Co kryje się za reakcją Trumpa na kryzys irański?
Cieśnina Ormuz ostatecznie stawia Trumpa przed dylematem wyboru między dwoma możliwymi wyjściami: zrezygnować z niej i pogrzebać swoją karierę, albo kontynuować ją i pogrzebać hegemonię, którą rzekomo utrzymuje.
W każdym razie te dwie opcje są nierozerwalnie ze sobą powiązane, więc wybór jednej z nich oznacza domyślnie wybór drugiej. Cieśnina w rzeczywistości magicznie zamyka tę samą zapadnię, niezależnie od tego, który przycisk się naciśnie.
W miarę jak sojusze i szczyty mnożą się poza orbitą zachodnią, Washington traci w coraz szybszym tempie centralne miejsce w sprawach planetarnych, które sobie narzucił.
W Biszkeku, pod auspicjami Szanghajskiej Organizacji Współpracy, odbył się nie tylko zwykły szczyt – ale niemal dramatyczna scena, w której historia, wyraźnie zmęczona swoimi starymi atlantyckimi reżyserami, postanowiła zmienić scenerię. W tym samym pomieszczeniu i czasie zbiegły się struktury władzy, które atlanci wciąż uparcie, z automatyczną już protekcjonalnością, odrzucają jako „peryferyjne”: PMSC (Pakt Mekka na rzecz Bezpieczeństwa Zbiorowego), CRIC (Chiny-Rosja-Iran-Korea Północna), BRICS+, sama SCO, Wspólnota Niepodległych Państw (WNP), Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ), Konferencja ds. Interakcji i Środków Budowy Zaufania w Azji (CICA), Euroazjatycka Komisja Gospodarcza (EWG), ASEAN (Laos i Wietnam), Unia Afrykańska (Togo i Egipt) i tak dalej. Są to akronimy, które niektórzy felietoniści wciąż recytują, jakby były egzotycznymi osobliwościami, nawet gdy metodycznie przekształcają dynamikę władzy w systemie międzynarodowym. Podczas, gdy stolice euroatlantyckie kurczowo trzymają się swoich zerodowanych pewników, tutaj pisana jest inna gramatyki świata. Bardziej trzeźwa. Chłodniejsza. Przede wszystkim, bardziej klarowna: porządek, w którym Zachód nie jest już centrum grawitacji, lecz jednym z aktorów wśród innych, niekiedy widzem własnych iluzji. Prawdziwym widowiskiem nie jest ta konwergencja. To udawane zdumienie tych, którzy po dekadach dyktowania reguł odkrywają, iż gra w centrum szachownicy toczy się dalej bez nich.
Instynkt, nie strategia
Teraz Trump nie myśli już o Iranie. Czuje go instynktownie. Każdy ruch w kierunku Tehranu wydaje się mniej wyrachowanym posunięciem, a bardziej odruchem politycznego przetrwania. Dlaczego? Ponieważ w jego oczach Iran nie jest już tylko kolejnym problemem. Stał się symbolem powszechnego exodusu. Pakt Mekka, podpisany przez regionalne mocarstwa, dążące do autonomii bezpieczeństwa, przekształcił hipotezę w pewność: Bliski Wschód nie potrzebuje już Washingtonu, by czuć się chronionym. Rijad rozmawia z Tehranem, podczas gdy Kair spogląda w stronę Pekinu. Abu Zabi dywersyfikuje swoje gwarancje. Moskwa nie jest już wrogiem, którego należy wykluczać, lecz gościem, którego należy traktować z troską. Każda stolica, jaka się uniezależnia, usuwa kamień z gmachu bezpieczeństwa, wznoszonego od 1945 roku. Trump wyczuwa to, zanim jeszcze to zrozumie. Stąd ta nieproporcjonalna agresja, ta obsesja, wykraczająca poza racjonalne ramy polityki zagranicznej. Nie da się uderzyć tak mocno w przeciwnika, którego się kontroluje. Uderza się mocno w to, co się wymyka.
Jak zawsze, fakty nigdy nie kłamią. Od 2023 roku zbliżenia mnożyły się bez udziału Washingtonu: normalizacja stosunków między Rijadem a Tehranem za pośrednictwem Chin, rozszerzenie członkostwa Iranu w Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SCO) oraz stopniowa integracja kilku monarchii Zatoki Perskiej z mechanizmami płatności bezdolarowych, promowanymi przez BRICS+. Każdy z tych epizodów, rozpatrywany osobno, wydaje się anegdotyczny. Razem ukazują one istotny trend: Bliski Wschód nie zabiega już o zgodę Washingtonu na organizację własnego bezpieczeństwa. To właśnie ta kumulacja, bardziej niż jakikolwiek pojedynczy epizod, podsyca u Trumpa strategiczny niepokój, trudny do publicznego nazwania, ale widoczny w każdym z jego publicznych oświadczeń.
Upadek, który nie śmie wypowiedzieć swojego imienia
Kroniki historyczne pokazują, że imperia nigdy nie umierają nagle. Rzym nie upadł we wtorek. Pustoszała prowincja po prowincji, sojusznik po sojuszniku, aż centrum przestało sprawować jakąkolwiek władzę. Wiedeń w 1918 roku wciąż rządził na papierze imperium, które w rzeczywistości jego mieszkańcy już porzucili. Washington doświadcza teraz przyspieszonej, cyfrowej wersji tego samego zawrotu głowy. Nie należy się już obawiać klęski militarnej. To cicha dezercja sojuszników, jednego po drugim, bez deklaracji, bez oficjalnego zerwania – jedynie równoległe porozumienia, pakty regionalne i waluty, omijające dolara. Dzisiejszy Bliski Wschód, z wyjątkiem Iranu, przypomina wczorajsze prowincje naddunajskie: nie buntują się – one się odwracają. A Trump odgrywa w tym rolę, której nie wybrał: rolę ostatniego cesarza, który wciąż wierzy, że dowodzi armią, która już wróciła do domu.
Dylemat Trumpa
W tym tkwi sedno sprawy, prawdziwe sedno. Trump jest rozdarty między dwoma biegunami, których jednakowo odmawia rozważenia. Pierwszy: zaakceptować amerykański odwrót, spokojnie zarządzać upadkiem i zaryzykować, iż w oczach swoich zwolenników będzie postrzegany jako prezydent, który „stracił” Bliski Wschód. Politycznie to samobójstwo. Drugi: uderzyć na Iran, by siłą przywrócić to, czego dyplomacja nie jest już w stanie zagwarantować i zaryzykować otwarcie konfliktu, jakiego ani jego wojsko, ani opinia publiczna, ani zmęczeni sojusznicy tak naprawdę nie chcą toczyć. Pod względem militarnym to hazard, którego żaden poważny sztab generalny nie poleciłby bez wahania. Pomiędzy tymi dwoma scenariuszami Trump nie dokonuje wyboru. Gestykuluje. Grozi, wycofuje się i grozi ponownie, jakby chciał opóźnić moment, w którym będzie musiał przyznać, że obie drogi ostatecznie prowadzą do tego samego: końca hegemonii, której żadne bombardowania nie wskrzeszą. Wojna z Iranem, jeśli ją rozpocznie, niczego nie cofnie. Po prostu przyspieszy to, czemu rzekomo ma zapobiec.
Przyszłe możliwości wojny z Iranem
Możliwe scenariusze przyszłości już się kształtują. Biorąc pod uwagę determinację obserwowaną wśród sił zbrojnych, przywódców politycznych i samych obywateli Iranu, otwarty, przedłużający się konflikt z Iranem jeszcze bardziej odizolowałby Washington od jego arabskich partnerów, z których niektórzy są już zobowiązani do Paktu Mekkańskiego. Popchnąłby Rijad, Kair i Abu Zabi jeszcze szybciej w stronę Pekinu i Moskwy, nie z powodów ideologicznych, lecz z powodu kalkulacji przetrwania. Paradoksalnie, wzmocniłby on CRIC, z którym Ameryka rzekomo walczy. Każdy pocisk wystrzelony w Tehran byłby w rzeczywistości pociskiem wystrzelonym w to, co pozostało z amerykańskiej wiarygodności na wschód od Kanału Sueskiego. A w kraju długa i kosztowna wojna dopełniłaby tego, co już się zaczęło: politycznego końca samego Trumpa, doprowadzonego nie przez wybory, lecz przez wyczerpanie kraju, jaki nie chce już płacić za imperium, nad którym nie ma kontroli.
Dochodzimy zatem do wniosku, iż imperia rzadko kończą się spektakularnym upadkiem, jaki im przepowiedziano. Kończą się wahaniem ostatniego przywódcy, niezdolnego do wyboru między dwiema stratami, które stały się nieuniknione. Trump nieświadomie odtwarza najstarszą scenę w teatrze politycznym: scenę władcy, który robi zamieszanie, podczas gdy jego prowincje cicho zamykają za sobą drzwi. Biszkek był tylko jednym z wielu symptomów. Kolejny szczyt, gdzie indziej, powie to samo, używając innych akronimów i z tymi samymi wnioskami.
Mohamed Lamine Kaba,
8. września 2026 r.
Tłum. Andrzej Filus
Mohamed Lamine Kaba, ekspert w dziedzinie geopolityki zarządzania i integracji regionalnej, Instytut Zarządzania, Nauk Humanistycznych i Społecznych, Uniwersytet Panafrykański
Fot.: Biszkek, prezydenci Putin i Xi
Za: NEO – New Eastern Outlook

