KulturaPolecane

Miasto pod chmurami, chmury nad miastem. Na marginesie książki Witolda Hulewicza

Kolegom z redakcji www.infopol.lt/pl (2005-2011)

Przepiękna (i mądra) książka Italo Calvino „Niewidzialne miasta” ukazuje Czytelnikowi byty czysto metafizyczne. Realne jedynie podczas kolejnych opowieści, acz złożone z prawdopodobnych obrazów i sytuacji, choć to tylko jedna z możliwości kreacji literackiej.

Są bowiem również grody „widzialne” i „niewidzialne” zarazem.

* * *

Jeśli każdemu człowiekowi towarzyszy jego niepowtarzalna aura, odnotowywana nie tylko poprzez fotografie Kirlianowskie, ale też „szósty” zmysł wrażliwców, to nie będzie przesadą stwierdzenie, iż aurę / klimat (zwał jak zwał) posiadają także miasta, zwłaszcza te starsze, wpisane trwale w historię. Wpisane poprzez wiekową, zmieniającą się przez lata architekturę i ludzi – tych niezbędnych do codziennej egzystencji, jak i postaci wyjątkowych – parających się nauką i artystycznymi formami kultury.

Polska nie jest wyjątkiem – ona również posiada miasta o skondensowanej metafizyce. Za takie jeden z moich Mistrzów – prof. Władysław Panas – uważał Lublin, zwłaszcza w czasach jego wielokulturowości. Takimi jawią się też Kraków, Gdańsk czy Wilno, chyba bardziej tkwiące nadal w świadomości przeciętnego Kowalskiego niźli Lwów. Na całkiem innej zasadzie (Powstanie ’44 i heroizm odbudowy) – także Warszawa.

Patron Stowarzyszenia im. Witolda Hulewicza od połowy lat dwudziestych przez niemal dekadę mieszkał, pracował i tworzył w Wilnie, które młodego poetę i radiowca spod Wrześni urzekło nie tylko krajobrazem. Istotny był dlań swoisty konglomerat ludzi, jakich na Litwie napotkał. Ludzi, którym dedykował potem większość z utworów tomiku „Miasto pod chmurami”. Ludzi, w wielu przypadkach odgrywające znaczne role w kulturze odrodzonej Rzeczypospolitej. Zestaw postaci, zaiste przedni: Ferdynand Ruszczyc, Mieczysław Limanowski, Tadeusz Łopalewski, Jerzy Remer, Stanisław Miłaszewski, Michał Rouba, Zenon Kosidowski, Marian Zdziechowski, Wanda Miłaszewska, Helena Romer, ks. Piotr Śledziewski, Juliusz Kłos, Stanisław Pigoń, Ludomir Sleńdziński, Władysław Raczkiewicz, Wanda z Niedziałkowskich Dobaczewska, Helena Schrammówna…

To oni, swoją niepowszednią działalnością na niwie kultury i polityki pomagali Wilnu wznosić się ponad obłoki. Pion to nie tylko architektoniczne perły, pojawiające się na grafikach, ilustrujących pierwotną edycję „Miasta…”, tę z roku 1931. To także (a może przede wszystkim) – mieszkańcy grodu nad Wilią.

Ów byt na granicy nieba warunkowało coś jeszcze – w nowej, porozbiorowej rzeczywistości, również prowincjonalność Wilna. Gdzie czarne BYŁO czarnym, a białe białym. Zwłaszcza tam, „daleko od szosy”, gdzie „wyścig szczurów” nie przybrał jeszcze tak karykaturalnych form, jak w większych aglomeracjach. Daleko od zgiełku życie bywa mniej drapieżne a ludzie bardziej cywilizowani. To niezbywalna siła prowincji (przy wielu jej wadach i grzeszkach). Demokracja polega podobno m.in. na współpracy wielu równoprawnych ośrodków. Tymczasem Piłsudczykowska Polska dążyła do modelu francuskiego – gdzie pozornie mamy do czynienia z regionami, realnie z totalną, zamordystyczną centralizacją wszystkiego. Myśli – również.

