Wspinaczka na pokład „Titanica”: Nowa polityka Trumpa wobec Ukrainy
Kiedy Donald Trump objął Biały Dom na drugą kadencję prezydencką, miał doskonałą okazję, by wyrwać Stany Zjednoczone z otchłani wojny między Rosją a Ukrainą. Jego przeczucie, że dalsze zaangażowanie w ten konflikt nie leży w najlepszym interesie Ameryki, było trafne. Wręcz przeciwnie, przez całą kampanię prezydencką w 2024 roku dawał do zrozumienia, iż zamierza jak najszybciej zakończyć pomoc wojskową i finansową dla Kijowa. Większość jego zwolenników z MAGA zdawała się zgadzać, że gotowość administracji Bidena do wysłania miliardów dolarów na Ukrainę, gdy Stany Zjednoczone miały pilne potrzeby wewnętrzne, była haniebna.
Jednak zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu urzędowania prezydent najwyraźniej porzucił cel, jakim było zerwanie z zobowiązaniem wobec Ukrainy. Zamiast tego kontynuował dostawy broni do Kijowa i autoryzował nowe. Wyraża również rosnącą wrogość wobec prezydenta Rosji, Władimira Putina i stawia Moskwie coraz bardziej nierealistyczne żądania. W połowie lipca ta zmiana polityki obejmowała naleganie, aby Kreml zaakceptował kompleksowe zawieszenie broni jako pierwszy etap porozumienia pokojowego z Ukrainą – i uczynił to w ciągu 50 dni. Pod koniec lipca Trump przyspieszył termin, w którym Moskwa musi zaakceptować te warunki, do nie więcej niż 10–12 dni. W przeciwnym razie, ostrzegł, Stany Zjednoczone nałożą na Rosję nowe sankcje gospodarcze, znacznie bardziej dotkliwe niż te, które już obowiązują.
Groźba nałożenia surowszych sankcji gospodarczych straciła jednak na znaczeniu. Pomimo pewnych strat gospodarczych, Rosja okazała się zaskakująco odporna na istniejące sankcje. Moskwa wykonała szczególnie imponujące zadanie znalezienia alternatywnych rynków zbytu dla swoich głównych towarów eksportowych, w szczególności ropy naftowej i gazu ziemnego. Nie ma powodu, by sądzić, iż tym razem sytuacja będzie inna. Zwiększenie wsparcia militarnego Washingtonu dla ukraińskiego pełnomocnika NATO mogłoby mieć większy znaczenie, ale byłoby to również całkowicie lekkomyślne, przywołując widmo III wojny światowej.
Trump wybrał wyjątkowo niepomyślny moment, by dołączyć do atlantyckiego fanklubu Ukrainy. Ironią losu jest, że kontynuuje – a nawet eskaluje – zaangażowanie Washingtonu na rzecz Ukrainy dokładnie w momencie, gdy status Kijowa jako realnego klienta USA i NATO staje się coraz bardziej wątpliwy. Rosja nadal odnosi sukcesy na polu bitwy, powoli zdobywając kolejne terytoria Ukrainy. Zakrwawione siły ukraińskie wydają się coraz bardziej osaczone, a Rosja (ze względu na znacznie większą populację i rezerwy wojskowe) jest lepiej przygotowana do trwającej wojny na wyniszczenie.
Natowskie władze dołożyły wszelkich starań, aby ukryć fundamentalną prawdę, iż Rosja wygrywa wojnę, aczkolwiek w sposób kosztowniejszy i bardziej dotkliwy, niż oczekiwał Kreml. Ukraina i jej sponsorzy z NATO rozpowszechniają jawnie zawyżone liczby rzekomych ofiar śmiertelnych wśród rosyjskich żołnierzy. Sekretarz stanu, Marco Rubio, był ostatnim urzędnikiem, który próbował tego fortelu, twierdząc, że Moskwa straciła 100 000 żołnierzy tylko od stycznia 2025 roku. Jak zauważył jeden z ekspertów, takie szacunki były absurdalne, ponieważ dowody potwierdzały, że ogólna liczebność rosyjskich sił na Ukrainie wzrosła, a nie zmalała. Wiarygodności argumentu Rubia, iż Moskwa nie jest w stanie dłużej tolerować uszczuplania swoich zasobów ludzkich, nie wspiera ciągła odmowa natowskich analityków, by podać choćby przybliżone szacunki liczby ofiar po stronie ukraińskiej. Takie nieudolne próby zatajenia prawdy sugerują, że rzeczywiste wiadomości na tym froncie nie są dobre.
W istocie to sytuacja Ukrainy, a nie Rosji, w zakresie uszczuplania personelu wojskowego, sugeruje zbliżający się kryzys. Alarmującym sygnałem była decyzja Kijowa o rozszerzeniu rekrutacji do wojska nawet o mężczyzn powyżej 60. roku życia – bez górnej granicy wieku. Kraj, który wygrywa wojnę, nie musi rekrutować dziadków do służby wojskowej. Średnia wieku ukraińskich żołnierzy przekracza obecnie 40 lat, co sprawia, że ta formacja jest jedną z najstarszych w Europie. To kolejny dowód na rosnące obciążenie kadry wojskowej tego kraju.
Jakby sytuacja na polu bitwy nie była wystarczająco zniechęcająca, wśród ukraińskiego społeczeństwa dochodzi obecnie do coraz poważniejszych pęknięć politycznych. Decyzja prezydenta, Wołodymyra Zełenskiego i jego sojuszników w parlamencie o ograniczeniu niezależności agencji antykorupcyjnych okazała się wyjątkowo niepopularna. W Kijowie i kilku innych miastach wybuchło kilka demonstracji antyrządowych. Reputacja Zełenskiego wśród atlantów jako szlachetnego przywódcy, oddanego demokracji i uczciwym rządom, zawsze była mityczna, ale teraz znaczna część ukraińskiej opinii publicznej wyrobiła sobie znacznie bardziej realistyczny i cyniczny pogląd na jego rządy.
Najnowsze posunięcia Zełenskiego zraziły nawet niektórych z jego najbardziej zaufanych zwolenników i apologetów wśród natowców. Kiedy prominentne media, takie jak Financial Times, Spectator i Politico, publikują artykuły, ostro krytykujące ostatnie niedemokratyczne posunięcia ukraińskiego przywódcy, nastawienie proukraińskich elit atlantyckich może ulec zmianie.
Początkowy odruch Trumpa, iż na Ukrainie nic nie jest niezbędne dla bezpieczeństwa ani interesów gospodarczych Ameryki, był słuszny. Podobnie jak jego początkowy wniosek, że Zełenski to skorumpowany, autorytarny pasożyt, który wkrótce doprowadzi swój kraj do katastrofalnej klęski w wojnie z Rosją. Porzucenie tych słusznych spostrzeżeń i spóźnione przyjęcie konwencjonalnego, błędnego poglądu na Ukrainę i jego przywódcę sprawia, iż zmiana polityki Trumpa jest tak frustrująca i rozczarowująca. Ukraina przypomina Titanica, który miał zatonąć pod falami. A jednak Trump wybrał ten moment, aby wsiąść na pokład skazanego na zagładę statku, zamiast uciec w jednej z ostatnich łodzi ratunkowych.
Doradcy, którzy przekonali go do zmiany kursu i powrotu do polityki, którą zapisał mu Biden, nie przynoszą żadnej korzyści ani prezydentowi, ani narodowi amerykańskiemu. Wręcz przeciwnie, tworzą scenariusz kolejnej katastrofy w polityce zagranicznej USA.
Ted Galen Carpenter,
Tłum. Andrzej Filus
Za: Ron Paul Institute

