw. Centrum administracyjne położone jest w mieście Chojniki, część naukowa i baza badawczo-eksperymentalna – w wysiedlonej wiosce Babčyn, a dział monitoringu radiacyjno-ekologicznego – w stacji badawczej Masany, przy granicy z Ukrainą, dziesięć kilometrów od elektrowni. W każdym z 16 leśnictw, jak wszędzie w Białorusi, prowadzi się codzienne planowe prace badawcze, określające stan ekosystemów, liczebność zwierzyny. Na 600 hektara posadzono młode lasy. Jak we wszystkich zapowiednikach, tutaj również strzeże się przyrodę przed pożarami. Nie, nie tak jak we wszystkich. Pożar w strefie – to nie tylko spalony las, to – radioaktywny popiół, czarna śmierć, który może być przeniesiony z wiatrem gdziekolwiek. A to znaczy, że spis ofiar katastrofy może się powiększyć. Dlatego też praca jaką wykonują zatrudnieni w zapowiedniku ludzie przypomina kadry z filmów wojennych, bez możliwości błędu. I bez jakiegoś szczególnego żalu dla własnego strachu. Ponad 60 zbiorników przeciwpożarowych, tysiące kilometrów ochronnych pasów, wieże patrolowe z całodobowymi dyżurami. Sześć punktów kontrolno-przepustkowych. Nie, to nie dla zaspokojenie niedzielnej ciekawości ludzie pełnią tutaj służbę…

W ciągu pierwszych trzech dni zdjęć zobaczyliśmy z pół setki saren. Zwierzęta pasły się i odpoczywały przy drodze podnosząc się i odbiegając, kiedy zbliżał się samochód. Drut kolczasty już dawno stał się dla zwierząt bardziej ochronnym niż izolującym od czegokolwiek. Widać po ich zachowaniu, że każdy jego fragment: gdzie jest obwisły, a gdzie przerwany – zwierzęta znają i wykorzystują to. Nie raz sarny spłoszone nagłym spotkaniem z samochodem mknęły niczym ptaki z wielką szybkością wprost na druty. Wydawało się, że jeszcze chwila i rozbiją się o kolczastą przegrodę. A one… znikały. Przęsło „kolczatki” za iwowymi zaroślami z czasem przewróciło się i dokładnie do niego zmierzały sarny.

Na słupach odpoczywają ptaki drapieżne: myszołowy, orliki, bieliki. Mniejsi pierzaści z upodobaniem siadają wprost na drucie kolczastym. Trznadle, słowiki, drozdy, dzierzby … Nawet samce łosi z ledwie wyrosłymi młodymi porożami spotykaliśmy regularnie niedaleko od ogrodzenia. A przecież one w maju-czerwcu, to sama ostrożność. W Berezyńskim Zapowiedniku w tym czasie całymi tygodniami trzeba poszukiwać spotkania z rogaczami…

Szczególnym uczuciem darzą drut kolczasty podloty cietrzewi i kuropatw. Rzecz jasna, maleństwa zwinnie manewrując między kolczatkami zwiększają swoje szanse na ocalenie od zębów drapieżnika. Niejednokrotnie byliśmy świadkami jak cietrzewia drobnica rozbiega i rozlatuje się w różne strony od linii drucianego ogrodzenia. W ogóle cietrzewi jest tutaj bardzo dużo, potyka się je regularnie również w wysiedlonych wioskach, często też wykorzystują zamieszkałe dawniej przez ludzi siedliska jako tokowiska. Wrażenie sprawiają szczególnie jesienne zgrupowania cietrzewi. Do stu ptaków w jednym miejscu – wątpię czy można gdziekolwiek zobaczyć coś podobnego…

Drogi wyjeżdżone przez człowieka nieuchronnie zamieniają się w ścieżki dla zwierzyny. Szczególnie dobrze jest to widoczne nocą, kiedy przemyka w świetle reflektorów kalejdoskop różnorodnych zwierząt… Widzieliśmy jak w chłodną majową noc samica zająca karmiła swoje młode. Jak biegł, z pół kilometra przed nami, roczny łoszak śmiesznie przebierając tylnymi nogami, nim zdecydował się skręcić w zarośla iwiaka. Jak dziesiątki lelków zbierały się na rozgrzanym asfalcie w poszukiwaniu owadów. Jak, dosłownie niczym widmo, pojawił się przed nami i zniknął wilk. Ale i w ciągu dnia spotkania ze zwierzętami na drogach są czymś zwyczajnym. Łatwiej tędy chodzić nie tylko człowiekowi…

Wzrost liczby kopytnych wpływa na liczebność drapieżników, tak pierzastych jak i czworonogich. Drapieżniki to wierzchołek piramidy przyrodniczej. Tam gdzie one są – są i wszystkie pozostałe gatunki. Tam wiele roślin, owadów, płazów, ryb i ptaków. Drapieżników w Poleskim Zapowiedniku jest bardzo dużo. Gniazduje tu orlik grubodzioby, zwiększa się liczebność gadożera, kobuza, pustułki. Dużo jest jenotów. Nie mówiąc już o tak powszechnym gatunku jak błotniak łąkowy !

Najbardziej zauważalnym z drapieżników (głównie po śladach swej bytności) jest wilk. Inteligentne i ekologicznie plastyczne zwierzę, nawet w warunkach bezlitosnej wojny ze strony myśliwych znajduje sobie miejsce obok człowieka, nie mówiąc już o Strefie. Zwierzę to coraz mniej boi się człowieka. Psy i koty, które są przyprowadzane przez dyżurujących, na kontrolne punkty – regularnie znikają. Oczywiście za sprawą wilków. Do czasu czernobylskiej katastrofy na terytorium obecnego Poleskiego Zapowiednika zamieszkiwało 7 wilczych watah. W chwili obecnej zoologowie naliczyli tutaj 12-20 watah, o łącznej liczebności 120-200 drapieżników. Przy takiej liczebności wilki rocznie zabijają ponad 1500 osobników zwierząt kopytnych. A z każdym rokiem jest ich więcej i więcej ..

27. lipca 2004 roku. Obserwuję ptasich mieszkańców grobli prowadzącej ku Prypeci i fotografuję ze wzniesienia rozciągające się poniżej łąki zalewowe. Wilk pojawia się na drodze niezauważony, dosłownie niczym wielki, szary pies, 20 metrów ode mnie. Spojrzenie ma spokojne i nieco ponure. Stoi i patrzy mi prosto w oczy. U dzikich zwierząt spojrzenie wprost oznacza wyzwanie. Oczywiście, że go nie podejmę. Nie ja tutaj rządzę, ale on, wilk. Ostrożnie wycofuję się, nie odwracając się jeszcze przez 20 metrów i odchodzę – wilk zostaje.

Orły przednie i jenoty często podążają za wilkami korzystając z resztek ich uczt. Jednak najbardziej aktywnymi konsumentami wilczych ofiar zdają się być kruki i sroki. Byliśmy świadkami przypadku, kiedy zabitą przez wilka sarnę ptaki oczyściły do kości dokładnie w ciągu doby. Na padłym łosiu zebrało się ponad 50 ptaków. Drapieżniki polując na ofiary dają możliwość żerowania jeszcze dziesiątkom zwierząt. Najdziwniejsze jest jednak to, że i drapieżników i kopytnych jest w Poleskim Zapowiedniku z każdym rokiem więcej i więcej …

Wiele jest w zapowiedniku rysi. Normalne jest bytowanie borsuków. Jeśli nieco poczekać przy norach można zobaczyć ich gospodarzy wychodzących na polowanie długo przed nastaniem zmierzchu. Wędrujące za dnia borsuki? – czytałem o tym w opisach europejskiej przyrody XVIII wieku. Ale dziś mamy wiek XXI. Osiedla borsuków to całe podziemne miasta. Do jednej z nor prowadzi 30-metrowa zielona droga z mchu. Ileż mchu musiała przenieść borsuczycha po to, by borsuczętom w norze było przytulnie, jeśli tylko zgubiony przez nią mech stworzył cały zielony szlak?! A przy norze 7 metrów wyżej, na stoku, leży martwy jenot. Jenoty niekiedy „wynajmują mieszkania” borsuków. Ale dlaczego padł ten zwierz – niewiadomo. Strefa jest jednym z nielicznych miejsc, gdzie ostał się aklimatyzowany na Białorusi w połowie XX wieku szop pracz – gość z Ameryki Północnej. Ślady jego bytności świadczą o rozbójniczych skłonnościach zwierzaka. Stale rozkopuje nory brzegówek i lęgi żółwi błotnych na piaszczystych wydmach. Po raz pierwszy od 300 lat pojawił się na tych terenach niedźwiedź.

Niekiedy wydawało nam się, że trafiliśmy do przyrodniczego raju. I nawet drut kolczasty odziawszy się w pajęczynę i poranną rosę wyglądał paradnie i świątecznie. Tysiące jaskółek z całej okolicy porzuciły swoje gniazda i zebrały się na przewodach sieci elektrycznej i radiowej przy wjeździe do strefy. Ich szczebiotanie dźwięczało jak wiadomość dla wszystkich: „Dobrze nam tu dziś i spokojnie… do widzenia słońce… do jutra”. Ale życie trwało nadal i po zachodzie słońca. Życie, w którym człowiek stał się zbędnym, życie, z którego teraz będziemy mogli przez setki lat wychwytywać jedynie mgliste ujęcia. Ale już nigdy nie będziemy mogli żyć tutaj jak wcześniej. Dla nas ludzi te miejsca są niebezpieczne.

12. lipca 2004 roku. Dziewiąta rano. Po brukowanej drodze kroczy żółw błotny. Jesteśmy o 10 km od elektrowni atomowej. Nasze spotkanie z żółwiem tutaj nie dziwi. Na Białorusi jest go najwięcej w strefie katastrofy. Dzięki tragedii, jak paradoksalnie brzmi to zestawienie słów, w Poleskim Zapowiedniku utworzył się rezerwat dla ochrony żółwi błotnych – swoisty żółwiowy „czernobylski raj”. Gatunek ten wpisany jest do Czerwonej Księgi Zwierząt Białorusi jako ginący. Wszędzie cierpi z powodu osuszających melioracji, a tutaj zamiast osuszenia, wiele miejsc zabagnia się. Żółwie nie tolerując ludzkiej ingerencji w przyrodę, są bardzo wyczulone na czynnik niepokojenia, ale jaki może być niepokój ze strony człowieka tam gdzie go nie ma? Żółwie – współczesne dinozaurom – przetrwały tysiące katastrof w swej historii, w tym i czernobylską. Nawiasem mówiąc określenie „czernobylski raj” śmiało można odnieść do bardzo licznych gatunków zwierząt – w strefie mają się one dziś bardzo dobrze. A przecież minęło raptem 18 lat od odejścia stąd człowieka. Jest o czym rozmyślać. Coś niezbyt to „różowy” wniosek dla ludzkości. Czy w ogóle jesteśmy potrzebni przyrodzie?

8. maja 2004 roku. 17.10. Filmujemy łabędzie krzykliwe. Po raz pierwszy gniazdowały one na Białorusi zaledwie rok temu, w 2003 roku. W Poleskim Zapowiedniku spotkaliśmy ich aż trzy pary. Jednak piskląt w tym roku nie nakręciliśmy. Długo i nieefektywnie usiłowaliśmy wypędzić je z trzcin. Później popatrzyliśmy na dozymetr i osłupieliśmy. Wskazywał przekroczenie dopuszczalnej normy 40-krotnie. W tej chwili był to nasz rekord. A już ponad godzinę wypędzaliśmy z bezkresnych trzcinowisk łabędzią rodzinę. Strefa ostrzegła nas: pokazuje nam tylko to, co zechce.

Prawie trzecią część Poleskiego Zapowiednika zajmuje Prypeć i jej dolina: niezliczone starorzecza i bezkresne łąki. Na jednym ze starorzeczy trafiliśmy na istne zarośla kotewki orzecha wodnego. To gatunek z Czerwonej Księgi. Ale patrząc tutaj na jego ilość zupełnie nie chce się wierzyć w jego rzadkość. Szeroko świeci łuna nad niegasnącym jeszcze wieczornym horyzontem. Jawa przechodzi w sen… Gdy przyjechaliśmy w to miejsce w sierpniu 2005 roku, to znaleźliśmy tutaj zaledwie… jedną roślinkę kotewki.

Wiele ptaków traci swe pierwsze lęgi, i wówczas niektóre decydują się na powtórne. Kiedy w lipcu 2004 roku przemierzyliśmy całą Prypeć, stwierdziliśmy, że liczne pary mew, rybitw, kulików i kaczek na powtórne gniazdowanie przybyły do Strefy. Jak gdyby w jej spokojności upatrywały swoją ostatnią szansę. A po rozpoczęciu jesiennych polowań na Białorusi, wydawało się, że przyleciały tu wszystkie kaczki. Jest tu morze wody, dostatek pokarmu i nie ma ludzi. Nikt nie strzela … Nie dziwi zatem, że zapowiednik typowany jest jako potencjalna ostoja ramsarska i ostoja ptaków IBA.     

15. lipca 2005 roku. Południe. 15 kilometrów od sarkofagu bloku czwartego, który chroni w swej ołowiano-żelbetonowej czaszy przede wszystkim około 20 ton paliwa jądrowego. Niesamowity żar. Przyjechaliśmy wykąpać się w jednym ze starorzeczy, a ono jest zajęte. Klępa brała tutaj kąpiel jednocześnie starając się uchronić od natrętów. Jeden łoszak na brzegu próbował uciekać od komarów a drugi chował się w rzece. Rzadkie i płochliwe czaple białe ze zdziwieniem patrzyły na nas…

Po co ci ludzie tutaj?

Co próbują zobaczyć, odnaleźć czy zrozumieć? 

Już dawno śmiejemy się z takich pytań: „Widzieliście w Strefie trzygłowe żmije czy wilki z dwoma ogonami?”. Jeśli nawet są tutaj zwierzęta-mutanty to nie jest to główna osobliwość Strefy. Wszędzie tu spotykamy piękne ptaki i inne zwierzęta, piękną rzekę, piękny świat. W nim nie ma tylko jednej istoty – człowieka. O ile w ogóle jest tu potrzebny?

Czaple i kormorany gniazdują kolonijnie w starych lasach iwowych. Ilość gniazd jest tutaj ogromna. Prypeć to jedna z rzek najzasobniejszych w ryby, problemu z pokarmem dla tych ptaków tutaj nie ma żadnego. Wydaje się jakbyśmy trafili do lasu tropikalnego. Na gnijących w wodzie pniach – dzika zieleń roślin. Niesamowite czerwono-zielone pajęczyny zwisają z niższych gałęzi drzew. Czernobylskie dżungle. Obok każdej kolonii dyżuruje 5-10 bielików. Jednego z nich sfilmowaliśmy – urządził sobie zasadzkę obok martwego dzika wyrzuconego przez rzekę. Mówiąc o bielikach wypada wspomnieć, że w ciągu 18 lat istnienia Strefy powstało tutaj jedno z większych w Europie zgrupowań zimujących bielików i orłów przednich. Dziesiątki ptaków zbierają się wokół przerębli na zamarzniętej Prypeci. Norki, wydry, lisice polujące (tuż obok bielików) na ryby stanowią dopełnienie fantasmagorycznej panoramy zimowej przyrody czernobylskiej Strefy.

Czy to nie raj? Tylko ten raj zmienia się w piekło, kiedy trzeba przejechać przez Strefę – obok porzuconych mieszkań, zburzonych domów, przepełnionych cmentarzy… 485 wiosek i przysiółków straciła Białoruś po Czernobylu, 70 z nich jest już na zawsze pogrzebanych w ziemi. Co jednak dzieje się tam, gdzie nawet fanatycznym przyrodnikom ciężko jest dotrzeć – w wioskach i przysiółkach opuszczonych przez ludzi?

W ogromnym dwukondygnacyjnym budynku, w zburzonej do połowy ścianie zagnieździł się kopciuszek – mały ptaszek z jaskrawo-rudym ogonem. Szyby w oknach ocalały i rodzice wlatują z pokarmem przez drzwi i świetlik. Kiedyś w domu zbierały się setki osób teraz daleko wokół ani duszy. Kopciuszek jest mieszkańcem skalistych regionów Azji Centralnej. Już na początku XX wieku zamieniwszy pustynne skały na osiedla ludzkie gatunek ten rozszerzał swój zasięg coraz dalej i dalej na północny wschód. Na Białorusi po raz pierwszy obserwowany był w 1961 roku. Od tamtej pory często spotyka się jego gniazda w sąsiedztwie człowieka. A w Strefie zasiedla ludzkie budowle i bez niego…

Bocian biały – jeden z najbardziej legendarnych ptaków świata. Wszyscy wiedzą, że przynosi dzieci. Co więcej, uwielbiany jest od dawna. Ludzi zadziwiała zdolność osiedlania się bocianów w bliskości ich siedzib, pełna poświęcenia walka ze szkodnikami rolniczymi, zgodność terminów przylotów i odlotów z ważnymi cezurami w życiu przyrody i człowieka. Ale komu przynosić dzieci w Strefie? Nie ma tutaj ludzi. Nie ma też dla bocianów białych ochrony przed drapieżnikami. I nadal z przyzwyczajenia próbują one gniazdować w wioskach, tylko coraz rzadziej i rzadziej. W Tulhovičach, jedynej wiosce w strefie, gdzie jeszcze mieszkają ludzie, w maju były dwa zajęte gniazda, a w czerwcu już tylko jedno z dwoma młodymi. Przeczekaliśmy pod nim pół dnia i nie doczekaliśmy się przylotu dorosłych. Oczywiście może to być przypadek…

Za to bocianów czarnych, rzadkich i płochliwych, jest w Strefie coraz więcej, zwłaszcza w ostatnich latach. W czasie letniej ekspedycji 2005 roku widzieliśmy je w pięciu opuszczonych przez ludzi wioskach. A przecież w 2004 roku ich tutaj nie było… oknówki ciągle jeszcze wracają do tych gniazd, z których wyleciały jako młode, nie mające pojęcia o życiu podloty, kilka lat temu. Z roku na rok wracają pod oswojone kiedyś dachy… Zastanawiające jest co prawda, że gospodarz o świcie nie wychodzi z domu ale i gospodarskich kotów też nie ma. Koty i psy w pierwszej kolejności znikają z opuszczonych przez ludzi przysiółków i wsi.

W sadach w końcu lata dojrzewa plon grusz i jabłek. Rok od roku różni się … Ale ile by nie urodziło się ich tutaj, w Strefie, wioskowe dzieciaki nie będą zrywać soczystych owoców. Co nie znaczy, że cały ten urodzaj przepadnie… I jabłka, i gruszki zostaną pożarte do reszty. Lisy, sarny, kuny, jenoty codziennie przychodzą do ogrodów karmić się ludzkimi darami. I codziennie na słodką ucztę przylatują ptaki: grubodzioby, sójki, drozdy… Do późnej jesieni pod drzewami w sadach ucztują dziki. Tutaj one też i nocują, by nie tracić czasu na drogę. Częstymi gośćmi w jesiennych sadach są łosie. Tu kierują swoje szlaki jesienno-zimowe stada jemiołuszek. A kiedy śnieg obnaży wiosenną ziemię wszystkie zwierzęta z nową energia przystępują do szukania tutaj resztek uczty. Młody puszczyk gapi się z rozpadającej się chaty. Puszczyk jest mieszkańcem lasów i parków. Obowiązkowo są mu potrzebne stare dziuplaste drzewa, aby mógł założyć gniazdo. Ale co one tutaj robią,  skoro niedaleko są drzewa potężniejsze niż dęby: domy, szopy i inne nasze budynki. I myszy tutaj więcej niż w lesie…  

Na skraju pożywia się stado żubrów. Żubr – symbol głupoty i wielkości człowieka. Dokładnie jak elektrownia atomowa. Kiedyś, ponad sto lat temu człowiek wyniszczył żubry w dzikiej przyrodzie, ale to on właśnie niewymownymi wysiłkami odbudował ich populację. Na tych terenach, do czasu katastrofy żubrów nie było. A teraz Strefa jest ich nowym domem… W „jubileuszowym” 1996 roku, roku dziesięciolecia czernobylskiej katastrofy, ludzie przywieźli tutaj 16 żubrów, aby utworzyć na Białorusi jeszcze jedno wolno żyjące stado. Teraz w Strefie jest ponad 40 żubrów. I zachowują się one tutaj jak prawdziwi carowie. W ciągu 9 lat urodziło się 30 cieląt. Ci są najmłodsi. Im wszystkim i ich potomkom przyjdzie wziąć udział w bezprecedensowym eksperymencie, który zaistniał na skutek awarii czernobylskiej elektrowni. Możliwe, że tutaj w Strefie podpowiedzą ludzkości odpowiedź na pytania: jak można przeżyć w warunkach ciągłego działania podwyższonego poziomu radiacji? Co dzieje się z przyrodą, kiedy człowiek przestaje w niej gospodarować? I w ogóle kim jest człowiek na planecie Ziemia – geniuszem czy złodziejem?

Historia czernobylskich żubrów jest historią utworzenia nowego stada tych rzadkich, unikalnych zwierząt. To historia krótka, raptem 10 lat. Historia przyrody Strefy czernobylskiej po katastrofie, również nie jest długa – dwa razy dłuższa – 20 lat. Dla przyrody to chwila, mgnienie. A dla człowieka ?

Czasami wydaje się, że planeta Ziemia, jej żywa tkanka, stara się co jakiś czas kołatać do naszych serc i mówić: popatrzcie jak postępujecie? Co czynicie? Nie niszczcie przyrody, nie próbujcie zmieniać jej praw. W przeciwnym razie dojdzie od katastrofy… Przyroda przeżyje, a człowiek?

Na dawnych klombach i w ogródkach bujność kwiatów i owadów. Wieczorem, po nagrzanym, potrzaskanym asfalcie spacerują jeże, tutaj właśnie szukają swych zdobyczy – żmij. Gadożer, wyspecjalizowany łowca żmij i zaskrońców poluje wprost na wiejskich drogach i ulicach. Orzeł przedni, niczym niesamowity, ogromny kogut siedzi na płocie. Wilk przeszedłszy w poszukiwaniu zdobyczy swój dobowy kilometraż, wraca na odpoczynek pod dach jednego z domów.

Kiedy wchodzimy z aparatem fotograficznym do domu kopciuszka pisklęta porzucają gniazdo i lecą w kierunku szyby. Rodzice z pokarmem również lecą do szyby, ale z drugiej strony domu. Szkło rozdziela ich tak, jak drut kolczasty oddziela żyjących tutaj jeszcze gdzieniegdzie ludzi od ich ojczyzny. Przez setki lat będzie istnieć to szkło, dając nam prawo do tego jedynie by obserwować jak przyroda oczyszczając się od człowieka pięknieje z roku na rok. Jest w tym wszystkim gorzki niesmak…

Dom dla kopciuszka, dom dla jeża, żubra, dzika, ale… nie dla człowieka.

 Ihar Byšnioŭ

Tłumaczenie: Krzysztof Wojciechowski

(Od tłumacza – zapowiednik to na Białorusi wyższa forma ochrony przyrody, niż park narodowy).

 Tekst, będący poszerzoną wersją listy dialogowej filmu Ihara pod tym samym tytułem, ukazał się pierwotnie w czasopiśmie białoruskiej organizacji ornitologicznej Ochrona Ptaków Ojczyzny (Ахова птушак Бацькаўшчыны) „Ptaki i my” (Птушкi i мы) nr 8/2006, ss. 4-8

 

 

 

 

 

(Visited 7 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*