InneWyróżnione

HIROSHIMA x 81: SCOTT RITTER — Niech nam to przypomni

Pozwalając, aby amerykańska postawa nuklearna przesunęła się z odstraszania na prowadzenie działań wojennych, gwarantujemy jedynie, że w końcu dojdzie do scenariusza działań wojennych z użyciem broni jądrowej. A wtedy wszyscy zginiemy.

 

Pomysł zły, albo jeszcze gorszy

Stany Zjednoczone są obecnie w trakcie przeprojektowywania swojej postawy nuklearnej, aby uczynić użycie taktycznej broni jądrowej na wczesnych etapach konfliktu oficjalną doktryną. To zły pomysł.

Dzisiaj mija 81. rocznica ataku atomowego USA na Hiroshimę. Niech Hiroshima przypomni nam, jak zły to był pomysł.

Prawie dwa lata po tym, jak Consortium News opublikowało artykuł mojego autorstwa zatytułowany Na autostradzie do piekła. W tym artykule ostrzegałem przed zagrożeniami, jakie pojawiają się, gdy Stany Zjednoczone zmieniają swoją postawę nuklearną z czysto defensywnej na taką, w której zasady nuklearnego wyprzedzenia są otwarcie głoszone.

Zauważyłem również, iż zagrożenia związane z tą transformacją gwałtownie wzrosły w świecie pozbawionym ograniczeń, związanych ze znaczącą kontrolą zbrojeń.

Napisałem wówczas:

„Pozwalając, aby postawa nuklearna Stanów Zjednoczonych zmieniła się z odstraszania na działania wojenne, gwarantujemy jedynie, że w końcu dojdzie do scenariusza wojny, w którym Stany Zjednoczone użyją broni jądrowej. A wtedy wszyscy zginiemy. Jesteśmy dosłownie na „autostradzie do piekła”.

Dziś, w 81. rocznicę zrzucenia przez Amerykę bomby atomowej na japońską Hiroshimę, niezwykle ważne jest, abyśmy wspólnie ponownie rozważyli tę kwestię.

W momencie pisania tego tekstu żyliśmy w świecie, w którym panowały pewne założenia, z jakich pierwszym było to, iż Stany Zjednoczone dysponują wystarczającą konwencjonalną siłą militarną, aby zapobiec pokusie nuklearnego ataku wyprzedzającego na taktycznym poziomie konfliktu.

Krótko mówiąc, Stany Zjednoczone mogły – jak czyniły to niemal nieprzerwanie od zakończenia II wojny światowej – rozpocząć wojnę konwencjonalną z narodami świata i nawet jeśli poniosłyby polityczną klęskę (np. w Wietnamie i Afganistanie), zachowałyby wystarczającą konwencjonalną siłę militarną, aby zapobiec konsekwencjom egzystencjalnej porażki militarnej.

W związku z tym, mówiąc o wojnie nuklearnej, mówiło się o konflikcie mocarstw – między Stanami Zjednoczonymi a Rosją lub Chinami.

Nawet gdyby taki konflikt wybuchł, zawsze żywiono nadzieję, że konsekwencje takiego potencjalnie egzystencjalnego zaangażowania będą tak przerażające, iż racjonalni aktorzy po obu stronach konfliktu będą dążyć do ograniczenia jego zakresu i skali, unikając niemal pewnych, fatalnych skutków eskalacji.

 

Kontrola zbrojeń jest martwa

Dwa lata temu istniała również fasada kontroli zbrojeń, skorodowana struktura porozumień, które, choć chwiejne, dawały przynajmniej nadzieję, o ile można było sobie wyobrazić tchnięcie nowego życia w starą koncepcję, napędzaną pilną potrzebą chwili.

Dziś stoimy w obliczu dwóch trudnych realiów.

Po pierwsze, kontrola zbrojeń umarła. Nie ma już żadnych traktatów, na których moglibyśmy pokładać fałszywą nadzieję na racjonalne zachowanie naszego kolektywnego przywództwa.
Co więcej, wydaje się, że deklarowane mocarstwa nuklearne nie wykazują żadnej skłonności do ponownego zaangażowania się w tę kwestię – era cywilizowanych narodów, dążących do opanowania najbardziej nikczemnych konsekwencji rozwoju technologicznego dobiegła końca. Wydaje się, iż zaakceptowaliśmy użyteczność wojny nuklearnej, nie przyznając się szczerze do jej konsekwencji.

Niech Hiroshima będzie tego przypomnieniem.

Po drugie, era amerykańskiej konwencjonalnej dominacji militarnej dobiegła końca. Nieudana wojna z Iranem utwierdziła nas w tym przekonaniu. Dziś Stany Zjednoczone zmuszone są zmierzyć się z rzeczywistością, że machina wojenna, którą zbudowały w ciągu ostatnich 35 lat od upadku Związku Radzieckiego – ogromnym kosztem finansowym i nakładem pracy – jest dosłownie Linią Maginota, przewartościowanym gmachem wojny, która już nie istnieje.

Stany Zjednoczone zbudowały armię opartą na idei „szoku i grozy”, napędzanego technologią dinozaura, którego celem jest zastraszanie, a nie dominacja. Dosłowny słomiany zapał.

 

Iran musiał tylko przeczekać

Zbudować system, zdolny do wchłonięcia niszczycielskiej siły samoograniczającego się „supermocarstwa” i utrzymać się, dopóki kosztowna machina wojenna, tak pieczołowicie stworzona przez amerykańskich przemysłowców zbrojeniowych w celu maksymalizacji zysku ponad wydajność, nie wyczerpie się.

A dokładniej, skończyła im się amunicja.

Aby utrzymać pozory zdolności militarnej, amerykańscy planiści wojenni, kierujący się narcystycznymi popędami człowieka, jaki przedkładał podtrzymywanie kultu jednostki nad dobro narodu, któremu przewodził, obnażyli potencjał bojowy sił zbrojnych USA na Pacyfiku (w starciu z Chinami) i w Europie (w starciu z Rosją).

„Era cywilizowanych narodów, dążących do panowania nad najbardziej podstawowymi konsekwencjami rozwoju technologicznego dobiegła końca”.

Stany Zjednoczone stoją dziś w obliczu rzeczywistości, iż nie tylko nie są w stanie prowadzić skutecznych konwencjonalnych operacji wojskowych przeciwko Iranowi, ale także nie są w stanie wystawić żadnych znaczących konwencjonalnych sił zbrojnych przeciwko potencjalnemu zagrożeniu militarnemu ze strony Chin lub Rosji.

Dzieje się tak w czasie, gdy polityka USA prowadzi nas ku prawdopodobieństwu konfliktu z Chinami o Tajwan i możliwości bezpośredniego konfliktu z Rosją o Ukrainę.

W obliczu nieuchronności konwencjonalnej porażki militarnej w każdym z tych scenariuszy, administracja prezydenta Donalda J. Trumpa podjęła się przeglądu amerykańskiej polityki nuklearnej, mając na celu ułatwienie Stanom Zjednoczonym użycia taktycznej broni jądrowej we wczesnych fazach ewentualnej przyszłej wojny z Rosją lub Chinami.

To oczywiście dokładnie odwrotny kierunek, w jakim powinniśmy podążać w obecnych warunkach.
Niech Hiroshima będzie tego przypomnieniem.

Nie ma większej niż obecna chwila potrzeby na kojący balsam kontroli zbrojeń nuklearnych. Fakt, że Stany Zjednoczone świadomie wkroczyły na „Drogę do Piekła”, skazuje resztę świata – a zwłaszcza Rosję i Chiny – na dołączenie do nas.

Jeśli wielkie umysły Ameryki wydają się nieczułe na nieuchronność nuklearnego Armagedonu, zaślepione konsekwencjami upadku Imperium i chęcią utrzymania władzy bez względu na konsekwencje, to źródło nowego i nowatorskiego myślenia o kontroli zbrojeń musi pochodzić skądinąd – z Rosji i Chin.

Bo w wojnie nuklearnej nie będzie zwycięzców. Cel, do którego dotrze „Autostrada do piekła”, doprowadzi do globalnej katastrofy. Niech Hiroshima nam o tym przypomni.

Scott Ritter,

Tłum. Andrzej Filus

Specjalnie dla Consortium News

 

Scott Ritter jest byłym oficerem wywiadu Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, który służył w byłym Związku Radzieckim, wdrażając traktaty o kontroli zbrojeń, w Zatoce Perskiej podczas operacji Pustynna Burza oraz w Iraku, nadzorując rozbrojenie broni masowego rażenia. Jego najnowsza książka to Autostrada do piekła, wydana przez Clarity Press.

 

(Visited 1 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *