Honorata Zapaśnik – „Wojna jest zawsze przegrana. Polscy reporterzy wojenni opowiadają o tym, czego do tej pory nie ujawniali”

Są zwykłymi ludźmi. Też się wzruszają, też płaczą, też czasami odwracają wzrok i chcą uciec – jak wielu z nas. Ale nie robią tego. Albo robią, ale zaraz potem wstają, ocierają łzy i z podniesioną głową, gotowym aparatem, włączonym wizjerem wchodzą w najgorsze ludzkie koszmary. Czasami to zbyt wiele – i niektórzy już nie wracają.

Kim są ludzie, którzy ryzykują życie, abyśmy poznali prawdę?

Dlaczego decydują się na takie życie? Czy ich działaniom przyświeca jakiś wyższy cel, czy to tylko praca?

Jak wygląda ich życie po powrocie do domu? Jaką cenę płacą za dobre reportaże, doskonałe ujęcia i wzruszające wywiady?

 

Honorata Zapaśnik rozmawia z najlepszymi polskimi reporterami wojennymi i odkrywa to, czego zwykle nam nie ujawniają: tragiczne osobiste historie, skrajne emocje, traumy, poczucie niemocy i bezsilności, ale i wielką wiarę w sens swojej pracy.
Wojna jest zawsze przegrana. Reporter wojenny nie może pomóc wszystkim.*

 

Długo dojrzewałam do tej książki. Nie jest to lektura do poduszki. Mnóstwo w niej wstrząsających obrazów, po których trudno zasnąć. Bywało, że czytając płakałam. Rodzi się w człowieku niedowierzanie, iż wciąż (mimo tak wielu przerażających momentów w historii) jesteśmy w stanie czynić tak wiele zła – ludzie ludziom… Czyżbyśmy byli niezdolni do wyciągania wniosków, nieskorzy do uczenia się na błędach? I tak, i nie. Przecież na świecie wciąż jest wiele wspaniałych, gotowych do poświęceń i obrony ludzkiego życia osób. Nic nigdy nie jest czarno-białe…
Jedna z bohaterek książki, Anna Wojtacha, mówi: „Moim zdaniem wojny toczą się między innymi dlatego, że dzięki nim zarabia się dużo pieniędzy. Ci, którzy je prowadzą, mają w dupie, że giną ludzie. Mieszkańców traktuje się jak zbędny element gry. Z kolei sama gra ma doprowadzić do zdobycia kasy”. Z jednej więc strony: rozważania na temat samej wojny, ukazywanie jej okrucieństwa, bezsensu, następstw nie tylko dla państw, ale nade wszystko dla zwykłych ludzi. Z drugiej: pytanie o zawód reportera wojennego, o powody, dla których ludzie decydują się jechać w zapalne części świata, by na żywo, często z narażeniem życia, relacjonować daną sytuację. Odpowiedź zawsze jest zbliżona do tej, jakiej udzielił operator telewizyjny, Jan Naukowicz: „To taka praca. Poza tym wciąga jak narkotyk”.
Kiedy oglądamy w telewizji relację z miejsca, w którym toczą się walki, niekiedy trwającą kilka minut, nie zastanawiamy się, jakim kosztem powstała. Siedzimy wygodnie w fotelu, patrzymy na migawki z piekła, by chwilę potem przejść myślami do błahostek. Podczas, gdy czasem los dziennikarza wojennego kończy się tak, jak w opowieści Radosława Kietlińskiego: „Jedna śmierć miała dla mnie szczególne znaczenie, bo byłem mocno z tym człowiekiem zżyty. W Polsce przez wiele lat pracował Taras Prociuk, ukraiński operator Reutersa. Poznałem go w czasie pracy w Sejmie. Później mijaliśmy się w Afganistanie i w Iraku. Kiedy padł Bagdad, kolumna amerykańskich czołgów wjeżdżała przez jedną z głównych ulic miasta. Taras robił im zdjęcia z balkonu hotelu Palestina, w którym zatrzymywali się głównie dziennikarze. Dowódca jednego z czołgów, widząc człowieka z podejrzanym sprzętem – kamera na ramieniu mogła przypominać wyrzutnię rakiet – wydał rozkaz, żeby otworzyć w jego kierunku ogień. Zginęli Taras oraz hiszpański dziennikarz”. Zdarza się również tak, jak w przypadku Waldemara Milewicza, legendy dziennikarstwa wojennego. Jego postać przewija się zresztą w opowieściach niemal wszystkich, występujących w książce korespondentów. Wspomniany już Jan Naukowicz mówi: „(…) każdy na wojnie się boi. Nie wierzę, że jest inaczej. Ale czasem trzeba zapanować nad strachem. I mieć odwagę zaryzykować, kiedy warto. Waldek, który opowiada o zadymie w Mosulu, jest na wagę złota”. Żeby zrozumieć sens tej wypowiedzi i poziom zagrożenia, trzeba się cofną o wypowiedź wyżej: „Byliśmy z Waldkiem w Mosulu godzinę po tym, jak miasto zdobyli powstańcy, wspierani przez Amerykanów. Zjechało się tam kilka wozów transmisyjnych. Nagle pojawiła się informacja, że gwardia Saddama Husajna będzie odbijać miasto. Takiego popłochu wśród dziennikarzy w życiu nie widziałem. Uciekali tak, jak stali, nawet nie odpięli kabli kamer, tylko odcinali je nożykami”. Naukowicz i Milewicz zostali.
Oczywiście trudno nie stawiać pytań o sens takiego ryzykowania. Milewicz i wielu innych zapłaciło za to życiem. Wielu dziennikarzy zginęło też, relacjonując trwającą wciąż niestety wojnę na Ukrainie. Już rozmówcy Honoraty Zapaśnik podkreślali, że ten zawód wygląda zupełnie inaczej, niż jeszcze kilkanaście lat temu. Wówczas korespondent wojenny był w dużym stopniu nietykalny. Dziś kamizelka z napisem „Press” nie jest żadnym gwarantem bezpieczeństwa. Inną sprawą jest powszechność nagrywania. Nie trzeba mieć kamery, żeby zarejestrować choćby zbrodnię wojenną. W dobie smartfonów każdy może stać się korespondentem, co przecież dzieje się na Ukrainie. A jednak ludzie wciąż ryzykują życie i zdrowie, wykonując ten zawód. Nie powiem, iż nie rozumiem, dlaczego.

Pół dzieciństwa i przez większość liceum marzyłam, by być dziennikarką – zmieniać świat, być tam, gdzie dzieje się coś ważnego. Ale nie myślałam o cenie, jaką się za to płaci. I jaką płacą najbliżsi tych, którzy na takie zajęcie się decydują. Dla mnie na marzeniach się skończyło… Wielu innych zmienia ten świat naprawdę.
Wojna jest zawsze przegrana to książka, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Po jej przeczytaniu myśli biegną z prędkością światła w ilości nie do ogarnięcia. Choć to nie była łatwa lektura, wiem, że jeszcze wrócę do tych wywiadów. Są z jednej strony wstrząsające, ale z drugiej: przywracają wiarę w ludzi. Bo zawsze, po obu stronach konfliktu, znajdują się osoby szlachetne, gotowe nieść bezinteresowną pomoc, udowadniające, iż człowieczeństwo jest zawsze możliwe.

* streszczenie z tylnej strony okładki

 

Katarzyna Piotrowska

 

(Visited 13 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*