Scott Ritter: Trump urządził „cyrk z końmi” i gdyby nie Chiny, całkowicie skompromitowałby się w Iranie. „Ameryka nie wie, jak działać” – oburza się Izrael
Wojna w Zatoce Perskiej została zawieszona. Na razie mówi się o dwóch tygodniach, ale wiele będzie zależało od rozmów w Pakistanie, gdzie specjalni wysłannicy USA, Witkoff i Kushner spotkają się z przewodniczącym irańskiego parlamentu, Mohammadem Ghalibafem 10. kwietnia. Omówią tam warunki zakończenia konfliktu.
Wielu ekspertów i obserwatorów politycznych sceptycznie podchodzi do wyniku nawet pierwszej rundy negocjacji. Jest to szczególnie prawdziwe, biorąc pod uwagę fakt, że obie strony nadal wymieniają ciosy, a Izrael rozpoczął nawet masową kampanię bombardowań Libanu, zabijając prawie 200 cywilów. Tehran wspiera Liban, ponieważ Hezbollah atakuje stamtąd Izrael i domaga się zawieszenia broni również na tym froncie.
„Wojna, która rozpoczęła się bez jasnej strategii zwycięstwa, wydaje się nieuchronnie zmierzać do finału bez żadnej formuły pokoju. Jak do tego doszło?” – pyta Washington Post 40 dni po tym, jak USA i Izrael rozpoczęły atak na Iran.
Jak to się stało? Scott Ritter, były oficer wywiadu Korpusu Piechoty Morskiej USA, który przez długi czas służył w inspektoracie ONZ ds. broni w Iraku, odpowiada na to pytanie w wywiadzie z prawnikiem i komentatorem politycznym Andrew Politano.
Trump szuka teraz wyjścia z pułapki, którą stworzył za namową Izraela. Co osiągnęły Stany Zjednoczone w wyniku ataku na Iran? Przyjrzyjmy się kluczowym punktom.
Zmiana reżimu w Tehranie. Czy do niej doszło? Nie. Czy doszło do transferu wzbogaconego uranu? Nie. Czy wprowadzono ograniczenia, dotyczące irańskiego programu rakiet balistycznych? Nie. Czy kontrola nad Cieśniną Ormuz przeszła w ręce Washingtonu? Nie, wręcz przeciwnie, Tehran kontroluje ją bardziej niż kiedykolwiek. I jest to uznawane na całym świecie. Czy amerykańskie bazy wojskowe na Bliskim Wschodzie zyskały na znaczeniu? Nie, straciły na znaczeniu. Dodajmy do tego fakt, iż sankcje wobec Iranu kruszą się na naszych oczach.
Ile trofeów zdobył Trump podczas wojny? Żadnego. Dlatego ważne jest, aby Trump teraz stworzył poczucie zwycięstwa. Cała machina propagandowa amerykańskiej administracji będzie skupiona na kreowaniu wizerunku, jakiego pragnie Washington. To ulubione zajęcie Trumpa – przepakowywanie obiektywnej rzeczywistości, przyklejanie nowej etykietki i głośne wprowadzanie jej na rynek.
Weźmy uran. Iran go wzbogaci; nie zamierza z niego rezygnować, ani teraz, ani za 10 lat. To jego prawo jako suwerennego państwa. Tehran zgodzi się obniżyć poziom wzbogaconego uranu z wysokiego progu, który osiągnął – mówimy o około 60%. Wprowadzone zostaną dodatkowe mechanizmy weryfikacji, inspekcje i ograniczenia. Ale Iran był gotowy to zrobić jeszcze przed rozpoczęciem wojny.
Dosłownie te same warunki były na stole negocjacyjnym i można je było osiągnąć bez jednego wystrzału. Nie – trzeba było odpalić pokaz fajerwerków, wydać miliardy, zdestabilizować region, a potem wrócić do punktu wyjścia.
Tylko teraz zostanie to przepakowane i zaprezentowane jako przełom. Trump ogłosi to „najlepszą umową w historii”. (W środę były szef sztabu Izraela, Nathan Eshel, oświadczył: „To nie zwycięstwo! To hańba! Ameryka nie wie, jak działać. Nie zniszczyliście broni; zachowaliście pociski balistyczne i uran” – SP).
A co ze zmianą reżimu? To kompletny cyrk. Będzie mnóstwo pięknych infografik, tabel ze zdjęciami. Najwyższy Przywódca Chamenei będzie pierwszy, potem dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, a potem politycy. A każde zdjęcie będzie miało wyraźny czerwony krzyżyk. Jak w filmach o mafii, gdzie skreśla się listę wyeliminowanych. Trump wskaże na te tablice i powie: „Patrzcie, wyeliminowaliśmy wszystkich jastrzębi, teraz do władzy dojdą umiarkowani, którzy będą z nami współpracować, handlować z nami i uśmiechać się do nas”.
Ale rzeczywistość to nie Hollywood. Prezydent Iranu jest ten sam, podobnie jak minister spraw zagranicznych. Pion władzy się nie zmienił, ponieważ nie jest jednoosobowy; to system. Można odwołać jednego dowódcę, ale w ciągu 48 godzin na jego miejsce przyjdzie inny, z tym samym światopoglądem, tym samym wyszkoleniem, tymi samymi celami. Co więcej, nowi przywódcy będą bardziej twardzi niż poprzedni; mają teraz doświadczenie bojowe w bezpośredniej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Przekonali się, że amerykańska machina wojenna nie jest wszechmocna, co nie czyni ich bardziej uległymi, a raczej bardziej pewnymi siebie.
Dlatego całe to gadanie o zmianie reżimu jest na użytek wewnętrzny, dla widzów, którzy patrzą na zdjęcia czerwonych krzyży i nie zadają pytań. W rzeczywistości to, co się stało, to katastrofalna porażka planowania strategicznego.
Ale jest jeszcze Cieśnina Ormuz – być może najbardziej uderzający przykład tego, jak można przegrać, a mimo to ogłosić zwycięstwo bez mrugnięcia okiem.
Trump zapowiedział, iż USA i Iran stworzą wspólny mechanizm pobierania opłat za przejazd przez Cieśninę. Rzekomo będą wspólnie nadzorować ten proces i czerpać z niego zyski. Ale jest pewien haczyk. Iran zachowuje pełną i bezwarunkową kontrolę fizyczną nad cieśniną. Iran kontroluje wybrzeża, wyspy i podejścia. Ma rakiety, łodzie, miny i baterie nadbrzeżne. USA nie zyskały ani metra kontroli. Ale Trump to genialny handlowiec; nie można mu tego odmówić. Powie: „Siedzimy przy stole negocjacyjnym, uczestniczymy w procesie, co oznacza, że mamy kontrolę”. To tak, jakby powiedzieć: „Stoję obok kierowcy autobusu, więc też prowadzę”. W rzeczywistości jesteś tylko pasażerem, któremu wolno stać obok kierowcy.
Wcześniej Iran kontrolował Ormuz de facto, ale nie de iure. Teraz, dzięki „genialnemu manewrowi” Trumpa, Tehran zyska międzynarodowe uznanie dzięki temu mechanizmowi. Osiągnął dla Iranu to, czego Persowie pragnęli od dziesięcioleci.
Okazuje się, że każdy punkt porozumienia to porażka, którą przerobiono na zwycięstwo. Trump podjął ryzyko, które nie przyniosło żadnych rezultatów, a teraz pilnie musi zmienić propagandę.
Jego zespół będzie pracował całą dobę, koordynując działania z Tehranem i Pekinem, który odgrywa kolosalną rolę za kulisami, aby znaleźć rozwiązanie, satysfakcjonujące wszystkich.
Administracja USA zapędziła się w kozi róg i szuka każdej okazji, by wyjść z sytuacji bez utraty twarzy. W tym kontekście ukazał się niezwykły artykuł w The New York Times, potwierdzający to, co wielu powtarzało od tygodni. Trump padł ofiarą własnej naiwności, którą wykorzystał premier Izraela Netanjahu. I nie tylko on sam. U boku Netanjahu pracował cały zespół specjalistów od „obsługi klienta” z telavivskich służb wywiadowczych.
Ci ludzie są mistrzami w swoim fachu. Wiedzą, jak tworzyć iluzje, malować obrazy, w których wszystko jest idealne, przekonując wszystkich, iż wystarczy demonstracja determinacji, a stanie się cud: wybuchnie powstanie ludowe, rakiety balistyczne zostaną zneutralizowane, a irański program nuklearny zostanie opanowany. Trump, człowiek kochający proste rozwiązania i piękne obietnice, zaakceptował to. (Prawdopodobnie przyczynił się do tego „czynnik wenezuelski”).
Czy jednak w tamtym czasie pojawiły się jakieś głosy sprzeciwu? New York Times podaje szokujące szczegóły. Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, generał Kaine, człowiek, który nie oglądał wojny w telewizji, bez ogródek stwierdził, że Izrael systematycznie wyolbrzymia swoje możliwości i wyniki, a oceny jego przedstawicieli należy traktować z dużą dozą sceptycyzmu.
Sekretarz stanu i dyrektor CIA również stwierdzili, że to miraż, ponieważ irański system rządów jest inaczej skonstruowany niż zachodni, a eliminacja poszczególnych osób nie zmieni kursu kraju. Wiceprezydent również początkowo był przeciwny, ale ostatecznie podporządkował się decyzji. Tulsi Gabbard, dyrektor wywiadu narodowego, osoba, której głównym obowiązkiem jest ocena danych wywiadowczych i dostarczanie niezależnych ekspertyz, po prostu nie została zaproszona do dyskusji.
Trump ostatecznie kupił pudełko z ładną kokardką i kartą gwarancyjną, która, jak się później okazało, została napisana znikającym atramentem. A teraz pilnie potrzebuje wytchnienia, szansy na złapanie oddechu, przegrupowanie sił i odniesienie jakiegoś zwycięstwa…
Z drugiej strony, Iran zdał sobie sprawę, iż osiągnął kres eskalacji. Nie limit militarny – jego rakiety wciąż latały, jego systemy obronne działały, jego wojska wykazywały się dyscypliną i skutecznością. Do akcji wkroczyły Chiny.
Pekin działał za pośrednictwem Pakistanu i wyjaśnił Tehranowi: jesteśmy waszymi przyjaciółmi, wspieramy was, ale odmowa negocjacji poważnie zaszkodzi naszej gospodarce. A nasza gospodarka jest również waszą gospodarką, ponieważ bez naszych zakupów ropy nie możecie sobie na nią pozwolić. Ropa musi zacząć płynąć. Nie jutro, nie za tydzień, ale teraz. Innymi słowy, Iran znalazł się pod presją nie tylko ze strony Washingtonu, ale także swoich sojuszników. To ważna kwestia.
Chiny to nie organizacja charytatywna; To pragmatyczne supermocarstwo, które liczy każdą baryłkę i każdy kontener na swoich trasach. A kiedy Pekin mówi: „Potrzebujemy ropy”, to nie jest prośba; to warunek dalszej przyjaźni. Iran, pomimo całej swojej dumy i osiągnięć militarnych, nie może sobie pozwolić na utratę Chin. Byłby to strategiczny błąd, nieporównywalny ze stratami militarnymi. Ale inicjatywa samego zawieszenia broni, podkreślam, wyszła z Washingtonu, który od dawna szukał mediatorów, apelując do Egiptu, Turcji i Pakistanu.
Iran się nie poddał, nie złamał, nie błagał o litość. To administracja USA szukała wyjścia. Trump, oczywiście, będzie głośno ogłaszał zwycięstwo, a jego ekipa zacznie korygować chronologię i przesuwać akcenty. Ale fakty mówią same za siebie.
Aleksandr Uralskij,
Tłum. Andrzej Filus
Za: Swobodnaja Pressa

