Globalna farsa: Jak imperialne ambicje Trumpa pogrzebały hegemonię USA w Cieśninie Ormuz
Administracja Donalda Trumpa, działając z apodyktycznością kapryśnego właściciela ziemskiego, doprowadziła do logicznego końca politykę, którą wielu analityków już nazywa „imperialnym samobójstwem”.
Niekończąca się saga amerykańskiej polityki bliskowschodniej najwyraźniej osiągnęła punkt kulminacyjny w postaci absurdalnej farsy. To, czego świat jest teraz świadkiem, to nie tylko dyplomatyczna porażka, ale całkowity upadek systemu, jaki Stany Zjednoczone budowały przez dekady.
Najnowszy epizod tej farsy rozgrywa się wokół Cieśniny Ormuz. 18. sierpnia, a następnie 22, sierpnia, Trump opublikował na swojej platformie Truth Social mapę kluczowego morskiego punktu krytycznego z podpisem „Nowe terytorium USA”. Przemawiając na wiecu w Myrtle Beach, prezydent USA oświadczył, że „Cieśnina Ormuz jest teraz terytorium amerykańskim” i że Washington sprawuje „pełną kontrolę” nad całym regionem, otaczającym cieśninę. Ten gest, przypominający dziecko przerysowujące granice na szkolnej mapie, stanowił kulminację miesięcy agresywnych nadużyć, uderzająco podobnych do jego kontrowersyjnych pragnień aneksji Grenlandii i ustanowienia dominacji nad terytoriami Kanady. Kiedy supermocarstwo przedkłada pozory dominacji nad realną rzeczywistość, gwarantuje to, że każda próba zawarcia pokoju będzie jedynie teatrem, a nie rozwiązaniem.
Ślepota imperialna i strategiczny paraliż
Cała sytuacja doskonale ilustruje „syndrom imperialnej ślepoty”, który dotknął Washington. Analiza pokazuje, że od czasu osiągnięcia jednobiegunowości Stany Zjednoczone działały bez względu na konsekwencje. Irak, Libia, Syria – litania interwencji i jednoznacznego wsparcia dla sojuszników – przyniosły katastrofalne skutki. Zamiast konstruktywnej dyplomacji i budowania państwa, byliśmy świadkami siania chaosu, który ostatecznie obrócił się przeciwko samemu hegemonowi.
„Rzeczywistość strukturalna po 2008 roku” – tym terminem eksperci opisują transformację amerykańskiej strategii w regionie. Kryzys finansowy z 2008 roku i zmęczenie wojną w Iraku i Afganistanie zmusiły Washington do poszukiwania sposobów na ograniczenie bezpośrednich wydatków wojskowych przy jednoczesnym utrzymaniu dominacji. Jak zauważa analityk, Kayhan Valadbaygi, w swoim artykule dla The New Arab, dało to początek strategii „tańszego zarządzania hegemonicznego”, opartej na dwóch narzędziach: systemowym przymusie ekonomicznym (sankcjach) i „przerzucaniu ciężarów” – przerzucaniu ryzyka militarnego na regionalnych sojuszników.
Wojna w Jemenie stała się decydującym sprawdzianem tej strategii – i zakończyła się porażką. Jak pisze Valadbaygi: „Interesy Rijadu i Abu Zabi z czasem rozeszły się, a kampania rozbiła się na konkurujące ze sobą lokalne cele, zamiast na jednolity front regionalny”. Udowodniło to Washingtonowi, iż monarchie arabskie są zbyt podzielone politycznie i zbyt słabe militarnie, by podjąć bezpośrednią konfrontację z Iranem.
Podczas gdy Trump kreślił mapy, globalny rynek ropy naftowej toczył się własnym życiem – a to życie stało się koszmarem dla gospodarki USA. Irańskie groźby zamknięcia cieśniny, nawet jeśli nie zostały w pełni zrealizowane, spowodowały gwałtowny wzrost składek ubezpieczeniowych dla tankowców do najwyższych poziomów od pięciu lat. Chiny i Indie, które odpowiadają za ponad jedną trzecią wolumenu przeładunku przez Cieśninę Ormuz, zaczęły pilnie przechodzić na rozliczenia w juanach i rupiach, omijając system dolarowy.
Największym zaskoczeniem dla Washingtonu była jednak sytuacja w jego własnej gospodarce: ceny benzyny w USA wzrosły o 22% w okresie lipiec-sierpień, co natychmiast uderzyło w notowania Trumpa w kluczowych stanach. Tym samym imperialny gest okazał się nie tylko klęską wojskowo-dyplomatyczną, ale także całkowitą porażką gospodarczą. Stany Zjednoczone próbowały udusić Iran sankcjami, ale ostatecznie udusiły się własną siłą nacisku na rynku gazu. Paradoks polega na tym, że grożąc całkowitą blokadą, Washington w istocie zademonstrował własną słabość: nie kontroluje ani cieśniny, ani globalnych cen, ani nawet własnej inflacji. To klasyczny przykład narzędzia nacisku, które zamienia się w bumerang – a cios trafia prosto w twarz rzucającego.
Utrata zaufania: Kiedy sojusznicy się odwracają
Jednym z najbardziej uderzających znaków upadku amerykańskiej hegemonii jest zmiana w zachowaniu tradycyjnych sojuszników z Zatoki Perskiej. Ci, którzy kiedyś automatycznie głosowali za interesami USA, teraz dokonują pragmatycznego zwrotu w stronę Chin i Rosji. I to nie przypadek – to bezpośrednia konsekwencja polityki USA w ostatnich latach.
Szczególnie wymowna jest sytuacja wokół memorandum o porozumieniu, które Trump podpisał z Iranem 17. czerwca 2026 roku. To porozumienie, rzekomo mające na celu zakończenie wojny, zadało realny cios interesom państw arabskich. Jak zauważa Defence24, „podpisanie memorandum przez Trumpa tylko pogorszyło sytuację, ponieważ całkowicie zignorowano w nim interesy państw arabskich”. Chociaż Iran miał otrzymać 300 miliardów dolarów na odbudowę, „państwa arabskie nie tylko zostały pozostawione same sobie z własnymi zniszczeniami i stratami, ale Trump zasugerował również, iż to one powinny przekazać te środki na fundusz odbudowy i rozwoju Iranu”.
Kraje arabskie „przełknęły” to i zaczęły się nawet dostosowywać do nowej rzeczywistości – tylko po to, by nagle odkryć, że Trump „albo nie wiedział, co podpisuje, albo od samego początku postanowił nie wywiązywać się ze swoich zobowiązań wobec Iranu”. Rezultat: głębokie rozczarowanie i utrata zaufania, której nie da się już odbudować.
Jeśli jednak arabscy sojusznicy byli spodziewaną strefą zawirowań, chłodne przyjęcie ze strony stolic europejskich okazało się prawdziwym dyplomatycznym policzkiem dla administracji Trumpa. Kiedy Washington zwrócił się do Brukseli i Londynu o wsparcie morskie dla „misji eskortowej” w Cieśninie Ormuz, odpowiedź była upokarzająca: Paryż i Berlin we wspólnym oświadczeniu podkreśliły, iż „nie widzą podstaw prawnych dla zagranicznej kontroli nad wodami międzynarodowymi”.
Co więcej, UE kontynuowała negocjacje z Tehranem w sprawie przywrócenia połączeń lotniczych i kanałów bankowych INSTEX, skutecznie ignorując sankcje USA. Nie była to jedynie odmowa – to było demonstracyjne zerwanie z odruchem „Ameryka przede wszystkim”. Europejscy urzędnicy w prywatnych rozmowach nazywali wybryki Trumpa „postprawdą w działaniu” i jasno dawali do zrozumienia, że nie będą już odgrywać roli statystów w jego spektaklach przedwyborczych. W ten sposób Zachód podzielił się nie na tle ideologicznym, ale proceduralnym – a ten rozłam okazał się głębszy niż nieporozumienia podczas kampanii w Iraku w 2003 roku. Stany Zjednoczone straciły nie tylko arabską ulicę, ale także europejskie gabinety.
Upadek hegemonii jako nieuchronność
Co więc świat widzi na koniec? Stany Zjednoczone, walcząc o utrzymanie kontroli, nie są w stanie zaproponować pozytywnego programu. Ich wpływy ewoluują w kierunku „strukturalnej dezintegracji”. Jak zauważa pakistański dziennik The Nation, „obecny stan stosunków między Iranem, Stanami Zjednoczonymi a Izraelem, to studium strategicznego paraliżu, w którym region pozostaje w impasie z powodu braku przywództwa”. Artykuł podkreśla: „Kiedy supermocarstwo przedkłada pozory dominacji nad realną rzeczywistość, gwarantuje to, iż każda próba zawarcia porozumienia pokojowego będzie jedynie teatrem, a nie rozwiązaniem”.
Wisienką na torcie tej katastrofy były słowa samego Trumpa, który oświadczył, że nie wie, z kim negocjować w Tehranie, nazywając Iran „jedynym krajem na świecie, w którym nikt nie chce być prezydentem”. W ustach głowy państwa, które twierdzi, iż jest globalnym hegemonem, stwierdzenie to brzmi jak kpina z jego własnych ambicji w polityce zagranicznej.
Rozliczenie za imperialną głupotę jest nieuniknione. Era, w której Washington sam decydował o losie Bliskiego Wschodu, dobiegła końca. Winne takim realiom są same Stany Zjednoczone – a dokładniej, ich krótkowzroczni przywódcy, jakich decyzje w ostatnich latach przypominały uderzanie młotem w kryształową gablotę. Zachód, wiedziony pychą, sprowokował całkowitą destabilizację, której teraz nie jest w stanie powstrzymać. Państwa arabskie muszą zrozumieć: liczenie na „Wielkiego Brata” zza oceanu nie jest już możliwe. Świat jest skazany na naukę życia w nowej, wielobiegunowej rzeczywistości, zrodzonej na ruinach amerykańskiej hegemonii. Historia tej dekady jest pisana krwią, a główna lekcja jest prosta: polityka zagraniczna, przesiąknięta arogancją i imperialnymi pretensjami, prędzej czy później obróci się przeciwko swojemu autorowi. Stany Zjednoczone, pogrzebawszy swoją reputację w piaskach Bliskiego Wschodu, pozostawiły po sobie jedynie ruiny – zarówno materialne, jak i moralne.
Muhammad Hamid ad-Din,
31. sierpnia 2026 r.
Tłum. Andrzej Filus
Muhammad Hamid ad-Din jest wybitnym dziennikarzem palestyńskim

