„Minął dzień i trzeba stąd odejść już…”
Słowa piosenek oraz muzyka Skaldów towarzyszyły nie tylko mnie, ale całemu Pokoleniu ’56. Z jednej strony szczęśliwe, choć biedne dzieciństwo, z drugiej zaś bogactwo wydarzeń, wpływających na życie codzienne i kulturę.
Twórczość braci Zielińskich (i jej poziom), prezentowana tak w radiu jak telewizji, zachęcała do bezpośredniego kontaktu z artystami. Przy każdej okazji, gdy widziałem na słupach ogłoszeniowych ich plakaty koncertowe, nie mogłem pominąć bycia uczestnikiem tego wydarzenia. Pierwsze utwory z singli, muzyka filmowa (Mocne uderzenie) oraz będące wówczas novum – teledyski – na trwałe wpisały się w moją wrażliwość.
W okresie licealnym otworzyła się wyrafinowana potrzeba słuchania nowego brzmienia, które wnosiło bogactwo tonacji do szarej rzeczywistości odbudowanego już z grubsza kraju. Współczesne instrumentarium w postaci chociażby organów Hammonda i kolejnych instrumentów klawiszowych, umieściło muzykę Skaldów na poziomie często światowym. Po raz pierwszy w jakimkolwiek utworze rockowym wiolonczela pojawiła się u The Beatles z ich Eleanor Rigby. Niedługo później Skaldowie nagrali Malowany dym, także w oparciu o wiolonczelę i muzykę polskich górali.
Bracia Zielińscy są autorami nie tylko wielkich przebojów, ale też poszukiwań muzycznych – od folkloru poprzez rocka progresywnego po jazz. Wszystkie te próby łączyli z lekcjami poezji (teksty L. A. Moczulskiego, W. Młynarskiego, A. Osieckiej czy E. Lipskiej), łącznie z protest songami, które w tamtych latach były równie potrzebne jak dzisiaj.
Słuchałem Skaldów w wieku młodzieńczym, w okresie buntu i dorastania – i słucham ich nadal. Wciąż smakują tak samo.
PS: Panie Jacku, dziękuję za kolory, które dodały skrzydeł i inspiracji w oglądaniu wschodów i zachodów słońca…
Mariusz Kiryła