Dokładnie ten sam model powielają dziś kolejne rządy tak Polski jak Litwy. Obywatelom nie jest on bliski, za to politykom pozwala rządzić długo i bez ponoszenia odpowiedzialności przed narodem.

Wilno Hulewicza, Romerów (nie wszystkich, byli w tej rodzinie i nacjonaliści litewscy), Raczkiewiczów (Władysław z dedykacji poety pełnił funkcję m.in. wojewody wileńskiego, a w latach II wojny prezydenta RP na uchodźstwie) czy Schrammów (Helena była malarką, znano ją jednak bardziej jako badaczkę sztuki ludowej) – to miasto, gdzie kościoły i klasztory były dowodem polskości, polskości niszczonej przez carat mniej jednak skutecznie, niźli po latach rękoma sowieckich okupantów. Acz poeta stara się nie osądzać pochopnie – w wierszu „Monaster Świętego Ducha” pisze:

 

„(…) gdzieś, daleko, głęboko,

są cerkwie, w których nie ma jadu,

cerkwie z znakami Bożego śladu,

cerkwie jak złote oko

w niebo.”

 

Zaiste, więcej „jadu” niekiedy w OBECNEJ państwowej „opiece” nad Rossą czy Cmentarzem Bernardyńskim…

A jednak Hulewicz dociera do wileńskiego sedna, aktualnego sto lat temu i dziś:

 

„Gdzie takie są miasta?

W tobie nic się nie zmienia:

T y  j e s t e ś. Czy to nie dość? Ty jesteś i wiesz.”

 

Gorzej, iż wiele zmienia się w ludziach. A krzywdy odpłacane są kolejnymi krzywdami. Nie przypadkiem do sąsiadki jednego z kumpli-redaktorów portalu www.infopol.lt/pl mawialiśmy: „Tawariszcz okupantka”. Jako Rosjanka, pozostała w Wilnie po rozpadzie ZSRR, zbierała (ona i setki jej podobnych, którzy nie mieli dokąd pójść ani na Litwie ani w Federacji Rosyjskiej) na siebie odium zaborców, choć do czystek etnicznych tym razem nie doszło.

Dzisiejsze Wilno (nazwane przez Litwinów Vilnius, choć takiej nazwy nie nosiło nigdy przed rokiem 1944, były to albo Wilna albo Wilno) nie jest już agorą, gdzie spotykają się Polacy, Litwini, Żydzi, Białorusini czy Rosjanie. Nawet „Kaziuki”, które przetrwały historyczną zawieruchę, to teraz bardziej odpowiednik polskiej cepeliady, niż kilkudniowe spotkania z rodzimą ludową kulturą, gdzie i zjeść się dało i wypić genialnych ziołowych nalewek – a większość z tego okraszona rozmowami z przypadkowymi przechodniami. Jedni coś kupowali, inni nie. Ale (o ile nie istniała zbyt duża bariera językowa) od rozmów jakoś nie stroniono.

Polacy wciąż w Wilnie i jego okolicach SĄ i szlag ich trafia, gdy polscy ponoć-dyplomaci lub przyjezdni z RP nazywają ich Polonią. Oni tu nie przyjechali. Oni tu byli i wciąż są, choć rządzący Litwą za nimi nie przepadają a przysyłani z Warszawy – do reprezentowania m.in. także ich interesów – urzędnicy traktują rodaków niczym obywateli obcego (wg niektórych: zaprzyjaźnionego) państwa, nikogo więcej.

Na szczęście moja (całkiem prywatnie: ukochana) Wilejka (onegdaj też Wilenką zwana) nadal wpada do Wilii i miewa przeróżne (acz zawsze wileńskie) humory.

Świat z kart poetyckiej książki Witolda Hulewicza jednak odszedł i nie łudźmy się, iż kiedykolwiek wróci.

 

Na marginesie tomu „Miasto pod chmurami”, wydanego w roku 2024 (po raz pierwszy od roku 1931) w Warszawie przez Stowarzyszenie im. Witolda Hulewicza. Redagował Ireneusz St. Bruski, posłowiem opatrzył Kazimierz Świegocki.

 

Lech L. Przychodzki

(Visited 41 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *