UE wobec Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa (2)
Od czasu rozesłania listu w Brukseli odbyły się spotkania. Europejska biurokracja próbuje to wdrożyć. Ważne jest, aby zrozumieć, iż historycznie UE reagowała na każdy kryzys polityczny w ten sam sposób, realizując program federalistyczny. O ile był to logiczny odruch w okresie zimnej wojny, o tyle odkąd EWWiS, następnie Europejska Wspólnota Gospodarcza, a w końcu Unia Europejska, były strukturami, wspieranymi przez amerykańskiego „Wielkiego Brata”, jednak tak już nie jest. Stany Zjednoczone nie są już „Wielkim Bratem” Europy Zachodniej, lecz partnerem – takim, jak każdy inny. Federalizm europejski, który był jednym z celów tajnych klauzul Planu Marshalla, nie ma już racji bytu.
Pod koniec II wojny światowej Brytyjczycy (którzy założyli EWWiS, nie będąc jej członkiem) chcieli uniemożliwić ZSRR wpływ na Europę Zachodnią, przekształcając ją w spójną i jednorodną strefę buforową. Nie zależało im na zachowaniu tożsamości narodowej Europejczyków Zachodnich, lecz wyłącznie na ochronie własnej. To właśnie ze względu na skuteczność w walce z Sowietami wybrali Waltera Hallsteina, na pierwszego przewodniczącego EWWiS (prekursora UE). Hallstein był strategiem, który opracował nazistowski plan okupacji Europy Zachodniej. Splądrował ją, aby sfinansować wojnę na wyniszczenie na Wschodzie. Europejska arystokracja poparła ten anglosaski plan nie z obawy przed masakrami, dokonanymi przez bolszewików, lecz z obawy przed postępem komunizmu, który zagrażał ich przywilejom.
Właśnie to dzieje się dzisiaj: państwa zachodnie finansują ekspansję Niemiec w Europie Środkowej i Wschodniej. To jest wpisane w DNA UE. Widzieliśmy to na przykład, gdy Niemcy narzuciły swoją politykę energetyczną swoim partnerom. Albo, podpisując umowę o wolnym handlu z Mercosurem, ze szkodą dla francuskich i włoskich rolników. Po raz kolejny klasy wyższe UE popierają ten rozwój sytuacji jako jedyny sposób na zachowanie swoich przywilejów.
Wbrew temu, co nam wmawiano, nigdy nie istniała struktura, sprzyjająca współpracy między wszystkimi państwami europejskimi. EWWiS, Wspólnoty Europejskie i Unia Europejska nigdy nie dążyły do zjednoczenia Europejczyków z poszanowaniem ich różnorodności, lecz do stopienia ich w jedno imperium. Ten projekt trwa nieprzerwanie. Jakby był nieuniknionym rozwiązaniem. Europejska biurokracja zawsze tak myślała i nie jest w stanie dostosować się do nowej rzeczywistości.
Wiceprezydent Vance miał rację, zauważając, że zagrożeniem jest „zagrożenie wewnętrzne, odwrót Europy od niektórych z jej najbardziej fundamentalnych wartości, wartości podzielanych przez Stany Zjednoczone Ameryki”. Nikt nie może niczego zrobić, aby zmienić ten trend. Nasi politycy i wysocy rangą urzędnicy zostali w ten sposób wyszkoleni. Nie potrafią robić niczego innego. Przyszłość UE, o ile w ogóle istnieje, zależy od dymisji wszystkich jej przywódców.
Przykładem tego, co nas czeka, był kryzys grenlandzki. Stany Zjednoczone, odwołując się do bardzo starego roszczenia, domagają się aneksji tego terytorium Inuitów (Kalaallit Nunaat), położonego na ich szelfie kontynentalnym (a nie na szelfie europejskim). Myśleli, iż mogą je kupić i proponowali cenę już w 1867 roku, a następnie w 1910, 1946, 1955, 2019 roku i ostatnio w 2025 roku. Nie ma to nic wspólnego z argumentami prezydenta Trumpa: pierwiastkami ziem rzadkich, które można tam wydobywać, ani z otwarciem arktycznych szlaków morskich.
Od czerwca terytorium to jest chronione przez Dowództwo Północne (NorthCom), a nie przez Dowództwo Europejskie (EuCom). W każdym razie było i pozostaje pod ochroną wojskową Stanów Zjednoczonych Ameryki. Stany Zjednoczone nielegalnie umieściły tam broń jądrową, na mocy tajnego, milczącego porozumienia z Danią i z naruszeniem Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej. Sprawa ta została ujawniona dopiero w 1995 roku, podczas śledztwa w sprawie amerykańskiego bombowca strategicznego, który podczas rutynowej operacji zimnowojennej przypadkowo rozbił się w pobliżu Thule w 1968 roku, zanieczyszczając region chmurą wzbogaconego uranu.
Zachodnia Europa zareagowała na roszczenia USA z dawną mentalnością kolonialną. Niemcy, Dania, Hiszpania, Francja, Włochy, Polska i Wielka Brytania oświadczyły 6. stycznia: „Grenlandia należy do swojego ludu. Tylko Dania i Grenlandczycy mogą decydować o sprawach, dotyczących Danii i Grenlandii”. Trzeba jednak dokonać wyboru: czy to terytorium należy do Grenlandczyków, czy do Duńczyków? Oczywiście przynależy Grenlandczykom, którzy mają prawo do samostanowienia, a nie duńskim osadnikom.
Od tego czasu europejscy kolonialiści wysłali na wyspę około stu żołnierzy, mniej więcej tyle samo, co amerykański garnizon w bazie sił powietrznych i kosmicznych Pituffik.
Ostatecznie, pomijając szum medialny, kryzys został rozwiązany w Davos. Nie przez państwa europejskie, ale przez NATO. O ile nam wiadomo, Stany Zjednoczone rozpoczęły reaktywację baz wojskowych, które posiadały na Grenlandii podczas zimnej wojny. Rozmieszczą tam wojska NATO. Innymi słowy, będą chronić Grenlandię europejskimi żołnierzami, opłacanymi przez Europejczyków, ale pod dowództwem oficerów USA.
Dziś UE debatuje nad tym, jak zapewnić sobie bezpieczeństwo bez udziału Stanów Zjednoczonych. Jeśli brukselska biurokracja się tym zajmie, skończy się to tak samo. Na przykład, Andrius Kubilius, europejski komisarz ds. przestrzeni kosmicznej, ogłosił podczas 18. Europejskiej Konferencji Kosmicznej w Brukseli 27. stycznia, że UE wystrzeli na własny koszt satelity obserwacyjne, aby zagwarantować sobie obronę. Stany Zjednoczone będą jednak gromadzić i syntetyzować dane. Europejczycy nie będą bardziej niezależni niż obecnie. Mimo to będą nadal akumulować długi, jednocześnie produkując mniej.
Thierry Meyssan
Tłum. Andrzej Filus
Za: Voltairenet

