Koniec amerykańskiego Bliskiego Wschodu. Iran i ostatnie tchnienie nieudanego porządku (3)
Jak na ironię, amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa zachęcały sojuszników do ignorowania interesów politycznych Washingtonu. Większość czuła się bezpieczna przed inwazją lub atakiem z zewnątrz, co stwarzało zagrożenie moralne: mogli realizować własne projekty ideologiczne i polityczne bez obawy o poważne konsekwencje. Zaabsorbowanie Washingtonu własną polityką wewnętrzną, ignorowanie niuansów regionu i wyolbrzymione obawy przed postępami Chin i Rosji sprawiły, że Stany Zjednoczone stały się łatwym celem dla manipulujących lokalnych mocarstw. W rezultacie, przez dekady wielokrotnie nie udało im się skutecznie powstrzymać Izraela ani powstrzymać arabskich sojuszników przed przyjęciem polityki, podważającej deklarowane cele USA. Ci rzekomi sojusznicy zignorowali krytykę swoich destrukcyjnych interwencji w Libii, Sudanie, Syrii i Jemenie. Niemal wszyscy aktywnie sprzeciwiali się porozumieniu nuklearnemu z Iranem z 2015 roku, które, jak miała nadzieję administracja Obamy, miało pomóc w stabilizacji regionu. A w 2017 r. blokada Kataru, przeprowadzona przez Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) i Arabię Saudyjską poważnie podważyła jednolity front przeciwko Iranowi, jakiego wymagała kampania „maksymalnej presji” Trumpa.
Powstania w latach 2010–2011 popchnęły rządy arabskie do nowych form interwencjonizmu, po części dlatego, iż utraciły one zaufanie do zdolności i woli Stanów Zjednoczonych do reagowania na to, co uważały za pilne zagrożenia. Autokratyczni sojusznicy, którzy już wcześniej obawiali się potencjalnych zamachów stanu i buntów ludowych, teraz postrzegali je jako nieuchronną rzeczywistość, stawiając czoła wyzwaniom ze strony wspieranych przez Iran grup szyickich, ruchów islamistycznych i dżihadystycznych oraz młodych aktywistów liberalno-demokratycznych. Obserwując błyskawiczne rozprzestrzenianie się protestów, reżimy te zrozumiały, że zagrożenie wewnętrzne może pojawić się wszędzie, nawet poza ich granicami. A kiedy w 2011 roku doszło do obalenia egipskiego prezydenta Hosniego Mubaraka, doszły do wniosku, że nie mogą liczyć na Stany Zjednoczone w kwestii ochrony przed wyzwaniami wewnętrznymi. Jeśli chciały zapewnić sobie przetrwanie, musiały same wyjść i powstrzymać zagrożenie. Ich ingerencja wielokrotnie przynosiła jednak katastrofalne skutki, przyczyniając się do wojskowego zamachu stanu w Egipcie i kilku wojen domowych.
Ten amerykański porządek zachęcił Iran i Izrael do prowadzenia destabilizującej polityki, ale każdy z nich na swój sposób. Reżim irański przyjął zewnętrzną wrogość za pewnik i odpowiednio zaprojektował swoją strategię przetrwania. Rząd był w dużej mierze niewzruszony sankcjami USA i międzynarodowymi, które zubożały społeczeństwo, a jednocześnie wzmocniły pozycję członków reżimu, kontrolujących czarny rynek. Przez dekady Iran zgromadził i zbroił sieć niepaństwowych sojuszników, którzy prosperowali na ruinach wojen amerykańskich, izraelskich i saudyjskich. Odcięty od dostępu do amerykańskiej i europejskiej technologii wojskowej, Iran zainwestował w tanią produkcję, rozwijając drony i tanie pociski balistyczne, które mogłyby przeciwdziałać technologicznie zaawansowanym i niezwykle drogim systemom rywali. Podobnie jak większość innych państw w regionie, irańscy przywódcy szybko tłumili protesty, obawiając się, że za tym, co w rzeczywistości było autentycznym wybuchem niezadowolenia społecznego, stoi ukryta obca ręka.
Izrael ze swojej strony cieszył się najmocniejszymi amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa. Choć jest to kraj demokratyczny, przynajmniej dla obywateli żydowskich, premierzy tego kraju często wpadali w pułapkę podobną do tej, w którą wpadają autokratyczni sojusznicy Stanów Zjednoczonych. Przewaga militarna Izraela i wiara w amerykańskie wsparcie pozwoliły jego przywódcom przedkładać utrzymanie koalicji rządzących i odpieranie wewnętrznych zagrożeń politycznych nad poważne zajęcie się kwestią palestyńską czy złagodzenie niestabilności regionalnej. Jednak gdy ataki z 7. października zburzyły samozadowolenie, a odpowiedzią Izraela była eskalacja działań militarnych. Izrael wykazał się coraz większym nadużyciem siły w całym regionie i umocnił swoją okupację wojskową w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu, a nawet w niektórych częściach Libanu i Syrii.
Jednym z powodów, dla których amerykański porządek przetrwał tak długo, było to, iż leżące u jego podstaw porozumienia w sprawie bezpieczeństwa nigdy nie zostały w pełni przetestowane. Przywódcy regionu bez końca narzekali na poczucie opuszczenia, ale nigdy nie zachowywali się tak, jakby opuszczenie było realną możliwością. Przez lata wojna międzypaństwowa również nie stanowiła szczególnie poważnego zagrożenia. Izrael regularnie bombardował Gazę i Liban, ale żadne państwo arabskie, sprzymierzone ze Stanami Zjednoczonymi nie obawiało się izraelskiego ataku. Iran był jednym z głównych źródeł ich obaw, ale nawet bezpośredni atak Iranu wydawał się niezwykle mało prawdopodobny. Pośrednie ataki irańskich pełnomocników jedynie wzmocniły głębokie przekonanie, że amerykański prymat militarny jest tak oczywisty i przytłaczający, iż Iran nie będzie go kwestionował. To przekonanie zaczęło się chwiać w 2019 roku, kiedy Stany Zjednoczone nie odpowiedziały na atak na saudyjskie rafinerie ropy naftowej, przypisywany Iranowi, a także po atakach dronów Houhti na Zjednoczone Emiraty Arabskie w 2022 roku. Regionalna architektura bezpieczeństwa pozostała nienaruszona, ale zaczęły pojawiać się na niej pęknięcia. (Cdn.)
Marc Lynch,
Tłum. Andrzej Filus
MARC LYNCH jest profesorem nauk politycznych i spraw międzynarodowych na Uniwersytecie George’a Washingtona oraz autorem książki America’s Middle East: The Ruination of a Region.
Za: Foreign Affairs

