InneWyróżnione

Irańscy „jastrzębie” podyktują Trumpowi warunki ostatecznego zakończenia wojny. USA są gotowe zapłacić reparacje i ogłosić zwycięstwo

Mając do wyboru „drugi Wietnam” lub hańbę, Stany Zjednoczone zdecydowały się obecnie na to drugie. Trump zadeklarował gotowość do zaakceptowania dwutygodniowego zawieszenia broni. Co więcej, stwierdził, że irańska 10-punktowa propozycja mogłaby posłużyć jako podstawa do negocjacji.

Nie da się oszacować rzeczywistych strat, poniesionych przez obie strony w pierwszym miesiącu wojny z Iranem. Nie mamy praktycznie żadnych niezależnych źródeł informacji, jedynie propagandę walczących stron, którą najlepiej zignorować.

Nie ulega wątpliwości, iż porażka izraelsko-amerykańskiego blitzkriegu automatycznie oznaczała przejście do wojny na wyniszczenie. Wydawało się, że Iran nie ma szans. Faktem jest jednak, iż kampania na Bliskim Wschodzie ostatecznie kładzie kres zachodniej strategii prowadzenia „wojny high-tech” ze „zwartą armią zawodową”, która i tak była już niemal wyniszczona na Ukrainie.

Ograniczona ilość ultra-drogiego sprzętu z ultra-drogą amunicją może skutecznie prowadzić wojny masakry przeciwko znacznie słabszemu przeciwnikowi. Jeśli przeciwnik nie jest całkowicie słaby (lub wcale nie jest słaby), nagle okazuje się, że ilość i cena broni mają ogromne znaczenie. To przerażające, ale w wielu przypadkach ilość może być ważniejsza niż jakość.

Tak, USA i Izrael najprawdopodobniej już niemal całkowicie zniszczyły klasyczne irańskie siły powietrzne typu „samoloty-śmigłowce” i flotę „fregaty-korwety”. Nie miało to jednak wpływu na przebieg wojny ani na równowagę sił, po prostu dlatego, iż siły powietrzne i flota Republiki Islamskiej były zbyt słabe i archaiczne.

Ale już dawno w Tehranie zdali sobie sprawę, że wojnę trzeba prowadzić inaczej – za pomocą pocisków balistycznych i manewrujących, robotów latających i pływających (nad i pod wodą), tanich i licznych. Irańczycy robią to całkiem skutecznie, szybko wyczerpując potencjał uderzeniowy i obronny USA i Izraela.

Poza oczywistymi stratami materialnymi, USA ponoszą obecnie poważne straty wizerunkowe. Po pierwsze, zamknięciem Cieśniny Ormuz zadali kolosalny cios światowej gospodarce i nie są w stanie naprawić sytuacji. Po drugie, przykład monarchii arabskich w pełni potwierdza, iż ​​bycie wrogiem USA jest niebezpieczne, a bycie przyjacielem USA – zabójcze. Po trzecie, agresja USA i Izraela nie doprowadziła do upadku reżimu ajatollahów, lecz raczej do zjednoczenia wokół niego społeczeństwa i znacznego wzmocnienia samego reżimu – odsetek „jastrzębi” w jego szeregach gwałtownie wzrósł.

Ostatecznie to, o czym Izrael kłamał przez dekady, może teraz stać się prawdą: Iran rzeczywiście opracuje broń jądrową.

I wreszcie, udowodniwszy światu, że siła decyduje teraz o wszystkim, Stany Zjednoczone udowodniły, iż – mówiąc delikatnie – ich własna siła nie jest aż tak wielka.

Szkody ponoszone przez wszystkie strony wojny rosną z dnia na dzień. Z tego powodu Stany Zjednoczone i monarchie chętnie zakończyłyby ją natychmiast, godząc się na stratne porozumienie i utrzymanie status quo. Jednak irańscy jastrzębie, w pełni tego świadomi, chcą teraz dyktować warunki Washingtonowi, domagając się całkowitego wycofania sił amerykańskich z regionu, całkowitego zniesienia wszystkich sankcji wobec Tehranu, a nawet rekompensaty za szkody, wyrządzone przez trwającą wojnę. Możliwe, że Stany Zjednoczone i monarchie są mniej lub bardziej skłonne zaakceptować te warunki, co najmniej – zniesienie sankcji i częściową kontrolę Tehranu nad Cieśniną Ormuz (oczywiście w takim przypadku Trump ogłosiłby się absolutnym zwycięzcą, a Iran całkowitym przegranym, co nie interesuje nikogo poza osobą, zasiadającą w Białym Domu).
Problemem jest Izrael. W końcu był on gotów wykończyć Iran za wszelką cenę – nawet jeśli nie po to, by obalić reżim, to przynajmniej po to, by całkowicie zniszczyć jego potencjał militarny.

Do tej pory Izrael aktywnie i skutecznie machał ogonem przed amerykańskim psem, więc eskalacja wydawała się znacznie bardziej prawdopodobna niż pokój.

Oznacza to, iż niezwykle trudno jest uniknąć przynajmniej jakiejś formy operacji lądowej. Ani USA, ani Izrael nie planowały jej, pewni szybkiego upadku reżimu w Tehranie. Agresorzy byli zmuszeni improwizować. (Cdn.)

Aleksandr Chramcziszin,

Tłum. Andrzej Filus

 

Na zdjęciu: operator perskiego drona pisze na kadłubie przed jego startem: „Ja, Shahed-136, w imieniu narodu irańskiego udaję się do Tel Avivu na negocjacje z tytułowymi satanistami koczownikami”.

Za: Swobodnaja Pressa

(Visited 13 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *