PolecaneRzeczypospolita

Historia jest zbyt tragiczna, aby wybierać tylko te fakty, które pasują do jednej wersji narracji (5)

 

Huta Pieniacka, rejon brodzki, obwód lwowski, 28. lutego 1944 r. Wieś została otoczona przez oddziały 4. Pułku Bezpieczeństwa Dywizji Waffen-SS „Galicja” oraz oddziały szwadronu UPA „Syromance” pod dowództwem Dmytra Karpenki (Jastrub) i spalona. Zginęło 550 mieszkańców wsi (według polskich źródeł zginęło 868 osób, ale znanych jest 400 ofiar).

Niuanse: wieś stanowiła silną bazę zarówno dla AK (oddziału „Kiedów” liczącego 100 bojowników pod dowództwem Kazimierza Wojciechowskiego – Satyra), jak i dywersyjnej grupy NKWD Pobiedonosny (Zwycięski), dowodzonej przez Dmitrija Miedwiediewa i Nikołaja Kuzniecowa, a także dla oddziału partyzanckiego Borysa Krutikowa (200 bojowników). Decyzja o „pacyfikacji” wsi zapadła na szczeblu komendantury lwowskiej po torturach i egzekucji dwóch żołnierzy pułku bezpieczeństwa, wysłanych do wsi na zwiad. Warto zauważyć, że przed masakrą zarówno partyzanci radzieccy, jak i polscy zdołali opuścić wieś, pozostawiając ją bezbronną. Spalona wieś została zrównana z ziemią.

Ukraińców do działania pchała etniczna nienawiść, podsycana przez ideologię OUN i UPA. 28. lutego 1944 roku wczesnym rankiem Huta Pieniacka (miejscowość położona na terenie obecnej Ukrainy, w okolicach Lwowa) została otoczona przez żołnierzy z 4. Pułku Policyjnego SS. Operacją kierował oficer SS w stopniu kapitana, którego nazwiska do tej pory nie udało się ustalić. Choć jednostką dowodził niemiecki oficer, w jej skład wchodzili ochotnicy z zachodniej Ukrainy. Tego dnia pułk był wspomagany przez paramilitarną ukraińską bojówkę i prawdopodobnie przez jedną z sotni UPA. W ciemności ponad zabudowaniami zaczęły fruwać świetlne race. Potem padły pierwsze strzały, a następnie Ukraińcy zeszli do wsi, paląc i mordując. „Naokoło morze płomieni i ciemne chmury dymu oraz okropne wycie psów, ryk krów i swąd palonych ciał ludzkich i zwierzęcych”. „Ciało żony znalazłem w stodole kuzyna Władysława Mendelskiego. Żonę poznałem po sukience. Ciało było skurczone, prawie całe spalone (…). W tej stodole było bardzo dużo ciał spalonych. Ciała te leżały jedno na drugim” – Stanisław W. Masakra trwała do godziny 17:00. W jej wyniku zginęło blisko 900 osób. Byli wśród nich mieszkańcy Huty Pieniackiej, Polacy z Wołynia, którzy wcześniej uciekli przed czystką etniczną, ukrywający się w zabudowaniach Żydzi. Jeszcze przez kilka kolejnych dni ukrywający się po lasach członkowie ukraińskich bojówek strzelali do ludzi, którzy powrócili do miejscowości, by pochować swoich bliskich. We wsi w oparciu o komórkę Armii Krajowej zorganizowany został oddział samoobrony. Liczył przeszło 40 osób, a na jego czele stanął przysłany ze Lwowa Kazimierz Wojciechowski – Satyr. Wieczorem 23. lutego, czyli pięć dni przed zagładą, z lasu wyłoniły się uzbrojone postacie. Oddział zaczął oskrzydlać wieś. Członkowie polskiej samoobrony byli przekonani, że mają do czynienia z długo oczekiwanym atakiem UPA. Otworzyli ogień. W śnieg upadły dwa ciała, oddział zaś wycofał się do lasu. Wkrótce okazało się, że zabici istotnie są Ukraińcami. Tyle, iż nie członkami UPA, lecz esesmanami. Niemcy wysłali ich na zwiad, bo dowiedzieli się, iż we wsi stacjonuje duży oddział sowieckiej partyzantki. W połowie lutego do Huty Pieniackiej istotnie wkroczył oddział partyzancki, dowodzony przez płk Dmitrija Miedwiediewa. Sowieci, korzystając z tego, że miejscowość leżała na uboczu, a Niemcy zaglądali do niej rzadko, chcieli odpocząć i podleczyć rannych. W nocy z 21. na 22. lutego poszli swoją drogą. Do Niemców trafił donos. Po tym, jak członkowie samoobrony zastrzelili dwóch esesmanów, los Huty został ostatecznie przesądzony. W kierowaną przez Niemców akcję, włączyli się ukraińscy nacjonaliści oraz cywile – mieszkańcy sąsiednich wsi.

Podkamień, powiat złoczowski, obwód lwowski, 12.–16. marca 1944 r. Masakra Polaków, ukrywających się w miejscowym klasztorze dominikanów. Według różnych źródeł zginęło od 150, 250, 400, a nawet 1000 Polaków.

Niuanse: do tego klasztoru i miasta ewakuowano do 2000 Polaków z Wołynia. Mieli oni broń, ale odmówili jej wydania pobliskiemu 4. Pułkowi Bezpieczeństwa Dywizji Waffen-SS Galicja. USUS lub jednostki pod dowództwem M. Maksa Skorupskiego wspólnie zaatakowały klasztor i rozbroiły polską komórkę, która groziła ciosem w plecy USUS, który znajdował się wówczas na froncie, stawiając opór nacierającej Armii Czerwonej. Ze względu na bliskość frontu, ani dokładny przebieg wydarzeń, ani liczba ofiar są praktycznie niemożliwe do ustalenia, co stwarza pole do propagandy antyukraińskiej.

Kureń UPA, dowodzony przez Maksa Skorupskiego Maksa oraz 4. pułk policji SS złożony z ukraińskich ochotników do SS Galizien – Hałyczyna wdarł się do klasztoru i dokonał masakry zgromadzonej tam ludności polskiej. Szacowana ilość ofiar waha się 400 do 600 Polaków. Według relacji ks. Józefa Burdy, o. Marcin Kaproń, który w sobotę, 11. marca 1944 był w gminie w Podkamieniu w sprawie urzędowej, usłyszał od woźnego, że szykuje się napad na klasztor. Po powrocie do zabudowań nakazał on zamknięcie bram. Tego samego dnia pod murami klasztoru pojawił się oddział, podający się za partyzantkę sowiecką i zażądał wpuszczenia do klasztoru oraz wsparcia w postaci żywności. Dowodzący obroną klasztoru spuścili posiłek na linach, a na żądanie domniemanych partyzantów sowieckich wysłali do nich delegację, która jedząc go razem z oblegającymi miała udowodnić, iż jedzenie nie jest zatrute. Delegaci zostali wypuszczeni tego samego dnia, rozpoznali oni, że oblegającymi są Ukraińcy z UPA. Sprawiło to, iż obrońcy tym bardziej postanowili nie opuszczać klasztoru i w miarę możliwości umocnili jego bramy i okna. W tym czasie wewnątrz murów obiektu przebywało na stałe co najmniej 300 polskich cywilów. Pod osłoną nocy część ludności wymknęła się z klasztoru. Następnego dnia, 12. marca, wobec kolejnej odmowy otwarcia bram, oblegający zaczęli ostrzeliwać klasztor i rąbać siekierami furtę. Powstrzymały ich jednak strzały z dwóch posiadanych przez Polaków karabinów maszynowych. Wówczas dowództwo ukraińskiego oddziału zażądało opuszczenia budynków przez wszystkich ukrywających się tam Polaków, z wyjątkiem zakonników, obiecując wypuścić ich wolno. Kiedy Polacy zaczęli wychodzić z klasztoru, upowcy otworzyli ogień. Powstało ogólne zamieszanie, w którym napastnicy przedarli się do wnętrza klasztoru, zamordowanych zostało ok. 100 Polaków, nie licząc osób, ukrywających się poza klasztorem na terenie miasteczka Podkamień. Ciała ofiar były porzucane w miejscu zabójstwa lub wrzucane do klasztornej studni. Pogromy przeniosły się także na teren miasteczka, gdzie trwały jeszcze przez kilka następnych dni. Mienie klasztorne, stanowiące jedno z najbogatszych zbiorów precjozów i dzieł sztuki na ówczesnych Kresach, było przez kilka dni sukcesywnie i pedantycznie łupione, aż do zupełnego jego rozgrabienia, według kapłanów który ocaleli z tej rzezi, skarby zrabowane przez Ukraińców sięgnęły kilku milionów dolarów. Banderowcy przez dwa dni wywozili furami, a ukraińscy esesmani samochodami, zagrabione dobra klasztorne i mienie pomordowanych Polaków. Wnętrza zespołu klasztornego zostały zniszczone. Pogrom przetrwał obraz Matki Boskiej Podkamieńskiej. Zaopiekował się nim ocalony o. Józef Burda, który przewiózł go w 1946 r. do Polski. Obecnie znajduje się on w kościele Ojców Dominikanów we Wrocławiu. 19. marca do Podkamienia wkroczyły wojska sowieckie. (Cdn.)

 

Roman Boryczko,

 27.08.2026

(Visited 2 times, 2 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *