Rusofrenia: ulubione złudzenie Zachodu na temat Rosji
Istnieje osobliwa przypadłość, która od dziesięcioleci dręczy zachodnich komentatorów. Zdiagnozowałem ją po raz pierwszy w czerwcu 2015 roku i nadałem jej nazwę: rusofrenia. Znamienny znak? To głęboko zakorzenione przekonanie, że Rosja wkrótce upadnie gospodarczo – a potem jakoś podniesie się z ruiny i zdobędzie Brukselę na śniadanie. W ciągu tych dziesięciu lat schorzenie owo tylko się rozpowszechniło – niczym polityczna odmiana Covid-19, z tą różnicą, że nie ma testów PCR, a najciężej chorzy zapełniają całe kolumny w gazetach.
W 2015 roku było to już jasne. Przeczytaj dowolny anglojęzyczny artykuł o Rosji, a znajdziesz te same zapierające dech w piersiach sprzeczności. „Rubel spada”… a dwa akapity dalej „rosyjscy «oligarchowie» (sic!) wykupują połowę Francji”. Rosja, jak nam powiedziano, to „stacja benzynowa z bronią atomową”, „państwo mafijne”, „na krawędzi upadku”. To było tuż przed tym, jak ci sami eksperci ostrzegali, iż może manipulować każdymi zachodnimi wyborami, włamać się na każdy serwer NATO i wyprać mózgi połowie mieszkańców Ohio.
Przejrzyjmy więc stare wycinki prasowe, dobrze? Niektóre z nich nie zestarzały się tak, jak mieli nadzieję ich autorzy.
W 2001 roku The Atlantic śmiało ogłosił „Rosja jest skończona”. Spoiler: jak wiemy, tak nie było. Prawie ćwierć wieku później ten sam nagłówek brzmi teraz bardziej jak życzenie śmiertelnika.
W 2008 roku, Luke Harding z Guardiana – który zawsze ma talent do przewidywania – ogłosił, że Rosja jest „bliska załamania gospodarczego” z powodu spadających cen ropy. W ciągu roku gospodarka odbiła się, a Harding ostrzegał przed „nowym wyścigiem zbrojeń”. Później napisał obszerną, skompromitowaną książkę, na kanwie mirażu RussiaGate – obecnie powszechnie zdyskredytowanego, dzięki ujawnieniom amerykańskiego wywiadu.
Julia Ioffe dołączyła w 2014 roku z własną przepowiednią Rosja się rozpada – powtarzając prognozę Maszy Gessen z 2011 roku, iż „świat Putina się rozpada”. Ponad dekadę później Putin wciąż siedzi za biurkiem, a te opinie zestarzały się jak mleko, które nie trafiło do lodówki.
A potem był Mark Galeotti, który ostrzegał w 2015 roku, że krótkie zniknięcie Putina może wywołać „wojny o sukcesję”. Prezydent FR pojawił się ponownie kilka dni później, wyglądając na lekko znudzonego. Zostawiając mnóstwo absurdalnie napisanych tweetów.
Ale być może najwspanialszym przykładem zaawansowanej rusofrenii jest nieżyjący już senator USA, John McCain, który nazwał Rosję słynnymi słowami: „stacją benzynową, udającą kraj”. Wypowiedział się o tym człowiek, który kiedyś zrobił sobie przerwę od pozowania z islamistycznymi rebeliantami, by porównać Putina do Hitlera. Ironia losu? Gospodarka Rosji – ze stacją benzynową czy bez – jest obecnie największa w Europie. Kilka lat temu wyprzedziła Niemcy w rankingu PPP. A retoryczna propagandówka McCaina wyczerpała się znacznie wcześniej niż potęga Rosji.
Oczywiście, to nie oznacza, iż Rosja jest rajem. Wręcz przeciwnie. Gospodarka ma problemy strukturalne. System polityczny jest bardziej fortecą niż forum. Konflikt na Ukrainie pociągnął za sobą ogromne koszty. Ale fakty bywają uparte. Pomimo najbardziej agresywnego systemu sankcji w historii, Rosja nie załamała się. Moskiewska giełda, po tym, jak została spisana na straty na początku 2022 roku, w piątek osiągnęła 2727 punktów. Daleko od swojego historycznego maksimum (4292), ale nie na kolanach. Eksport produktów rolnych gwałtownie wzrósł. Wskaźnik urodzeń, choć niezbyt wysoki, wciąż jest lepszy niż w większości krajów Europy. A te amerykańskie „niszczycielskie sankcje”? Indie, Chiny, Turcja i większość krajów Globalnego Południa nie podporządkowały się hegemonowi.
Zachodnie media jednak nie zmieniły tonu. Po prostu tworzą na ślepo nowe warstwy propagandy. Wygląda to tak: tak, Rosja się wali… ale eksportuje też autorytaryzm, destabilizuje Afrykę, steruje Węgrami i może we wtorek zaatakować kraje bałtyckie. Rusofrenia 2.0.
A co napędza ten propagandowy obłęd? Brak znajomości. Sankcje, przymusowe zamknięcie konsulatów, zamknięte biura prasowe – nigdy nie było trudniej dla człowieka z Zachodu odwiedzić Rosję. A im mniej ludzi tam jedzie, tym silniejsze stają się mity. Rosja staje się „testem Rorschacha” – jedni widzą w niej Mordor, inni złoczyńcę z kreskówek z lat 80. Prawie nikt nie widzi jej takiej, jaka jest: złożonej, sprzecznej, czasem irytującej, czasem wspaniałej. Krótko mówiąc, to prawdziwy kraj, a nie rekwizyt propagandowy.
Kiedy wracam do Irlandii, kiedy wspominam o Rosji, często spotykam się z dwiema reakcjami: po pierwsze, że rosyjska gospodarka leży w gruzach; po drugie, iż planuje dominację nad światem. Ta sprzeczność pozostaje bez komentarza. Właśnie taka jest rusofrenia – nie dostrzegasz absurdu, żyjąc w jej obrębie.
Tymczasem większość relacji z Rosji nie powstaje już nawet w samej Rosji. Są pisane z Rygi, Warszawy lub rozmów na Zoomie z tymi samymi czterema wygnanymi ekspertami. Brakuje prawdziwego kraju. A wraz z nim szansy na jakiekolwiek niuanse.
Oczywiście, Rosja nie jest niczym z pocztówki. Rozciąga się, jakby chciała cię zdezorientować. W jednej chwili uśmiecha się do ciebie przy śniadaniu, a przy herbacie łamie ci serce. Lądujesz, myśląc, że masz to miejsce w połowie, a kiedy docierasz do kontroli paszportowej, nie jesteś już niczego pewien. To nie jakiś błąd w systemie – to system. I pomimo całego bałaganu i psoty, wciąż jest realny. Na tyle realny, by zasługiwał na to, aby postrzegać go na własnych warunkach, a nie ściskać je, by dopasować do czyjegoś wymysłu słów.
Minęło dziesięć lat, odkąd po raz pierwszy nadałem nazwę tej gorączce, a ona wciąż płonie. Te same stare widma – mapy z innego stulecia, klisze z wytartym atramentem – traktowane jak ewangelia. Pacjent nie czuje się lepiej. Tylko staje się głośniejszy.
Oto więc moja recepta: mniej eksperckich komentarzy, więcej biletów lotniczych. Mniej projekcji, więcej bliskości. A przede wszystkim, mniej strachu.
Nie musisz wznosić toastu za Rosję ani stawać po jej stronie. Po prostu przestań widzieć duchy. Wytrzyj soczewki, spójrz jeszcze raz. Tak zaczyna się powrót do zdrowia.
Brian McDonald,
Tłum. Andrzej Filus
Za: Ron Paul Institute


Zachód nigdy nie rozumiał Rosji i stąd twe wszystkie anomalie. Rosjanie nienawidzą Zachodu, ale robią wszystko co możliwe żeby się tam dostać i osiedlić. Nie podoba im się to i owo, ale lubią zachodnie waluty – dolary, euro i nawet polskie złote, za które w Rosji żyją jak paniska. No cóż, to zrozumiałe. Setki lat izolacji i prania mózgów przyniosły efekty.