Nad Sekwaną w Paryżu – „tutaj topimy Algierczyków” (2)
„Jaki był plan, stojący za demonstracjami z 17. października? I co dokładnie wydarzyło się tego dnia?
Policja wiedziała o demonstracjach już dzień wcześniej. Wiedziała również, że mają one mieć pokojowy charakter.
Kierownictwo FLN wydało polecenie, by protesty przebiegły w sposób pokojowy. Demonstranci mieli nie wchodzić w konfrontację z policją, nawet w odpowiedzi na prowokacje czy represje. Żaden z uczestników nie mógł mieć przy sobie przedmiotu, który mógłby zostać uznany za broń – nawet scyzoryka.
Był wtorek, padał deszcz. Siły policyjne zostały wzmocnione oddziałami, ściągniętymi z innych jednostek. W Paryżu i na jego przedmieściach przeprowadzono zakrojone na szeroką skalę łapanki.
W miarę upływu dnia działania te przybierały na sile – do tego stopnia, iż policji zaczęło brakować własnych pojazdów. Funkcjonariusze musieli rekwirować autobusy komunikacji miejskiej, aby przewozić Algierczyków do ośrodków internowania”.
Mimo przeprowadzonych obław, część demonstracji jednak się odbyła. Uczestnicy próbowali dotrzeć do głównych placów Paryża. Kilka tysięcy osób wyruszyło z dzielnic nędzy w Nanterre. Gdy dotarli do mostu w Neuilly, policyjne kordony otworzyły ogień.
Część demonstrantów zginęła, innych wrzucono do Sekwany. Sceny te powtarzały się przez całą noc na wielu kolejnych mostach.
Inna liczna grupa demonstrantów wyruszyła z placu Republiki (Place de la République) i przeszła – bez najmniejszych incydentów – wzdłuż głównych bulwarów (Grand Boulevards) aż do placu Opery (Place de l’Opéra).
Tam, napotkawszy policję, uczestnicy pochodu próbowali zawrócić.
Dotarli w okolice kina Rex, gdy policja otworzyła ogień. Również tutaj byli zabici.
Do demonstracji doszło także w Dzielnicy Łacińskiej oraz na Polach Elizejskich – trwały one jednak krótko, gdyż represje nadeszły bardzo szybko.
W całym Paryżu i na jego przedmieściach rozpoczęły się polowania na ludzi. Wielu zatrzymano, wielu zostało rannych i wywiezionych do rozmaitych ośrodków internowania. Dziedzińce komisariatów policji były pełne ludzi. Osoby, które tam trafiły, doświadczyły skrajnej przemocy ze strony funkcjonariuszy. Zbrodnie te trwały przez całą noc oraz w kolejnych dniach.
Tuż po północy 17. października do Claude’a Bourdeta, redaktora gazety France Observateur, podeszła grupa umundurowanych policjantów. Byli w szoku; powiedzieli mu, że właśnie wzięli udział w masakrze około 50 Algierczyków.
Fragment pochodzi z tekstu:
Masakra Algierczyków w Paryżu, 17. października 1961 r.
Zapomniana masakra: Paryż 1961, autor: James J. Napoli, 1997 r.
„Kilka lat temu pewien mój znajomy z Kairu opowiedział mi historię o masakrze na ulicach Paryża. W czasie, gdy we francuskiej stolicy – 17. października 1961 roku – doszło do aktów przemocy, pracował on jako reporter agencji informacyjnej. Na własne oczy widział dziesiątki ciał Algierczyków, ułożonych w centrum miasta jedno na drugim – niczym stosy drewna – po wydarzeniu, które dziś nazwalibyśmy »policyjnym pogromem«.
Jego przełożeni w agencji prasowej uniemożliwili mu wówczas przedstawienie pełnej relacji, a świat niemal nie zwrócił uwagi na skąpe doniesienia o tej masakrze, które zdołały się gdzieś pojawić. Nawet dziś wydarzenia te nie są powszechnie znane; wielu ludzi – w tym ja sam – nigdy wcześniej o nich nie słyszało”.
Rok 1997 jest odpowiednim momentem, by przypomnieć sobie tamte wydarzenia – i to nie tylko dlatego, iż przypada wtedy 35. rocznica uzyskania przez Algierię niepodległości. Trwająca w Algierii wojna domowa, narastająca we Francji fala przemocy i rasizmu, a także wstrząsające masakry, do których dochodzi w innych zakątkach świata, sprawiają, że temat ten pozostaje niepokojąco aktualny.
Oto co się wydarzyło:
Nieuzbrojeni algierscy muzułmanie, demonstrujący w centrum Paryża przeciwko dyskryminującej godzinie policyjnej, stali się ofiarami brutalności policji oraz oddziałów specjalnych – byli bici, rozstrzeliwani, duszeni, a nawet topieni. Tysiące osób zatrzymano i przewieziono do ośrodków odosobnienia, rozmieszczonych wokół miasta oraz do siedziby prefektury policji; tam również dochodziło do aktów przemocy i zabójstw.
Ile osób zginęło? Do dziś nikt nie zna dokładnej liczby. Prawdopodobnie około 200.
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się zdumiewające, że do takich wydarzeń mogło dojść w samym sercu wielkiej zachodniej stolicy, znajdującej się pod ścisłą obserwacją międzynarodowych mediów. Nie był to przecież Kabul, Pekin, Hebron czy jakieś zapomniane miejsce w Bośni, lecz „miasto świateł” – Paryż.
Jednak w październiku 1961 roku V Republika pod rządami prezydenta Charles’a de Gaulle’a znajdowała się w trudnej sytuacji. De Gaulle, którego głównym celem było zapewnienie Francji dominującej pozycji w Europie Zachodniej i na świecie, musiał mierzyć się z chaosem wewnętrznym. Francją nieustannie wstrząsały strajki i protesty rolników oraz robotników, a także akty terroryzmu ze strony wrogich sobie organizacji: Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN), reprezentującego algierski ruch niepodległościowy, oraz Tajnej Organizacji Wojskowej (OAS) – grupy niezadowolonych żołnierzy, polityków i innych osób, dążących do utrzymania Algierii w rękach francuskich. Członkowie OAS słusznie przewidywali, że de Gaulle zamierza uwolnić Francję od ciężaru jej ostatniej wielkiej posiadłości kolonialnej, aby móc skupić się na realizacji swoich ambitnych planów uczynienia z Francji potęgi gospodarczej i politycznej.
Relacje świadków wspominają o przypadkach duszenia ludzi przez policjantów.
Tymczasem brutalna wojna w Algierii trwała już blisko siedem lat. Zamachy terrorystyczne w Paryżu i innych francuskich miastach pochłonęły dziesiątki istnień ludzkich wśród funkcjonariuszy policji, wywołując – jak określił to minister spraw wewnętrznych, Roger Frey – „słuszny gniew” (la juste colère) policjantów. Swój gniew dali oni odczuć wieczorem 17. października. Około 30 tysięcy muzułmanów – spośród mniej więcej 200 tysięcy Algierczyków, formalnie obywateli francuskich, mieszkających w Paryżu i jego okolicach – wkroczyło na bulwary w centrum miasta, nadciągając z trzech różnych kierunków. Demonstracja, w której wzięli udział mężczyźni, kobiety i dzieci, została zorganizowana przez FLN (Front Wyzwolenia Narodowego) w proteście przeciwko godzinie policyjnej, wprowadzonej od 20:30 wyłącznie dla muzułmanów.
Demonstranci napotkali około 7 tysięcy policjantów oraz członków specjalnych oddziałów bezpieczeństwa (CRS), uzbrojonych w ciężkie pałki i broń palną. Funkcjonariusze zaatakowali uczestników protestu m.in. w dzielnicy Saint-Germain-des-Prés, w okolicach Opery, na placu Zgody (Place de la Concorde), na Polach Elizejskich, w pobliżu placu Charles’a de Gaulle’a (dawniej Place de l’Étoile), a także na obrzeżach miasta – przy rondzie La Défense, za Neuilly.
Mój znajomy z agencji prasowej doliczył się co najmniej 30 ciał demonstrantów, ułożonych w kilku stosach przed jego biurem niedaleko centrum miasta – do środka wciągnął wcześniej kilku Algierczyków, by uchronić ich przed agresywnymi policjantami. Inny korespondent relacjonował, że widział, jak policja zaganiała nieuzbrojonych Algierczyków w zaułki i bezkarnie okładała ich pałkami. Późniejsze relacje świadków mówiły o przypadkach duszenia ludzi przez funkcjonariuszy oraz topienia Algierczyków w Sekwanie; przez kolejne tygodnie w nurcie rzeki, w miejscach położonych dalej z biegiem rzeki, odnajdywano kolejne ciała.
Maurice Papon, prefekt paryskiej policji, był jedynym urzędnikiem rządu Vichy, skazanym za swój udział w deportacjach Żydów podczas II wojny światowej. Papon nigdy jednak nie odpowiedział za śmierć Algierczyków, do której doszło w 1961 roku z winy policji działającej na jego rozkaz. Nie były to ostatnie ofiary działań policji, podległej Paponowi. Cztery miesiące później, w lutym 1962 roku, jego postępowanie stało się nie do przyjęcia nawet dla prezydenta Francji, Charlesa de Gaulle’a: francuska policja zabiła wówczas dziewięć białych osób podczas komunistycznej demonstracji przeciwko wojnie w Algierii. W pogrzebie pięciu z tych demonstrantów wzięło udział 700 tysięcy ludzi, a strajk generalny sparaliżował Paryż. | AFP/Getty Images
Tysiące Algierczyków schwytano i przewieziono do ośrodków zatrzymań, gdzie poddawano je dalszej przemocy. Brytyjski film dokumentalny Drowning by Bullets (Utopieni kulami), wyemitowany cztery lata temu, sugeruje, że wielu Algierczyków zamordowano na oczach wyższych rangą funkcjonariuszy policji na dziedzińcu głównej komendy. Prefektem policji był wówczas Maurice Papon – człowiek, który jeszcze niedawno zaprzeczał, jakoby ponosił odpowiedzialność za deportacje francuskich Żydów do Auschwitz w czasach rządu Vichy.
Wersja oficjalna
Pełny wymiar okrucieństwa tego haniebnego epizodu z 1961 roku został wówczas w dużej mierze zatuszowany. Choć wstrząsające relacje świadków z czasem przedostały się do francuskiej prasy, gazety – osłabione wieloletnią cenzurą i kontrolą rządową – w większości trzymały się oficjalnych danych, według których w trakcie demonstracji zginęły zaledwie dwie, a później – jak podano – pięć osób. Państwowa telewizja francuska pokazywała Algierczyków, wywożonych z kraju po demonstracji, ale całkowicie pominęła kwestię policyjnej przemocy.
Dziennikarzy ostrzegano, by nie relacjonowali przebiegu demonstracji i nie pozwalano im zbliżać się do ośrodków zatrzymań.
Z nielicznymi wyjątkami, prasa brytyjska i amerykańska powielała oficjalną wersję wydarzeń, w tym sugestie, iż to Algierczycy jako pierwsi otworzyli ogień. Nawet dziennikarz, który na własne oczy widział sterty ciał Algierczyków, nie otrzymał zgody na opisanie tej historii. Jego przełożeni wydali polecenie, aby raporty biura ograniczały się wyłącznie do oficjalnych danych.
Zarówno francuscy, jak i zagraniczni dziennikarze w Paryżu zdawali się milcząco zgadzać, że nie należy podejmować żadnych działań, które mogłyby dodatkowo zdestabilizować francuski rząd lub zagrozić pozycji de Gaulle’a – postrzeganego powszechnie jako ostatnia, najlepsza nadzieja na wyprowadzenie Francji z kryzysu.
Sprawa szybko ucichła, przykryta nowszymi, niepokojącymi wydarzeniami w Europie i na świecie.
A rok później Algieria uzyskała niepodległość.
Jacques Vergès, kontrowersyjny francuski prawnik, który w czasie wojny w Algierii reprezentował FLN, powiedział mi w wywiadzie, przeprowadzonym zeszłego lata, iż brutalność policji oraz tuszowanie sprawy przez władze i prasę w 1961 roku nie były niczym zaskakującym. Sprzyjały temu ówczesne warunki polityczne, a media zazwyczaj wykonują otrzymane polecenia. Wystarczy spojrzeć, jak łatwo było po ataku na Pearl Harbor aresztować i internować amerykańskich obywateli japońskiego pochodzenia – zauważył. Jeśli ma rację, to zadaniem polityków jest dopilnowanie, aby okoliczności sprzyjające niesprawiedliwości i okrucieństwom nigdy się nie zbiegły – tak, by wyeliminować ryzyko masakr, do jakiej doszło w Paryżu w październiku 1961 roku. A jeśli politycy poniosą porażkę, wówczas przed dziennikarzami i innymi osobami staje wyzwanie: jak nie stać się ich wspólnikami.
Jeszcze dwa konta na Instagramie poruszyły temat wydarzeń z 1961 roku.
Nikt nigdy nie poniósł kary za masakrę, do której doszło 17. października 1961 roku.
Vanessa Beeley
Tłum. Andrzej Filus

