„Okrągły stół” w oczach publicystów (1). Okres negocjacji
Rok 1988 przyniósł Polsce falę niezadowolenia społecznego i strajków. Kolejne etapy lansowanej przez KC PZPR reformy doprowadziły do nikąd. Do oficjalnego występowania przygotowywały się zakładowe struktury zdelegalizowanej w stanie wojennym „Solidarności”, jawnie działał (choć w sporej mierze „przetkany” pracownikami SB) ruch Wolność i Pokój, Kornel Morawiecki nie ukrywał, iż stoi na czele „Solidarności Walczącej”, Wybrzeże – od Trójmiasta po Szczecin – było sferą wpływów Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego (wygrana walka z budową elektrowni atomowej w Żarnowcu), we wrześniu w stolicy Jacek Szymanderski powołał do życia Polską Partię Ekologiczną, przekształconą w grudniu w Szklarskiej Porębie w Polską Partię Zielonych. Kraj oczekiwał zmian.
W tej atmosferze grupa działaczy opozycyjnych, skupionych wokół Lecha Wałęsy podjęła absolutnie tajne negocjacje z tymi działaczami PZPR, którzy byli gotowi na kompromis. Określa się ich zazwyczaj jako „ludzi Kiszczaka”, gdyż faktycznie posiadające najwięcej informacji o rzeczywistej sytuacji społecznej służby specjalne – jako pierwsze dostrzegły konieczność rezygnacji z „twardej linii” wobec „Solidarności” czy KPN. Nie bez znaczenia było tu stanowisko genseka ZSRR – Michaiła Gorbaczowa. Bez jego zgody PZPR żadnych rozmów przeprowadzać by nie mogła.
Obie strony zastarzałego sporu miały swoją wizję „kompromisu”. PZPR dysponowała jednak wciąż aparatem przymusu, o czym należało pamiętać, chcąc uniknąć rozlewu krwi. Negocjacje wstępne, co ujawnili historycy IPN, prowadził ze strony opozycji m. in. Jacek Kuroń. Ów fakt z życia wybitnego działacza opinia społeczna zdaje się teraz potępiać, ale „okrągły stół” nie byłby w ogóle możliwy bez wcześniejszego wzajemnego wybadania stanowisk.
Nacisk oddolny był tak wielki, iż do oficjalnych rozmów należało siadać z założeniem ich sukcesu. Klęska „okrągłego stołu” najprawdopodobniej doprowadziłaby do wymknięcia się sytuacji spod kontroli, a na tym nie zależało ani pokojowo przekazującym część władzy politykom obozu komunistycznego, ani opozycjonistom.
PZPR dysponowała w przełomowym okresie tygodnikiem „Polityka” i codzienną „Trybuną Ludu”. Kręgi wojskowe, zbliżone do gen. Jaruzelskiego – „Żołnierzem Wolności”. Nie jest przypadkiem, iż począwszy od stycznia 1989 roku każdy z tych tytułów rozpoczął przygotowywanie elektoratu partyjnego do nadchodzących zmian. Z lektury wszystkich tych pism da się wywnioskować, iż najbardziej wyważone głosy zamieszczała „Polityka”, najmniej reformatorską była zaś ekipa redakcyjna „Trybuny Ludu”.
Już 7. stycznia 1989 r. Jerzy Baczyński i Marian Turski opublikowali w „Polityce” wywiad z Lechem Wałęsą. Co prawda nie rozpoczynał się na stronie pierwszej (na to było za wcześnie), ale strony 3. i 4. to miejsce absolutnie przyzwoite.[1]
Na stronę pierwszą trafił za to artykuł Jacka Syskiego pod znamiennym tytułem: „Skazani na siebie”. Autor stwierdza w nim: „W kraju, gdzie niemożliwe staje się możliwe, a najprostsze rzeczy nagle znajdują się poza zasięgiem możliwości – wszelkie uwagi związane z inicjatywą tzw. okrągłego stołu łatwo zamienić się mogą w zwyczajne zamawianie albo wróżenie z fusów. Niemniej ponieważ nie ma i nie może być odwrotu czy odwołania od procesów demokratyzacji systemu społecznego i politycznego w Polsce, chociażby dlatego, że jest to jeden z podstawowych warunków koniecznych przemian gospodarczych (nie mówiąc już o imponderabiliach) – tedy warto może pewne kwestie wyprowadzić z cienia i postawić „kropki na i”, bo wydaje się, że ciągle jeszcze w tej sprawie za dużo niedomówień, eufemizmów czy zwyczajnych nieporozumień”.[2]
Po raz pierwszy od lat pojawia się również w „Polityce” dawno zapomniany termin: „pluralizm”. Piórem Jana Bijaka PZPR przyznaje się, iż nie udało się jej uzyskać społecznej akceptacji własnych poczynań. Kilka miesięcy wcześniej głos taki byłby niemożliwy do publikacji – cenzorzy wiedzieli, że „partia z narodem, naród z partią”. Oto fragment przywoływanego tekstu: „Otwiera się nowa karta w naszych dziejach – patrzymy na nią z nadzieją. Po stanie wojennym udało się ochronić naszą zagrożoną państwowość, nie dopuścić do tragedii narodowej, odbudować autorytet międzynarodowy, przywrócić spokój. Ale nie udało się wystarczająco rozruszać gospodarki, postawić spraw z głowy na nogi, obronić stopy życiowej, podreperować samopoczucia obywateli. Nie udało się pozyskać akceptacji ludności dla panujących rozwiązań politycznych. Z jedynie słusznej zasady walki i porozumienia, walka była bardziej skuteczna niż porozumienie. Była ona konieczna, niezbędna również dlatego, że pomogła uzmysłowić obu stronom, iż dojrzał czas wzajemnych ustępstw i porozumienia.”[3]
Co prawda publicysta „Polityki” sugerował, iż niezadowolenie Polaków ma za tło głównie gospodarkę, ale polityczny priorytet ideologii marksistowskiej wciąż obowiązywał.
I oto głos zabrał jeden z głównych ideologów komunistycznych lat 70. ub. stulecia, z końcem lat 80. członek Komitetu Centralnego PZPR – prof. Zdzisław Cackowski (UMCS). Zamiast suchej, naukowej oceny sytuacji, mamy tu do czynienia z głosem raczej osobistym, wskazującym na rozterki duchowe przywódców partyjnego establishmentu: „Żeby dodać sobie odwagi, zacznę od drobnej i właściwie mało znaczącej polemiki z samym premierem, który powiedział, że daliśmy sygnał opozycji, iż się <nie boimy>. A tymczasem jest się czego bać. Przyznaję, że ja się trochę boję tej sytuacji.
Stoimy wobec pytania <być albo nie być>. Być musimy i możemy. Być dla Polski i nie tylko być, ale być lepiej wewnętrznie – ze sobą i między sobą, oraz zewnętrznie – z sąsiadami, ze światem. Żeby jednak być – trzeba być inaczej! Nie ma sposobu, nie można po prostu odpowiedzieć <być> bez wskazania innego sposobu bycia.”[4]
Partyjne „być albo nie być” kazało stawiać jeszcze inne pytania. Głównym z nich stało się pytanie o własny rodowód. Wiadomo, że PZPR powstała w grudniu 1948 roku podczas „zjednoczenia” Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej. Zjednoczenia nakazanego odgórnie przez Kreml i polegającego na wchłonięciu zasłużonej dla ruchu robotniczego organizacji, jaką była PPS przez założoną podczas II wojny na zlecenie Moskwy – PPR, gdzie zresztą toczyły się walki frakcyjne i „nacjonaliści” ustąpili akurat pola stalinowskim „internacjonalistom” Bieruta. Aż do roku 1989 oficjalnie nikt na gruncie partyjnym podobnych pytań, publicznie przynajmniej, nie stawiał. „W roku 1989 trzeba po nowemu postawić pytanie: do czego nawiązuje PZPR? Potencjał ideowy PZPR w momencie jej powstania mógł być sumą przewartościowanego dorobku obu partii poprzedniczek. Tymczasem ograniczanie – naszych niemal do wczoraj powtarzanych formułkach oficjalnych – dorobku odrodzonej PPS tylko do jej nurtu lewicowego jest dowodem, że cienie stalinizmu znikają z trudem.”[5]
Cienie stalinizmu nie znikały jednak głównie ze względu na wewnętrzną „skruchę” partyjnych aparatczyków (ci przecież, zgodnie z powiedzeniem min. J. Urbana mogli „wyżywić się sami”), ale dzięki zaistnieniu na skalę niemal masową opozycji przeciw działaniom PZPR. „Jeszcze kilka lat temu słowo „opozycja” miało w Polsce niezbyt jasne odniesienia. Opozycji w sensie ugrupowania politycznego nie przewidywały rozwiązania prawno-ustrojowe, nie mogła być legalna. W propagandowym obiegu było określenie „siły (elementy) antysocjalistyczne”, ale szybko się zużyło. Potem zaczęto rozróżniać podziemie polityczne, tzn. tych, którzy czynnie dążyli do zmian ustrojowych, do odrzucenia socjalizmu – od opozycji wewnątrz-systemowej, wychodząc z założenia, że jeśli ktoś nie aprobuje polityki władz, to wolno mu, ale nie musi to oznaczać, że bojkotuje ustrój socjalistyczny.”[6]
Tymczasem na łonie samej opozycji zarysowały się wyraźne podziały. Różna poczęła też być, w odróżnieniu od sytuacji po 13.XII.1981r., ocena sytuacji. Mówi Marek Kurzyniec, krakowski działacz WiP i MA: „Jeśli ktoś chciałby zrozumieć przebieg wielu zachodzących dziś zjawisk, musi cofnąć się do Sierpnia ’80. Później nie widzę jakichś momentów zwrotnych – czerwiec 1989 r. nie był żadnym przełomem. Prawdziwym źródłem przemian, gdzie zaznaczyły się najważniejsze konflikty i problemy społeczne, był Sierpień. Wtedy powstał naprawdę masowy ruch, a stan wojenny był wydarzeniem, które to wszystko zniszczyło.(…). Dla mnie ważne było jedno: czy można stworzyć nowy ruch i czy z jego pomocą da się wykorzystać moment, w którym system gnije? Widziałem ten proces na własne oczy w drugiej połowie lat 80. – wszędzie inercja, marazm, faktyczna nieobecność „Solidarności” jako ruchu robotniczego, masowego, bo wszystkim zajęły się „elity”. Brakowało konceptu: politycznego, społecznego, który by ożywił atmosferę. A system przygotowywał się do zmiany kostiumu. (…). W 1989 r. istniało przeczucie, że demokracja jest niewydolna, że ten sposób realizowania zasady wolności społecznej się przeżył. I to była dla wielu herezja, ludzie byli zaaferowani czteroprzymiotnikowymi wyborami, które miały rozwiązać wszystkie problemy. Później się okazało, że wybory z czerwca 1989 r., abstrahując od atmosfery, to rzecz dwuznaczna, bo kompromis pojawił się w momencie dla systemu bardzo niebezpiecznym. Władza była w trakcie przepoczwarzania się (gdy zwierzęta, ludzie i systemy są bardziej wrażliwe) i można było dokończyć zryw mas, a wtedy to wszystko by się rozsypało. (…). [Ludzi z młodego pokolenia „S”] wycięto w 1989 r., a powyciągano stare mumie, które teraz świetnie się czują: Gila, Handzlika, Nowaka, wszystkie te figury z 1980/81 roku. I wszystko po to, by przyciąć skrzydła takim jak Szewczukaniec, jak górnicy z kopalni „Manifest Lipcowy”, jak ludzie z Jastrzębia-Zdroju.”[7]
Nawet wewnątrz WiP-u sytuacja nie była klarowna, tak przed, jak po negocjacjach w Warszawie. Oto, co pisze dr Eryk Krasucki ze szczecińskiego oddziału IPN: „Opisywane środowiska przyjmowały porozumienia [Okrągłego Stołu] w odmienny sposób. W WiP-ie nastąpił na tym tle wyraźny rozłam. Działacze z różnych miast przyjęli odmienne stanowiska w zależności od tego, jaka „frakcja” miała w tym momencie większość. Szczeciński WiP poparł wyraźnie porozumienie. Bliska współpraca z solidarnościową opozycją rozpoczęła się zresztą nieco wcześniej – w trakcie strajków sierpniowych 1988 r. (…) tuż przed wyborami z czerwca 1989 r. szczeciński WiP tak określał swoje stanowisko: Uznajemy, że dokonujący się obecnie w Polsce proces głębokich reform politycznych, oparty na kompromisie i dialogu, jest zbieżny z ideami programowymi ruchu WiP. Ustalenia, zawarte w toku obrad „okrągłego stołu” gwarantują nam po raz pierwszy od 1947 roku uczciwy udział w zbliżających się wyborach do Sejmu i Senatu. (…).
W diametralnie inny sposób zareagował Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, uznając porozumienie między władzą a opozycją za zdradę ideałów. W kwietniowym numerze wydawanego w Gdańsku pisma „Homek” czytamy: „Kończy się okrągły stół. System, który wyłania się porozumienia elit to krzyżówka komunistycznego ucisku i kapitalistycznego wyzysku. Pozostaną układy i przywileje, A z wolnego rynku rywalizacja i bieda tych, którzy są poza układem. (…). Celem porozumienia jest spokojne korzystanie elit z przywilejów władzy nad nami. Opozycję dopuści się do współrządzenia, za co będzie ona uspokajać masy. W tym celu elity władzy i opozycji chcą uchodzić za reprezentację całego narodu i wzajemnie się w tej roli zalegalizować, licząc na to, że większość uwierzy w slogany, a „ekstremę” (młodzież i radykałów z „S”) pobije się przy biernej postawie mas i z błogosławieństwem elit (tak partyjno-rządowych, jak i opozycyjno-kościelnych).”[8]
W samej „Solidarności” również zarysował się rozłam. Tak widział go po latach Andrzej Gwiazda: „Już w styczniu 1989 roku Wałęsa zapowiedział powołanie „nowej Solidarności”. Pierwszemu publicznemu oświadczeniu nadano doskonałą pod względem socjotechnicznym formę. Zorganizowano telewizyjną „debatę” między Miodowiczem, przewodniczącym związków zawodowych, powołanych w stanie wojennym. Pozwoliło to Wałęsie złożyć publiczne deklaracje – nowa „Solidarność” będzie zupełnie inna niż ta z 80. roku, wejdą o niej zupełnie nowi ludzie, „będziemy pracować za miskę zupy”. Telewidzowie skupili uwagę na tym, kto „lepiej wypadnie” i ważne politycznie deklaracje przyjęli bez refleksji nad ich sensem i konsekwencjami. 17. kwietnia w wyniku umowy okrągłego stołu sąd zarejestrował nową „Solidarność”.
Pierwszą i drugą „Solidarność” łączyła tylko nazwa: zarejestrowano zmieniony statut (zmiany dotyczyły paragrafów: 5, 11, 19, 23, 24, 33 i 34).
Zmiany statutu zostały zatajone przed członkami. Do dzisiaj nie wiadomo, kto tych zmian dokonał. Wałęsa ogłosił, że w czasie stanu wojennego wygasły mandaty członków KK, jak i wszystkich innych władz Związku, z wyjątkiem mandatu przewodniczącego KK. Administracja przyznawała status legalności (np. lokal na działalność tylko strukturom, organizowanym przez ludzi wyznaczonych przez Wałęsę. Kto nie godził się z brakiem demokracji, miał tylko jedno wyjście – mógł się do Związku nie zapisać. Według różnych szacunków do drugiej „Solidarności” zapisało się od jednej czwartej do jednej trzeciej członków pierwszej. Na Zjazd nie zaproszono członków Komisji Krajowej i Komisji Rewizyjnej (paragraf 18. statutu – „Do kompetencji Zjazdu należy rozpatrywanie sprawozdań Komisji Krajowej i Komisji Rewizyjnej”).
Nie podjęto żadnej próby legalizacji samowolnych działań Wałęsy dla zachowania choćby formalne ciągłości z pierwszą „Solidarnością”. Mimo to I Zjazd nowej organizacji nazwano II Zjazdem „Solidarności”. Popularność Wałęsy, poparcie jakiego udzieliły mu władze PRL, Kościół i demokratyczny Zachód pozwoliły mu złamać statut i podeptać demokrację. „Solidarność” przestała istnieć, nawet nie została zgodnie ze statutem rozwiązana.”[9]
Tymczasem PZPR usiłowała pokazać społeczeństwu „nową twarz”. Dobrotliwy wizerunek ludzi Jaruzelskiego i Rakowskiego kreowała głównie „Trybuna Ludu”: „Wraz z grupkami młodzieży, które w piątek 6 bm. Pojawiły się na pół godziny przed spotkaniem wchodzimy do gmachu KC po prostu zwyczajnie. Nikt nie żąda okazania dokumentów, nie wypisuje przepustki, określającej dokładnie, na które piętro i w jakim celu. Po wyczyszczeniu fasady Domu Partii, co miało być zwykłym zabiegiem remontowym, a zaczyna urastać do rangi symbolu, kolejny to symptom zmieniających się czasów.
Za pośrednictwem prasy, radia i telewizji nowo wybrany sekretarz KC PZPR, Leszek Miller wystosował zaproszenie do wszystkich młodych ludzi, którzy chcą dyskutować o partii, jej dylematach, zachodzących przemianach i udziale w nich młodzieży. Formuła klubu – zapowiadano – jest otwarta – na spotkanie może przyjść każdy młody człowiek – niezależnie od swojej przynależności partyjnej, organizacyjnej czy postawy światopoglądowej.”[10]
Prócz tego rodzaju działań „bezpośrednich” „Trybuna Ludu” lansowała obraz PZPR, jako organizacji przełamującej schematy z własnej woli. W dodatku wciąż nie widziała dla niej innej, niźli „centralnej” (czym to się różni od wcześniejszej – „przewodniej”?) roli w życiu Polski. „W ostatnich latach PZPR stała się bardziej podatna na akceptację tendencji reformatorskich w sferze politycznej, społecznej i gospodarczej. Nadal jednak ciążą stare struktury organizacyjne i model partii dyspozycyjnej. Działania administracyjne dominują nad politycznymi. Ukształtowane historycznie struktury, mechanizmy funkcjonowania, procedury i metody działania powodują, że partia w zbyt małym stopniu zorientowana jest tylko na inspirowanie przemian, ale i na uczestniczenie w nich jako główny podmiot. Partia znalazła się w obliczu nowych wyzwań i nieodwracalnego procesu przemian, a chodzi o to, by znalazła się w ich centrum.”[11]
6. lutego 1989 r. obrady „okrągłego stołu” rozpoczęto. Ich miejscem była Sala Kolumnowa Pałacu Rady Ministrów. Wokół stołu zasiadło 57 osób. Przemówili do zebranych m. in. Czesław Kiszczak, Lech Wałęsa, Alfred Miodowicz i Józef Ślisz. Życie Polski skoncentrowało się wówczas naprawdę w stolicy.
Obie „wysokie, umawiające się strony” nie wiedziały, jak długo przyjdzie im debatować. Pesymiści mówili nawet o długich miesiącach negocjacji. Cokolwiek zresztą ustalono już wcześniej. Według Andrzeja Gwiazdy strona rządowa wykazywała większe zdecydowanie: „(…) pierwsza „Solidarność” znikła i zastąpiła ją druga „Solidarność”. Niewielu już ludzi w Polsce jest jeszcze w stanie upierać się, że jest to kontynuacja. Druga „Solidarność” powstała na zasadzie ekskluzji. Elita, pewna ograniczona grupa w „Solidarności”, wyłączyła inną grupę i to nie tylko wyłączyła ją formalnie, fizycznie, ale wyłączyła jej cele, cały tzw. etos. Historia powstania tej drugiej organizacji o nazwie „Solidarność” zaczęła się w Magdalence. Na nieśmiałe propozycje grupy tzw. solidarnościowej, aby pan generał Kiszczak zgodził się na reaktywowanie „Solidarności” na szczeblu Komisji Zakładowych, generał, po wysłuchaniu wszystkich argumentów, zdenerwował się, wstał i powiedział: „Panowie, albo „Solidarność” będzie od razu z krajową czapą, albo nie będzie jej wcale.” Nie wiem, czy dokładnie tak wyglądały „negocjacje”, ponieważ znam to z przecieków. Na zakończenie obrad doradca inkluzyjny Mazowiecki (inkluzja – obce wtrącenie) zapytał Kiszczaka: „A kto będzie podmiotem porozumień?”. Kiszczak odpowiedział: „Podmiotem porozumień będą sygnatariusze”.
Czy można tu mówić o elicie?! Czy można nazywać elitą jakąś grupę, której prominentny przedstawiciel stwierdził: „Jeżeli nie możemy pomóc 30 milionom, to pomóżmy przynajmniej 3 tysiącom”? Jest to dosłowny cytat opinii jednego z przywódców gdańskiego podziemia w okresie obrad „okrągłego stołu”.”[12]
Przemówienie gen. Czesława Kiszczaka, otwierającego obrady, zacytował w całości „Żołnierz Wolności”:
„SZANOWNI PAŃSTWO!
Społeczeństwo polskie oczekuje od „okrągłego stołu” pomyślnych wieści a przede wszystkim – wymiernych efektów jego obrad. Dziś myśleć musimy szczególnie o tych, którym żyje się najtrudniej. To oni właśnie spoglądają na nas z największą nadzieją, oczekując odczuwalnych skutków porozumienia. Nie wolno nam tych nadziei zawieść. Nie wolno nam również ani na chwilę zapomnieć o tych, którzy całe swe pracowite życie poświęcili Polsce ani o tych, którzy są jej przyszłością – o młodym pokoleniu Polaków. Mając to na uwadze, szanujemy czas, aby jak najszybciej rozpocząć pracę w zespołach i podzespołach, aby podjęta przez nas misja znalazła pozytywny wyraz w skuteczności praktycznych działań.
Ze swej strony jesteśmy do tego gotowi. Mamy jasno sprecyzowaną wizję Polski jutra – wielkiej swym historycznym dorobkiem, śmiałością współczesnych rozwiązań, zjednoczeniem narodu wokół nadrzędnych celów.
Nie kierujemy się pytaniem „kto kogo?, lecz kto z kim?”. Pragniemy, aby przemiany, do których dążymy, były naszą wspólną narodową sprawą. Nikt jednak nie wyposażył nas w magiczną moc stanowienia o polskiej rzeczywistości. Nie powinniśmy ulegać takiemu złudzeniu. Efektem naszej pracy może być tylko zaczyn programów działania oraz uzyskanie społecznej opinii, aprobaty i wsparcia.
Będzie to może mało, lecz zarazem jakże wiele. Wszystko zależy od poczucia odpowiedzialności, kultury politycznej, odwagi i konsekwencji w dalszej współpracy, nacechowanej patriotyczną troską o losy kraju, o dobro wszystkich Polaków. Dziękuję za uwagę.”[13]
Już podczas obrad „rządowa” „Polityka” wyraźnie starała się wesprzeć porozumienie i tę część opozycji, która zasiadła do stołu rozmów. W Jastrzębiu–Zdroju, o którego działaczach mówił już Marek Kurzyniec, niezadowoleni z rozwoju sytuacji i spodziewanego zbyt dużego dla siebie kompromisu – ludzie opozycji zorganizowali kontr-spotkanie.
„W Warszawie kończy się trzeci tydzień „okrągłego stołu”, w Jastrzębiu rozpoczyna spotkanie opozycyjnych grup i organizacji przeciwnych – jak powiedział jeden z dyskutantów – „okrągłostołowemu” szantażowi wobec narodu… Nazwa: Kongres opozycji antyustrojowej. Wiodące hasło: przeciwko dogadywaniu się elity władzy i tzw. opozycji konstruktywnej. Cel: wspólny front działań na rzecz zmiany ustroju w nowych warunkach społeczno-politycznych, w których – kolejna teza z dyskusji – część „Solidarności” angażuje się w podtrzymywanie komuny.”[14]
Do Jastrzębia nie przyjechały ekipy RSA i niektórych ogniw WiP-u. Służba Bezpieczeństwa zatrzymała ok. 120 osób. Tym samym dokonano podziału na opozycję „konstruktywną” (tę, rozmawiającą w stolicy) i „niekonstruktywną” (tę z Jastrzębia-Zdroju), który to podział owocuje negatywnie do dziś dnia (podwójne obchody 25-lecia NSZZ „Solidarność”).
W Warszawie także nie rozmawiało się zbyt łatwo. Różne pomysły na zmianę status quo mieli nie tylko przedstawiciele strony rządowej, ale też opozycjoniści. W jednej kwestii opozycja znalazła sojusznika w ekonomiście partyjnym – doc. Grzegorz Kołodko poparł odwleczenie przez ustępujący rząd operacji urynkowienia gospodarki.[15] „– Wśród uczestników okrągłego stołu dostrzegam gołębie i jastrzębie. Okna w Sali obrad są zamknięte, więc ani jedni, ani drudzy nie wyfruną. O gołębiach można powiedzieć wiele dobrego. Są to ludzie o wysokim poziomie wiedzy profesjonalnej, a takich cenię wysoko. Rozumieją procesy, które zachodzą w kraju, wiedzą, w jakim stanie jest nasza gospodarka i czym może się to skończyć. Gotowi są tłumaczyć swoją wiedzę na język porozumienia. Ale gdy porozumienie wydaje się być w zasięgu ręki, wówczas unoszą się jastrzębie i mówią: chwileczkę, jeszcze jest ta sprawa, jeszcze tamten problem! Takie działanie uważam za przejaw złej woli – mówi doc. dr Grzegorz W. Kołodko, specjalista w zakresie polityki gospodarczej, przedstawiciel strony rządowo-koalicyjnej w grupie roboczej ds. indeksacji płac i dochodów, wyłonionej z zespołu ds. gospodarki i polityki społecznej.”[16] (cdn.)
Kamil Soroka
[1] Dlatego musimy się dogadać – z Lechem Wałęsą rozmawiają Jerzy Baczyński i Marian Turski, „Polityka”, nr 1, Warszawa, 7.I.1989 r., ss. 3-4;
[2] Syski J., Skazani na siebie, „Polityka”, nr 1, Warszawa, 7.I.1989 r., s. 1;
[3] Bijak J., Pluralizm rozsądnych, „Polityka”, nr 3, 21.I.1989 r., s. 6;
[4] Cackowski Z., Spokój jest, ale nietrwały. Atuty i słabości, „Polityka”, nr 4, 28.I.1989 r., s. 1;
[5] Kurz A., Odnawiać socjalizm czy tworzyć nowy. Do czego nawiązujemy?, „Polityka”, nr 8, 25.II.1989 r., s. 4;
[6] Kwiatkowski S., Opinie o opozycji, „Polityka”, nr 9, 4.III.1989 r., s. 1;
[7] Docisnąć System, Krzysztof Wołodźko rozmawia z Markiem Kurzyńcem, „Obywatel”, nr 5 (31)/2006, ss. 5-6;
[8] Krasucki E., Alternatywne ruchy młodzieżowe wobec zmian społeczno-politycznych końca lat 80-tych – zarys problematyki ze szczególnym uwzględnieniem obszaru Pomorza Zachodniego, „Ulica Wszystkich Świętych”, nr 6 (78), 29.VI.2006, s. 18;
[9] Gwiazda A., List otwarty do Parlamentu Europejskiego, w: „Ulica Wszystkich Świętych”, nr 12 (66), 29.XI.2004, ss. 7-8;
[10] Sowińska M., Mikłaszewicz A., Młodzieńcza niecierpliwość, temperament i troska. Partia popiera wszystkich, którzy chcą zmian na lepsze, „Trybuna Ludu”, nr 7, 9.I.1989 r., s. 5;
[11] Kuczyński M., Tematy X Plenum – poglądy i dyskusje. W obliczu nowych wyzwań, „Trybuna Ludu”, nr 1, Warszawa, 2. stycznia 1989 r., s. 4;
[12] Gwiazda A., Elity „Solidarności”, „Obywatel”, nr 4 (30)/2006, s. 29;
[13] Kiszczak Cz., Przywiodła nas tu odpowiedzialność za losy Ojczyzny, „Żołnierz Wolności”, nr 33, 1989-02-08, s. 1;
[14] Dziadul J., Opozycja w opozycji, „Polityka”, nr 9, 4.III.1989 r., s. 7;
[15] Trembicka K., Okrągły Stół w Polsce. Studium o porozumieniu politycznym, Wyd. UMCS, Lublin 2003, s. 272;
[16] Nowakowska E., Co pozytywnego mogą państwo powiedzieć o swoich przeciwnikach przy „okrągłym stole”? …Wówczas unoszą się jastrzębie, „Polityka”, nr 10, 11.III.1989 r., s. 6.
