Inne

Demistyfikacje i prowokacje Henryka F. Sporonia

 

Lekturę książki W poszukiwaniu historycznej prawdy Henryka F. Sporonia zawdzięczam Lechowi L. Przychodzkiemu, który poprosił autora o ofiarowanie mi jednego egzemplarza. Nie wiem, czy pozycja ta, wydana w Lublinie, w ogóle dotarła do Elbląga. Nie sądzę, jako że wiem, iż tutejsze księgarnie są raczej mało zainteresowane dystrybucją publikacji znaczących, acz mało popularnych – o czym już na marginesie. W każdym razie książka Sporonia (autora wielu już podobnych publikacji) nie należy do literatury schlebiającej nadwiślańskim gustom – tak bowiem zawsze bywa z literaturą, ośmielającą się podnosić prawdy niezbyt popularne, rewidować stereotypy myślowe i budzić „polskiego ducha, gdy do starego snu się kładzie”, że posłużę się cytatem z Żeromskiego.

Rzecz należy – jak brzmi jej autorska klasyfikacja – do „autobiograficznej literatury faktu”. Stanowi przy tym ucieleśnienie zarówno idei, jak i metody myślenia wciąż mało popularnej na naszej ziemi. Mówię o myśleniu krytycznym, niepokornym, ukierunkowanym ku obiektywizmowi i bezstronności, a przeciwstawiającym się wszelkim megalomaniom, ksenofobiom i nacjonalizmom, zalegającym pokłady naszego zbiorowego „ducha” narodowego i obyczajowości. Henryk Sporoń – pisze w recenzji jego książki pt. Z rodzinnych stron i emigracji (1999) Stanisław Bieniasz – jest człowiekiem, który nie godzi się na kłamstwo. Dążenie do prawdy doprowadziło do jego internowania w czasie stanu wojennego, gdy władza w ten sposób starała się bronić swoich fałszerstw, w konsekwencji zaś – że dodam – spowodowało jego trwały wyjazd z kraju wraz z rodziną do RFN (1983), bez prawa powrotu do ojczyzny. Na zawartość książki W poszukiwaniu historycznej prawdy składają się artykuły Sporonia z lat ostatnich, publikowane w kraju, jak i za granicą, szczególnie zaś korespondencje z czasopismami, redaktorami, publicystami, nierzadko osobistościami, jak np. Jerzy Giedroyc czy po prostu znajomymi, nadto listy (niekiedy wybitnych) przyjaciół. W publicystyce tej jawi się Sporoń i jako żarliwy orędownik pojednania polsko-niemieckiego – i jako niemal fanatyczny rzecznik prawdy i bezstronności, w których tkwi lekarstwo na schorzenia świadomościowe społeczeństw i narodów, na irracjonalizmy świadomościowo-psychologiczne, szkodliwe urazy i kompleksy. W nich bowiem – przekonuje – tkwi jedna z przyczyn konfliktów i katastrof historycznych, stanowiących znamię naszych również czasów. Idea obiektywizmu i bezstronności jest dla niego najskuteczniejszą drogą ku przekształceniu świadomości ludzkiej i w naszym zakątku Europy – i na całym globie. Dlatego też przedmiotem odniesień, penetracji i weryfikacji są dlań fakty z różnych obszarów historycznych, zaciemnione dezinformacją, mitologia i propagandą, zdarzenia utrwalone w świadomości ludzkiej tylko w jakiejś jednej, użytecznej propagandowo wersji.

Z uwagi na „zwichnięty śląski życiorys” Sporonia, do takich należy przede wszystkim sprawa powstań śląskich z l. 1919-1921, zatem i Wojciecha Korfantego, dyktatora insurekcji z r. 1921. Argumentacja autora, jak i materiał dowodowy, z którego korzysta (a są to głównie opinie autorów, wypowiadających się na łamach różnych pism, przeważnie Jaskółki Śląskiej) zmierzają ku temu, by wykazać fałsze opinii zarówno propagandy, jak i przesiąkniętej jej duchem historiografii (zarówno tej międzywojennej, jak i PRL-owskiej), więc i idących w tym kierunku programów edukacji.

Otóż, zgodnie z duchem nacjonalistycznej polityki władz polskich, podnoszono zawsze, że w powstaniach tych wyrażała się wola jednoznacznej przynależności Ślązaków (co dotyczy Śląska Górnego) do Polski i że Korfanty wolę tę wyraziście ucieleśniał. Tymczasem – argumentuje Sporoń – większość Ślązaków podczas plebiscytu z marca 1921 r., przeprowadzonego pod nadzorem Anglii, Francji i Włoch (skoro plebiscyt przewidywał tylko jedno z dwu rozwiązań, na czym zresztą – argumentuje – polegał jego casus) opowiedziała się za przynależnością do Niemiec. W związku z tym stymulowane przez Warszawę insurekcje (m. in. wcielanie siłą do oddziałów powstańczych) były pogwałceniem międzynarodowego prawa do samostanowienia i przyczyną morderczej, bratobójczej walki wśród Ślązaków, zaś Korfanty postacią zaledwie błądzącą, tragiczną, gdyż „nie dość, że został przeklęty przez przeciwników, to jeszcze rodacy dali mu kopniaka, uwięzili w Berezie Kartuskiej i wypędzili z kraju” (s. 40).

Ze względów, o których już mówiłem, sprawa Śląska przeważa w polemikach i korespondencjach Sporonia. Nieprzypadkowo też znajdujemy w jego książce najwięcej dobrego słowa, poświęconego działaczowi śląskiemu, Stanisławowi Bieniaszowi (zm. 2001). Bieniasz był przewodniczącym Towarzystwa Polsko-Niemieckiego i rzecznikiem autonomii Górnego Śląska, czemu poświęcił sporo publikacji. Wytyczną jego działalności stanowiło przekonanie, że (cytuję za Sporoniem) Europa Narodów stopniowo będzie odchodzić do historii, zastępowana przez Europę Regionów. Badania demograficzne w krajach demokratycznych na całym świecie wskazują, że patriotyzm lokalny przeważa nad państwowym. Źle by było, gdyby Polska stała się wyjątkiem: patriotyzm „ogólnonarodowy” wspólnie z centralizmem prowadzą bowiem nieuchronnie do szowinizmu (s. 131).

Chociaż H. Sporoń podsumowuje ten akapit zdaniem Nic dodać nic ująć, jest aż nadto oczywiste, że zarówno programowana tu futurologia, jak i wzmiankowana praktyka interpretacji historii Śląska jako materie kontrowersyjne mogą budzić sprzeciwy i wywoływać polemiki. Sam jako polonista, więc człowiek o opcji ukształtowanej przez polską, narodową tradycję historyczną, językową i literacką oraz mocne poczucie przynależności polskiej przy lekturze książki W poszukiwaniu historycznej prawdy nie szczędziłem tekstowi znaków zapytania, stawiając je na marginesach. Nie ulega wątpliwości, że w pełni świadom jest takich odruchów u swych krajowych czytelników sam autor, tyleż wiodąc rozrachunki, co i prowokując do myślenia.

Postawa demistyfikacyjna Sporonia, mając swój grunt w niezgodzie na półprawdy, przemilczenia, a tym bardziej kłamstwa, uwidacznia się nie tylko w jego szczególnym uczuleniu na problemy Śląska oraz ksenofobie i szowinizmy, ale też w znamiennej dlań wrażliwości na wszelkie sądy nie oparte na faktach. Stąd i obszar tematyczny jego polemik do cierpkich i gorzkich uwag dostarcza mu łatwo poddająca się mistyfikacjom, mitologiom, stereotypom myślowym i emocjonalnym odruchom natura Polaków. Nieustannie wracają w jego tekstach odniesienia do dramatycznych faktów i zdarzeń, potwierdzających sprawczą zależność gwałtów, aktów barbarzyństwa i przemocy od woli niekontrolowanej przez rozum (np. zbrodnia w Jedwabnem). W związku z tym zdarzeniem i związanymi z nim sprzecznymi interpretacjami demaskuje skłonność do manipulowania cyframi dla osiągnięcia korzyści propagandowych. Wielokrotnie znajduje sposobność, by mówić o niezbyt zaszczytnej roli polskiego duchowieństwa w pierwszych latach po wojnie na tzw. Ziemiach Odzyskanych, czyli o bezpardonowym relegowaniu ze stanowisk kościelnych duszpasterzy katolickich, pochodzenia niemieckiego. Znaczna część zastrzeżeń i polemik dotyczy polityki władz amerykańskich – i tej wobec Niemców w RFN – i tej współczesnej, dotyczącej „porządkowania” globu. Sporoń wywodzi, że taktyka wieloletniej, nieustannej gadaniny o Holocauście w RFN miała być w zamierzeniu amerykańskich władz wyrazem dążeń reedukacyjnych wobec Niemców, tymczasem obiektywnie przyczyniła się też do wyzwolenia w społeczeństwie niemieckim samonienawiści, owocującej w konsekwencji nowymi formami patologii. Skłonny jest bronić Wehrmachtu, jako formacji, której nie godzi się przypisywać zbrodni SS. Protestuje też przeciwko wojnie z Saddamem Husseinem. Czyżby każde państwo – pyta – miało prawo, ot – tak sobie, według swego uznania, na drugie napaść, bo mu się jego ustrój, jego „porządki” nie podobają??? (s. 91). Czemu też – oburza się w innym miejscu – prawo głosu zaraz po wojnie mieli wyłącznie zwycięzcy? Niczym bumerang wraca w korespondencji sprawa barbarzyńskiego zbombardowania Drezna przez samoloty alianckie w lutym 1945 r. – zatem wówczas, gdy wojna miała się już ku końcowi, a jej wyniki były przesądzone. W wyniku tej akcji, która miała wszelkie znamiona ludobójstwa (między 200 a 300 tys. ofiar, podczas gdy liczba zabitych w Hiroszimie wynosiła 78 tys. a zaginionych 14 tys.) a byłą już to formą odwetu, już to politycznego kaprysu Churchilla, zatem działania irracjonalnego. Autor wypunktowuje także dziesiątki różnych insynuacji propagandowych, zwracanych przeciw Niemcom, choć daleki jest od obrony Hitlera, hitleryzmu, obozów koncentracyjnych itp. Nie kwestionuje na przykład danych z książki Holocaust Industrie Normana Finkelsteina, że liczba wszystkich, których uśmiercono w obozach koncentracyjnych, wynosi 271 304, zaś za fałsz uważa oficjalnie przyjętą liczbę 6 milionów ofiar Holocaustu, jak i 6 milionów polskich ofiar wojny. Do weryfikacji ilościowych w ogóle przypisuje dużą wagę. Stąd prowadzony w wielu tekstach książki przewód dowodowy, że oficjalnie, choć zawsze hipotetyczne zestawienia ilości polskich ofiar wojennych 1939 – 1945 są wyssane z palca. Wyłączając ofiary żydowskie, ilość ta wynosi nie 6 mln. ale ok. 800 000. Osobny i zasobny w szczegóły nurt uprzytomnień, rozliczeń i weryfikacji stanowi trwała praktyka fałszerstw propagandowych, właściwych reżimowi sowieckiemu, szczególnie stalinizmowi, ze zbrodniami niejednokrotnie zaćmiewającymi dokonania hitleryzmu w tym zakresie. Tytułem przyczynku wielokrotnie powraca autor do tematu skazywania na śmierć przez sądy stalinowskie niemieckich żołnierzy i oficerów za rzekomo wykonany przez nich mord katyński, podczas gdy było oczywiste, kto to zrobił. Wobec zbrodniczego charakteru rządów komunistycznych nie podobna nadal uznawać dnia 8. maja za Dień pobiedy (a z funkcjonowaniem takiego, nacjonalistyczno–komunistycznego frazesu dziś jeszcze można się spotkać i to nawet w historiografii), zaś prawo posługiwania się podobnym stereotypem mogą mieć tylko więźniowie obozów koncentracyjnych, faktycznie wyzwoleni przez oddziały sowieckie.

W każdym razie bogata jest tematyka odniesień, polemik i propozycji interpretacyjnych w korespondencjach Sporonia. Nie brak w zasięgu jego uwagi motywów historycznych i literackich, które wskutek – jak mówi – nacjonalistycznego mitotwórstwa zaciążyły na psychice narodu, utrudniając współczesny proces pojednania narodów. Nie pobłaża w tym zakresie ani autorowi powieści Krzyżacy, uznając ją za stek wierutnych, antyniemieckich kłamstw, ani Rocie Konopnickiej jako utworowi, ziejącemu nienawiścią do Niemców. Toteż przy pomocy rozlicznych zabiegów wyperswadowuje polskiemu czytelnikowi urazy, ukształtowane przez naszą „nacjonalistyczną” historiografię oraz takąż edukację. Zgodnie też z ideą pojednania układa rejestry faktów współdziałania w przeszłości historycznej między Niemcami a Polską i przytacza dowody na rzecz wspólnoty losów tych narodów (O polsko–niemieckiej wspólnocie losów oraz  O polsko–niemieckim sąsiedztwie od 1000 lat, s. 122 i dalej).

Właśnie w rozlicznych uprzytomnieniach, w krytycznym odczytywaniu przez H. Sporonia utwierdzonych przez tradycję a funkcjonujących na zasadzie inercji mitów i stereotypów, jak i w niestrudzonych zabiegach, by przekształcać „społeczność ksenofobów” w zbiorowości szanujące inność pod niebem europejskiej wspólnoty – znajduję główną wartość jego publicystyki. Również i etyczne funkcje tego trudu, skoro chce on służyć organizacji więzi między narodami, powściąganiu nienawiści i odruchów mściwości, wreszcie wieść ku uczłowieczeniu świadomości ludzkiej oraz kształtowaniu postaw krytycznych czy autokrytycznych. Wszak spulchnianie gleby ludzkiego mózgowia oraz ludzkich serc, tak łatwo „zarastających błoną podłości” – że posłużę się metaforą Żeromskiego – jest w naszej szerokości geograficznej zawsze niezbędne i pożyteczne. Zatem konieczne w tym samym stopniu, co i istota prawdy, budzącej przecież tyle sporów. Niezależnie zatem od tego, czy cytowani, względnie polecani przez autora publicyści zasługują na wiarygodność i formułowanie na tej podstawie nieraz także kontrowersyjnych uogólnień, ich lektura wraz z komentarzami Sporonia – acz nie zawsze z nim się zgadzam – bywa pobudzająca. Szczególnie, gdy narzuca potrzebę odczytywania na nowo źródeł „prawdy” i koniecznego sprawdzania przekonań zleżałych. W wyzwalaniu takiej krytycznej, godnej człowieka XXI wieku, widzę misję autora W poszukiwaniu historycznej prawdy. Z kolei oczytanie Sporonia, niezmiennie trzymającego rękę na pulsie zmian (czy zasiedziałości) w interpretowaniu historii, sprawia, że raz po raz łowimy w nurtach jego rozważań informacje, reinterpretacje i propozycje myślowe, wobec których nie podobna przejść obojętnie.

Aliści nie potrafię metody i propozycji myślowych autora W poszukiwaniu… przyjąć bez zastrzeżeń. W samej rzeczy misja, jaką postawił przed sobą (wyzwolić przekonanie o konstruktywnej, twórczej roli obiektywizmu oraz bezstronności w świecie nękanym urazami, obłudą, kłamstwem, nienawiścią i mściwością, toteż i wynikającymi z tychże konfliktami), ustawicznie zderza się z tkwiącymi w niej przeciwieństwami i pułapkami. Stąd też i kilka uwag na ten temat.

Najpierw sprawa w obecności (a także i podświadomości) zbiorowej trwalszych alergii, uwrażliwień, wyobrażeń i mitów. Jak wiadomo, żadna z ludzkich zbiorowości nie jest wolna od takowych. Jeśli więc, oczywiście utrzymując należyte proporcje, można mówić o zjawisku ksenofobii tu i tam się objawiającej w zachowaniu społeczności nadwiślańskiej, nie sposób nie stwierdzić równie irracjonalnych (co nie znaczy, że nie umotywowanych) odruchów wśród wszystkich innych społeczności ludzkich naszego globu, nie wyłączając społeczności niemieckiej, o czym powszechnie wiadomo. Nie podobna też przyjąć, iż u ich źródeł tkwi głównie propaganda, edukacja i dziedziczone atawistyczne skłonności mistyfikacyjne, acz prawdą jest, że pod polskim, jak i każdym innym niebem nie brak czynników skorych do wykorzystywania skaz świadomościowo–psychicznych społeczności dla własnych celów politycznych. Bo przecież czynnikiem sprawczym uprzedzeń, niechęci, są przede wszystkim doświadczenia historyczne społeczności, krzepnące w urazy i animozje, zatem i w stereotypy. By im przeciwdziałać, nie wystarczy demaskować obustronne fałszerstwa i kłamstwa. Trzeba sięgać ich źródeł, a te nie tkwią, jak zdaje się to sugerować Sporoń, ani w przyrodzonej wadzie narodu, ani w załganej polityce czynników manipulujących informacją. Tkwią aż nadto oczywiście w odkładających się doświadczeniach społeczności narodowej, krzepnących w przeświadczenia, mity i odruchy.

Byłbym też ostrożniejszy w szermowaniu zarzutem nacjonalizmu i ksenofobii, jak i programowaniu świata wyzwolonego z więzów narodowości, choć lobby opowiadające się za strukturą wyłącznie landów czy regionów, ma dziś coraz więcej do powiedzenia. Aczkolwiek tradycje (zatem i mity) narodowe niejednokrotnie dziś uwierają i utrudniają kontakty między zbiorowościami, faktem jest przecież, że stanowią istotne i doniosłe spoiwo grup ludzkich, o czym zresztą powszechnie wiadomo i czego nie mam zamiaru tu rozwijać. Czyż np. nie jest prawdą, iż walka o autonomię, wolność i suwerenność przeciwko zagrożeniom ze strony eksplodujących ekspansywnością przeróżnych sąsiadów (oczywiście z wyrastającymi na tym gruncie mitologiami), np. rycerzy teutońskich, Turków, Szwedów, Rosjan, Niemców, nawet Czechów etc. etc., była istotnym czynnikiem kształtowania się i rozwoju naszej kultury i naszej plemiennej tożsamości, słowem tradycji ze wszystkimi jej zarówno blaskami, jak i zbakierowaniem? Dlaczego też godząc się na własne miejsce wśród tej zbiorowości, nie podobna uniknąć zgody na „dobrodziejstwa związanego z tym inwentarza”. To znaczy zgody gderliwej i krytycznej, skoro mamy ambicje żywszej niż kiedykolwiek partycypacji w życiu zbiorowości globu. Ale też i rozumiejącej, że nawet przemienieni cywilizacyjnie i kulturowo kołodzieje nie będą wolni od mitów i urojeń.

Zasada bezstronności z równoczesną wolą odkłamywania historii stosunków narodowych i państwowych, tak dramatycznie przez wieki się układających, jak stosunki polsko-niemieckie, w korespondencji Sporonia jest realizowana głównie poprzez obronę (jednak!) opcji niemieckiej przed polską, do której przywykliśmy w procesie „ugniatania” naszej świadomości przez państwową nacjonalistyczną propagandę i takąż historiografię. Dlatego też nie może nie budzić kontrowersji, acz robimy wszystko, by sprostać jej bezstronności. Boć przecież Sporoń jest w tym samym stopniu przeciwnikiem nazizmu hitlerowskiego, jak i nacjonalizmu polskiego (Jestem przeciwnikiem podgrzewania antypolskich resentymentów w Niemczech, jak i antyniemieckich wśród Polonii – s. 71). Godzimy się z tym, że uprzedzenia, jakich nie brak wśród Polaków, którzy – o czym świadczą fakty – nader często padali ofiarą ekspansjonizmu pruskiego i niemieckiego, domagają się rewizji i chwała autorowi, gdy do tego się przyczynia. Często jednak autor – wytykając kłamstwa, półprawdy czy fałszywe uogólnienia racjom Polaków, zdaje się nie pamiętać, że przez wieki funkcjonowała także propaganda pruska i niemiecka. Nie dopuszcza też myślenia, że informatorzy, na których teksty się powołuje, mogą być po prostu jej wyrazicielami. I że wyciąganie wniosków ogólnych z doświadczeń jednostkowych, choć być może autentycznych, nie jest jeszcze postulowanym przez niego dochodzeniem prawdy. Gmachu prawdy nie wznosi się z przyczynków, a na książkę Sporonia składają się relacje głównie przyczynkarskie. Poza tym nie należy zapominać, że inne były doświadczenia okupacyjno-wojenne np. warszawiaków, inne zaś znacznej części społeczności Śląska, jako prowincji wcielonej do Rzeszy i przez Rzeszę uprzywilejowanej.

W dziesiątkach przypadków właściwej H. Sporoniowi metodzie odkłamywania prawdy, więc też i znajdywania świadectw oraz opinii, rewidujących dotychczasowe ustalenia, należy przyznać rację. Mimo to nie polecałbym jego publikacji młodzieży czy czytelnikom świadomościowo mało dojrzałym, tzn. mało odpornym na „rewelacjonizmy”. Nie podobna np. bez zastrzeżeń przystać na niektóre jego uogólnienia, wychodzące poza „konwencjonalne obrazoburstwo”. Do takich należy np. obrona Monachium (wrzesień 1938) jako układu sprawiedliwego, jak i krytyka nie uznających tego układu. Można się zgodzić ze Sporoniem, że nadużyciami są związki frazeologiczne w rodzaju „droga usłana trupami” czy „marsze śmierci”, ale autor snuje dowody, że nadużyciem jest także wyssana z palca kategoria „Drang nach Osten”, wyrażająca ducha niemieckiego (oczywiście niegdysiejszego, bo nie inaczej) imperializmu. Przyczyny I wojny światowej były wielorakie, nie podobna jednak, zdaniem Sporonia, casus belli tej wojny przypisywać Niemcom, gdyż to serbski zamachowiec, działający z inspiracji carskiej ochrany dostarczył powodu, zabijając w Sarajewie następcę tronu austriackiego. Zdumienie (czyli z punktu widzenia autora tej książki odruch par excellence nacjonalistyczny) budzi stwierdzenie, jak zdążające za nim dowodzenie, że nie było obozów zagłady, jedynie obozy dla izolowania osób zagrażających Rzeszy, gdyż do zagłady Niemcy nie potrzebowali wznoszenia obozów. Nadto też „dowody” (nie brak idących w tym kierunku wspominkarzy), iż więźniowie obozów koncentracyjnych, nie wyłączając Auschwitz, byli traktowani zupełnie po ludzku. Osobiste trzy grosze mógłbym wtrącić w sprawę przesiedlania Niemców za Odrę w l. 1945-1953. Rozważając dokumentację z tym związaną, H. Sporoń w imię bezstronnej i obiektywnej prawdy przypomina zarzuty, kierowane przez stronę niemiecką za pośrednictwem Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jeden z nich brzmiał: Wysyłani Niemcy nie byli badani pod względem zdrowotnym, nie byli dezynfekowani, wysyłano ludzi chorych zakaźnie oraz ciężarne kobiety. Nie podobna kwestionować tego zarzutu, gdyż – o czym świadczą fakty, podobne zjawiska miały również miejsce. Aliści, zgodnie z postulowaną przez autora zasadą bezstronności, więc i formułowania uogólnień na podstawie jednostkowych przypadków, godziłoby się w tym miejscu zauważyć, że zarzut to w szeregu wypadków bezpodstawny. Nie potwierdzają go na przykład świadectwa lekarzy elbląskich, którzy nadzorowali ewakuację Niemców z Elbląga do punktu zbornego w Gdańsku. Przeciwnie – tu zrobiono wszystko, co było możliwe, by sprostać dyrektywom w tym względzie. A że udało się przemycać do transportu także osobom chorym, była to konsekwencja niepowstrzymanej woli wyjazdu wszystkich, którzy czuli się Niemcami. Materiał taki, podpisany przez znanego starszym elbążanom dra Tadeusza Żaka, był drukowany na łamach „Tygla”, 1991 nr 3, ss. 43-44. Przypomnę, że potwierdzający powyższe materiał, autorstwa J. J. Kolendy opublikowano na łamach „Rocznika Elbląskiego” z. 4, 1969 (ss. 169-201). Dodam, że ferowanie podobnych opinii w podobnie drażliwych sprawach wymaga warsztatu historyka, nie zaś wyboru przypadkowych materiałów wspomnieniowych, za którymi zawsze stoi czyjaś określona intencja.

Nie wypada nie solidaryzować się z podstawami etycznymi, do których niezmiennie odwołuje się H. Sporoń, przy ocenie faktów i zdarzeń. Mam tu na myśli postulat potępienia nade wszystko zemsty, mściwości – jako czynnika uwalniającego barbarzyńskie instynkty. Toteż trudno się nie dziwić, że autor, odrzucając takie i inne akcje jako zbrodnicze, iż będące przejawami zemsty, o kryterium tym zdaje się niekiedy zapominać w interpretacji zbrodni, dokonanych przez stronę niemiecką. Wręcz usprawiedliwieniem niemieckiej akcji odwetowej z 10.-12. września 1939 roku, gdy Niemcy rozstrzelali 100 mieszkańców Bydgoszczy, jest dla niego zbrodnia, której wcześniej dopuściły się na Niemcach żywioły polskie. Mówi: należy co najmniej wspomnieć o (…) przyczynie, czyli o 600 niemieckich cywilach, zabitych w krwawą niedzielę przez bydgosko-nacjonalistyczny motłoch. Z kolei jego moralna wrażliwość ożywa, gdy przychodzi mu mówić o zabijaniu więźniów niemieckich przez oddziały alianckie i gwałceniu tym sposobem prawa międzynarodowego czy o obozach dla jeńców niemieckich na terytorium Polski czy ZSRR. Jako „wyssane z palca” traktuje też informacje np. o strzelaniu przez pilotów niemieckich do ludności cywilnej. Relacje na ten temat kwituje w sposób nieskomplikowany: … wiem z własnych obserwacji, bo miałem wówczas 13 lat oraz z opowiadań krewnych i znajomych, którzy wrócili do domów z niemieckiej niewoli, że tak było (s. 78).

Ma Henryk Sporoń niewątpliwą rację, iż wychowanie antyniemieckie na progu XXI wieku trzeba zlikwidować i że dla dobra ducha porozumienia w nowej Europie należy podjąć i rozszerzyć trud demistyfikacji i odkłamywania przeszłości po obu stronach Odry. Zgoda jednak, że zakończę truizmem, nie może żądać niepamięci czy nowych uproszczeń w konstruowaniu obrazu przeszłości. Ma też rację, domagając się bezstronnej postawy badawczej wobec przeszłości i starając się samemu spełniać taki postulat, poprzez zaglądanie „pod podszewkę” ustaleń oraz kruszenie stereotypów. Pytanie, czy taki postulat jest w pełni wykonalny jest równoznaczne z pytaniem, czy można ludzi przekształcić w aniołów. Teksty H. Sporonia dowodzą, że nie jest to łatwe. Zniewalają jednak do dyskusji na ten temat, prowokują, a budząc niekiedy i zastrzeżenia – wytrącają z inercji.

 

                                                                                       Ryszard Tomczyk

 

(Visited 19 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *