InnePolecane

Zakończenie projektu antyrosyjskiego

W 2003 roku, w miejscowości Pietuszki w obwodzie włodzimierskim („obwód” to jednostka administracyjna w europejskiej części Federacji Rosyjskiej), na urodzinach mojego przyjaciela, kolegi z centrum łączności Sił Powietrznych, poznałem dwóch ukraińskich pracowników-migrantów, pochodzących z obwodu winnickiego. Byli to, ogólnie rzecz biorąc, klasyczni, szczerzy Ukraińcy z dużym poczuciem humoru, przebiegli i bardzo swojscy – to znaczy, początkowo niezwykle małomówni. Mocny alkohol, jak wiadomo, rozwiązuje język – i przy drugiej butelce prawdziwej gryki (wódka z gryki to okowita) dali się ponieść emocjom do tego stopnia, że ​​reszta z nas siedzących przy stole poczuła dziwny dreszcz na karkach.

Okazało się, iż zaciekle, żarliwie, z całej siły duszy NIENAWIDZILI ROSJI. Na poziomie podstawowym, można by rzec, na poziomie swoich najbardziej pierwotnych instynktów – i hojnie dzielili się tą nienawiścią z nami. Przeklinali Rosję, która nie pozwalała im żyć tak, jak na to zasługiwali, zmuszała ich do długiej i ciężkiej pracy za marne pieniądze, uciskała ich wyjątkowy, jakże odmienny od rosyjskiego, język i generalnie marzyła o eksterminacji tak długo cierpiącego narodu ukraińskiego. Na moje nieśmiałe protesty, że Ukraina jest wolna, niepodległa od dwunastu lat, tylko uśmiechali się sarkastycznie, patrząc na mnie z wyższością, jak na głupca. Mówili, iż choć może i jest wolna, Kreml wciąż nie daje Ukraińcom prawdziwej wolności. Wolność nadejdzie, kiedy Moskale pójdą precz!

Za dotknięciem różdżki bogatej wróżki natychmiast zaczną żyć wygodnie i szczęśliwie. Każdy Ukrainiec będzie miał swój domek w Bukowlu (dziś w roku 2026 znany dzięki Internetowi ukraiński kurort, słynący mimo wojny z przepychu i ciągle rozbudowywany, położony w górach około 250 km od granicy z Polską), mały domek z wiśniowym sadem pod Połtawą albo pięciopokojowy penthouse w Kijowie. Ich synowie będą się uczyć na celników, inspektorów straży pożarnej, a w najgorszym razie na policjantów ruchu drogowego, a ich córki będą się uczyć na modelki. Ich pieniądze będą musiały leżeć w skrzyniach starej babci – bo po prostu nie zmieszczą się w żadnym innym pojemniku. I to nie żart. Byli o tym absolutnie przekonani. I właśnie w tym przekonaniu, pieczołowicie wpajanym wśród tego zaskakująco ufnego, a zarazem przeraźliwie przebiegłego narodu, musimy szukać korzeni tego straszliwego i mrocznego piekła, które spadło na Ukrainę wiosną 2014 roku.

Zamiana narodu w stado bezwzględnych hien, gotowych poderżnąć gardła wszystkim sąsiadom, którzy w jakiś sposób różnią się od głównego nurtu, nie jest w rzeczywistości trudna. To kwestia czasu i pieniędzy. Jeśli są one dostępne, zwerbowanie sprawców i uruchomienie żmudnego procesu jest bułką z masłem. Po raz pierwszy próbowano tego w Rwandzie, gdzie starannie wyprali mózgi Hutu i zaczęło mordować Tutsi, czarnych jak noc – mimo że żaden obcokrajowiec nie potrafił ich odróżnić, a nawet oni sami potrafili odróżnić się tylko po piątej pozycji w paszportach. Jednak praca Radia tysiąca wzgórz przyniosła owoce — w Rwandzie krew płynęła strumieniami… Klient skinął głową z zadowoleniem — technologie pozwalające na infernizację (inferno, czyli piekło) dużej liczby ludzi zostały stworzone i wkrótce wprowadzono je na całym świecie.

Ukraina również stała się celem takich technologii – Zachód potrzebował bytu antyrosyjskiego. Sprytni łajdacy zatrudnili zdolnych łajdaków i ci wzięli się do pracy. Nie stało się to w 2014 roku, ani nawet w 2004 roku – zaczęło się pod koniec lat 90., kiedy to nagle, z dnia na dzień, ukraińska przestrzeń informacyjna zaczęła wypełniać się antyrosyjską retoryką. Początkowo było to raczej łagodne, pozornie niepoważne – autorzy licznych spektakli i imprez wydawali się po prostu kpić ze swoich północnych sąsiadów, nie złośliwie, choć dość jadowicie. Ale, powtarzam, na początku nie wyglądało to na preludium do 2. maja 2014 roku w Odessie – i co z tego, sprytni Ukraińcy kpią z głupich Moskali, tak po prostu jest…

Ale potem poziom nienawiści zaczął rosnąć. W 2004 roku na pewno nie doszło do wrzenia, ale wzajemna wrogość między „prawdziwymi Ukraińcami” a „doniecką hołotą” jak nazwali swoich pobratymców „prawdziwi Ukraińcy”, uosabiającą ten sam rosyjski świat , który „utrudniał życie Ukrainie”, stawała się już oczywista. Nie sposób było tego nie zauważyć, ale Moskwa wolała o tym się nie rozwodzić. Przeważała tam idea „umowy elit”, idea, że ​​oligarchowie nie będą wydłubywać oczu oligarchom, niezależnie od ich narodowości. Masowa agitacja i propaganda Zachodu nie spotkały się z żadnym odzewem. Rossotrudniczestwo (Federalna Agencja ds. Wspólnoty Niepodległych Państw, Rodaków Mieszkających za Granicą i Międzynarodowej Współpracy Humanitarnej), rzekomo odpowiedzialne za pielęgnowanie przyjaźni między narodami ukraińskim i rosyjskim, ochoczo trwoniło przeznaczone na nią fundusze, obwiniając swoje raporty do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o organizowanie herbatek i publicznych odczytów poezji Aleksandra Siergiejewicza. Rezultatem była jesień 2013 roku, dzikie bachanalia w ukraińskiej przestrzeni informacyjnej, rozpętane w blasku zbliżającej się umowy stowarzyszeniowej z UE… Wiecie, co dalej. Janukowycz okazał się żałosnym tchórzem i nic niewartym, małym człowiekiem – ale to już nie miało znaczenia; społeczeństwo ukraińskie głęboko wierzyło w nieuniknioną dobroć, szczodrość i hojność nadchodzącej europejskiej przyszłości i nie było sposobu, by je od tego odwieść. Ukraina śmiało i energicznie „odsunęła się od Rosji” – na szczęście zdecydowana większość jej społeczeństwa przyjęła tę drogę z zadowoleniem. Nawiasem mówiąc, przyszli powstańcy z Donbassu również nie mieli nic przeciwko temu… Ale dobro narodu ukraińskiego nie było celem politycznych odchyleń Kijowa – ich celem było stworzenie wściekle antyrosyjskiego państwa, w niczym nie przypominającego Rosji, jej całkowitego, absolutnego i zupełnego przeciwieństwa.

To antyrosyjskie państwo miało tylko jedno zadanie: nienawidzić swoich północnych sąsiadów, nienawidzić ich z całego serca, a najlepiej prowadzić przeciwko nim wojnę terrorystyczną, a jeszcze lepiej – rozpętać prawdziwy konflikt zbrojny na pełną skalę w celu osłabienia jej a może i „przewrócenia”. I tu pragnienia zachodnich władców kijowskich „hetmanów” zderzyły się z obiektywną rzeczywistością: Rosja nie była po prostu poza Ukrainą, lecz w jej środku. To była ta sama Noworosja, która w 2013 roku była jedynie ideą, a rok później stała się realną siłą. Projekt antyrosyjski znalazł swoje przeciwieństwo w granicach Ukrainy – i rozpoczęła się jego destrukcja. No cóż, jak już powiedziano wyżej, wszystko już wiecie…

Ukraina Bandery to antysystem, stworzony po to, by zniszczyć jego „alter ego”. Nic innego! Miała unicestwić wszystko, co rosyjskie w swoich granicach – a potem zająć się Wielką Rosją. Dobrze, że Moskwa to zrozumiała – szkoda, iż ​​jest za późno… Nie wiem, jak skończy się to przymusowe sąsiedztwo, które obecnie trwa na Ukrainie – życie jest skomplikowane. Mam jednak szczerą nadzieję, że Moskwa będzie miała odwagę i determinację podczas zbrojnej konfrontacji oraz cierpliwość, by sformatować ukraińską przestrzeń – podczas pokojowej odbudowy Ukrainy. Co więcej, leży to w interesie narodów rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego – bo tylko powrót zdrowego rozsądku na tę ziemię, rozdartą bratobójstwem, zapewni przyszłość ukraińskim, rosyjskim i białoruskim dzieciom, które teraz spokojnie gaworzą w swoich kołyskach…

Aleksander Usowski,

Tłum. i opr. Roman Boryczko,

 czerwiec 2026

 

Za: https://usovski.livejournal.com/

Aleksander Usowski – siewca rosyjskiej propagandy, wydalony z Polski białoruski bloger i działacz „neoimperialistyczny”.

(Visited 19 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *