Inne

Do czego prowadzi „demokracja”?

 

Na początek ustalmy jedno: demokracja była i jest zaledwie ideałem, do którego dąży homo politicus.

W Grecji, na którą tak chętnie się wciąż powołujemy, prawo do owego ideału mieli jedynie nieliczni. Potem także bywało różnie, a i dziś demokracja jest jedynie parawanem dla niewielkich grup, które w swoich rękach skoncentrowały kapitał i władzę. Jedynie referenda nawiązują do ideału doktryny. Wszelkie „wybory” to tylko wybory pomiędzy tymi, których nam podsunięto dzięki systemowi, zmonopolizowanemu przez partie polityczne. Ordynacje wyborcze większości państw gwarantują partiom wyłączność w wyznaczaniu kandydatów do parlamentu. Nikt spoza partyjnej sitwy zazwyczaj nie zbierze nawet wymaganej ilości podpisów, by startować. Partie tymczasem wcale nie promują najlepszych (nawet we własnych środowiskach), a tylko posłusznych wobec „liniom” aktualnych watażków. Stąd reklamowane szeroko „rządy fachowców” (miała nim być np. pani Kopacz) kończą zazwyczaj tak samo – biurokratycznym chaosem i rosnącym niezadowoleniem społecznym.

 

Demokrację kojarzymy zazwyczaj z wolnością. I, co byśmy nie mówili o sposobach działania hierarchów chrześcijaństwa w różnych okresach jego historii, sposobach niekiedy z piekła rodem, to wśród największych religii świata – jedynie ono zainteresowane jest człowiekiem i proponuje wyznawcom pewien zakres swobód.

Elity, zwłaszcza artystyczne, Europy powołują się często na religie Wschodu. Szukać można (i trzeba) wszędzie, ale z drugiej strony czy absurdalnymi są głosy wielu azjatyckich mędrców, którzy proponują zmieniającym wyznanie tylko na zasadzie mody: „Nie próbujcie brać się za coś, czego ze względów kulturowych i tak nigdy nie poznacie. Jeśli macie potrzebę wiary – pozostańcie przy swojej religii. Jeśli ją zgłębicie – ona też pozwoli wam być dobrymi ludźmi”.

Zmarły w 1980 roku mój kuzyn, Jasiek Popek – artysta malarz, największy obok Skopa, Przychodzkiego i Kwiatkowskiego-Cugowa skandalista lubelskiej bohemy lat 70. XX w., opowiadał często przy flaszce dykteryjkę z własnego życia. Po kilku latach nieobecności Polskę „nawiedziła” jego była dziewczyna, już jako żona dobrze zapowiadającego się partyjnego dyplomaty. Serce Jasia zadrgało, pojechał do Warszawy, by się z nią spotkać. Kiedy go służący (w gierkowskiej komunie) wprowadził na pokoje, ex-ukochana Popka siedziała na poduszkach, otoczona kadzidełkami i medytowała, nie widząc niczego i nikogo. Znany z przekory i refleksu malarz przypomniał sobie wtedy, iż w noszony o każdej porze roku góralski serdaczek ma wpiętą agrafkę. „No to odpiąłem tę agrafkę i ukłułem panią ambasadorową w tyłek” – opowiadał Jasiek – „To, co usłyszałem, nawet wam, starym bykom do powtórzenia się nie nadaje. Takich buddystów to ja mam na osiedlu pod kioskiem z piwem”. Po czym ukłonił się nisko, odpowiedział żonie dyplomaty jej językiem i wyszedł.

 

W swoim rozwoju gatunek ludzki wybrał religijność. Widocznie była mu ona potrzebna w sposób bardzo praktyczny, bo społeczności nie organizujące się wokół religii – ginęły. Religia stała się jednym z czynników, warunkujących przetrwanie. Przy czym nieistotne – jaka. Tym niemniej to chrześcijaństwo zdołało odrzucić niewolnictwo i kastowość, jako absolutnie niezgodne z naukami Chrystusa.

Rządy czerwonego i brunatnego nazizmu pozbyły się w XX wieku religii, jako przeżytku. Skończyło się ludobójstwem i pogardą dla ludzkiego życia. Model europejski powtórzono w Azji (ChRL, Kambodża). Tam miał on przynajmniej kulturowe uzasadnienie – wiara w reinkarnację pozwala na traktowanie śmierci ciała, jako wyzwolin duszy. Pisała o tym kiedyś Vanda Zakrzewska w „Ulicy Wszystkich Świętych”, analizując malowidła jednego z tybetańskich klasztorów.

Bez złudzeń, Drodzy Czytelnicy, świat był i jest toczony przez niewypowiedzianą wojnę. Chodzi nie tylko o pieniądze, ale też o rząd dusz. Który następnie ułatwia manipulowanie obywatelami i zbijanie na ich pracy wielkich fortun przez ściśle ograniczoną liczbę rodzinnych klanów. Kościół Katolicki stał się niedawno w RP drugim, po Skarbie Państwa, właścicielem dóbr ziemskich. W Banku Watykańskim nie dzieje się najlepiej od dziesiątków lat i żaden papież nie umiał sobie z tym fantem poradzić. Nie umiał albo nie chciał, to inna sprawa.

Zaszczepienie w najwyżej wciąż rozwiniętych społeczeństwach Europy i Ameryki Północnej obcych religii skomplikuje – i tak coraz gorszą – kondycję psychiczną ich mieszkańców. Oderwie ich od śladowych już niekiedy związków z kulturową tradycją. Pozostawi ludzi jeszcze bardziej samotnymi i podatnymi na manipulację. Skorzystają na tym kapłani nowych na naszym gruncie religii i szarlatani z wielu samozwańczych sekt. Oraz… rządy, które wobec osamotnienia i atomizacji obywateli, będą mogły nakazać im niemal wszystko, nie napotykając na realny opór. Garstki opornych pozostawi się jako rodzaj (i tak pomijanego lub wyśmiewanego) rezerwatu demokracji. Na który zawsze będzie można wskazać palcem, jako przykład swobód, jak to czynili polscy komuniści, tworząc takie „rezerwaty” w Bieszczadach, Kazimierzu nad Wisłą czy kilku twórczych galeriach (Akumulatory, Galeria EL).

Religie stają się wrogiem biznesu także ze względu na problem przeludnienia. Zwłaszcza chrześcijaństwo i islam, propagujące prokreację. Bogaci, by uniknąć rewolt, muszą zapewnić ludziom socjalne minimum (są kraje n-tego świata, jak obecna Polska, gdzie i tej maski nikt już nie nakłada – obywatel ma prawo umrzeć na mrozie lub z głodu, bo przecież to „jego wybór” drogi życia). A nie mają ochoty karmić tych, którzy na ich potrzeby nie pracują.

Dobrze więc skonfrontować ze sobą dominujące religie i patrzeć, jak prowadzeni przez nawiedzonych hierarchów ludzie wymordują się wzajemnie. Wojny religijne były i trwają, choć nie korzystają na tym wyznawcy, a jedynie sprzedajne (w każdym czasie i ustroju) elity. Zbliża się trzecia rewolucja technologiczna. Przez krótki okres czasu zatrudnienie znów wzrośnie, by – jeśli rzecz się powiedzie – spaść gwałtownie już raz na zawsze. Ludzie potrzebni będą tylko do kontroli automatycznych systemów produkcji i samoreplikujących się maszyn. ¾ populacji globu przestanie być komukolwiek potrzebne.

Od czasów II wojny światowej Amerykanom udało się narzucić wielu krajom swój model demokracji. „Tygrysy” Azji – Japonia i Korea Pd. tkwią w przeszłości już tylko jedną nogą. Podobnie Chiny, które po odrzuceniu konfucjonizmu stały się najbardziej krwiożerczo i prymitywnie kapitalistycznym krajem świata, gdzie dawna ideologia marksistowska służy tylko jako kaganiec dla ogromnych mas ludzkich. Najprymitywniej – w wydaniu Pekinu znaczy jednak: bardzo skutecznie kapitalistycznym. Przy zachowaniu komunistycznej pogardy dla praw jednostki – propaguje się kult pieniądza i konsumpcji. Przy niewyobrażalnym potencjale umysłowym i fizycznym – na krótką metę taka droga musiała przynieść gospodarczy sukces.

II wojna zaakceptowała też niejako moralne prawo do zbrodni. Nie tylko tych szeroko opisywanych: kacetów, gułagów, prześladowań „wrogów ustroju” w krajach radzieckiej strefy wpływów… Przede wszystkim do odzierania biednych z resztek tego, co przypadkiem im zostało. Rozbudowywana maszyna biurokracji (UE bije tu na głowę były Związek Radziecki) działa tylko w jedną stronę – na rzecz bogatych, a przeciw całej reszcie.

Religie dają ludziom ostatni azyl, mówią o nadziei i sprawiedliwości nadludzkiego porządku świata. Większość obywateli wymaga, niestety, sterowania z zewnątrz. Tych, którzy mają jasno wytyczony horyzont moralny, wybili w Europie Niemcy i „ludzie radzieccy”. „Trenując” najpierw na własnych społeczeństwach. Ich resztki stawiają opór i opór ten jest niszczony drogą urzędową – fabrykowaniem prawa, czyli w białych rękawiczkach. SOPA, ACTA, Traktat Lizboński, etc., etc…

Pomimo zdawkowych protestów i oficjalnej walce z „islamskim terroryzmem”, wielkie korporacje przychylnie patrzą na rosnące wpływy religii Mahometa. Która wedle Koranu jest ludziom przyjazna, w codziennym jednak wydaniu z demokracją i wolnością nie ma niczego wspólnego. Dziwne, że amerykańskie i europejskie feministki, zazwyczaj mocne w gębach, nie chcą dostrzec, jak traktowane są kobiety w małżeństwach islamskich, których przybywa, nie – ubywa. Bronią Polek, Francuzek, Włoszek – zapominając, iż zamknięte i ghettowe społeczności mahometańskie kpią sobie z obowiązującego w tych krajach prawa, rządząc się szariatem. Władze też patrzą przez palce, ścigając katolików, ewangelików czy nawet buddystów za te same odstępstwa od obowiązującego przecież prawa, które „nie zauważane” są w milionowych już rzeszach wyznawców islamu czy nawet wśród Romów.

Pod tym względem demokracja okazuje się być papierową fikcją. Ateiści mogą u nas zgodnie z paragrafami twierdzić, iż Boga nie ma, byle nikogo przy tym nie obrażali kpinami z wierzących. Wśród mahometan, nawet zamieszkujących kraje Ameryki i Europy, taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Odstępstwo od wiary jest karane surowo, często śmiercią.

Likwidując chrześcijańskie świątynie we Francji, Belgii, Holandii czy w Niemczech – otwieramy tym samym drogę minaretom.

Nie namawiam do narzucania krajom, gdzie islam dominuje, naszej wersji demokracji. Robią to od lat Amerykanie i Izrael, z miernym wciąż skutkiem. Najdobitniej pokazuje to historia Iraku, najpierw wspieranego przed USA i amerykanizowanego (na Bliskim Wschodzie satrapia Husseina była w naszym rozumieniu najbardziej demokratyczną, choćby przyznając kobietom pełnię praw obywatelskich i dając im równy z mężczyznami dostęp do nauki i pracy), potem zniszczonego, skażonego zubożonym uranem z rakiet czy pocisków czołgowych i zostawionego w ogniu wewnętrznych walk.

Ale musimy się na coś zdecydować – albo będziemy chronić te resztki wolności, jakie uda nam się wywalczyć z korporacjami i posłusznymi im rządowymi biurokratami, albo dobrowolnie oddamy się pod wpływy religii, która demokrację pojmuje jako religijny dyktat, popełniając ten sam błąd co Amerykanie – uszczęśliwiając wszystkich na siłę swoimi wzorcami. Chrześcijaństwo ten okres swoich dziejów ma już za sobą. Młodszy i ekspansywny islam dopiero usiłuje go narzucić ludziom, którzy rozczarowani tym, co mają, szukają ucieczki w nieznanym. A nie tylko w naszych warunkach – nieznane nie znaczy wcale – lepsze.

 

Edward L. Soroka

(Visited 60 times, 1 visits today)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *