Dwie republiki i monarchia. Dlaczego popieram wszystkie trzy… ale wybrałem życie w monarchii (2)
Dlaczego popieram (umierającą) Republikę Amerykańską
Amerykański eksperyment – kolejna rewolucyjna republika demokratyczna – był również świetnym pomysłem. Choć większość jej przywódców stanowili deiści i masoni, nie wszyscy byli całkowicie pozbawieni cnót. Klasyczny deizm głosił, że człowiek jest namiestnikiem dobrego, lecz zdystansowanego Boga, który daje nam pełną swobodę rządzenia światem według własnego uznania, bez nadziei ani lęku przed Jego interwencją. Obowiązkiem władcy, argumentowali deiści, jest rządzenie cnotliwe, tak jak rządziłby Dobry Bóg, gdyby nami rządził – czym, na dobre i na złe, nie jest, ponieważ po stworzeniu kosmosu ulotnił się i od tamtej pory nie dał o sobie znać.
Amerykański eksperyment obejmował „systemy kontroli i równowagi”, mające na celu zapobieganie przekształcaniu się władzy w despotyzm, co jest w jego zwyczaju. Najważniejszym z nich była Karta Praw. Nawet dzisiaj, gdy system amerykański stoi na krawędzi upadku, szczątkowe zrozumienie Karty Praw powstrzymało amerykańskie władze przed więzieniem ludzi, poszukujących prawdy o II wojnie światowej, jak to się dzieje w wielu państwach wasalnych Wuja Sama.
Mój przyjaciel, filozof katolicki, Peter Simpson, przekonująco argumentuje, że system amerykański nigdy tak naprawdę nie zdołał powstrzymać nadużyć władzy, ponieważ został „stworzony na porażkę” przez federalistów, którzy potajemnie opowiadali się za tyranią. Tak czy inaczej, uważam, iż połączenie Karty Praw i systemu konkurujących ze sobą gałęzi władzy (obok konkurujących ze sobą władz federalnych, stanowych i lokalnych) ma wystarczająco dużo zalet, aby je wzmocnić, a nie porzucić. Innymi słowy, zamiast porzucać tradycję i Konstytucję na rzecz króla Trumpa, rewolucyjnego socjalizmu czy czegokolwiek innego, poparłbym powrót do bardziej tradycyjnego systemu amerykańskiego poprzez rygorystyczne stosowanie Konstytucji i Karty Praw. Powinniśmy unieważnić wszystkie niekonstytucyjne uprawnienia, zwłaszcza uprawnienia do prowadzenia wojny, które prezydent ukradł; położyć kres absurdalnej praktyce „rozporządzeń wykonawczych” o mocy prawnej (tylko Kongres może stanowić prawo); powrócić do tradycyjnego rozumienia, że władze lokalne i stanowe są w pełni równe lub mają nadrzędną pozycję wobec władz federalnych; przywrócić konstytucyjną walutę poprzez nacjonalizację nieuczciwie zdobytych zysków kartelu lichwiarskiego pod wodzą Rothschildów, stojącego za tzw. „Rezerwą Federalną” (która nie jest ani federalna, ani nie posiada żadnych rezerw); przywrócić moc Karcie Praw; i ogólnie obalić niekonstytucyjną oligarchię, która potajemnie zastąpiła konstytucyjne rządy demokratyczno-republikańskie w Ameryce.
Dlaczego lubię też monarchię w stylu marokańskim
Oligarchia, która w dużej mierze obaliła konstytucyjne rządy w Ameryce, jest niewiarygodnie zła, jak pokazują akta Epsteina. (Te akta, oczywiście, to tylko wierzchołek przysłowiowej góry lodowej).
Życie pod tak złym reżimem stawało się coraz bardziej nieznośne, co jest jednym z powodów, dla których przeprowadziłem się do Maroka w 2023 roku. Ponieważ właśnie wychwalałem dwie republiki, jedną żyjącą i jedną umierającą, wyjaśnię teraz moje generalnie pozytywne wrażenie na temat monarchii w stylu marokańskim i dlaczego wolę ją znacznie bardziej niż większość innych monarchii, takich jak te w Wielkiej Brytanii i państwach Zatoki Perskiej.
Po pierwsze, aby zrozumieć monarchię Maroka, trzeba zrozumieć, iż ma ona dwa główne korzenie historyczne. Po pierwsze i co najważniejsze, jest to następca serii monarchii, które rządziły tą częścią świata, północno-zachodnim zakątkiem Afryki (czasami obejmującym Półwysep Iberyjski) od założenia dynastii Idrysydów w 788 roku.
Monarchia Maroka reprezentuje ponad 1200 lat ciągłości historycznej. To niezwykle bogate dziedzictwo cywilizacyjne. Gdyby Marokańczycy zdecydowali się naśladować mieszkańców Zachodu, zastępując swoją monarchię świeckim systemem demokratyczno-republikańskim po uzyskaniu niepodległości od francuskich i hiszpańskich kolonizatorów w 1956 roku, odcięliby się od własnych tradycji i źródeł swojej tożsamości.
Drugim źródłem baraki (energii błogosławieństwa) i legitymizacji monarchii marokańskiej jest jej identyfikacja z antykolonializmem w osobie króla Mohammeda V, centralnego symbolu walki o niepodległość. Zdegradowany przez europejskich okupantów do roli figuranta, ówczesny sułtan Mohammed V wygłosił w Tangerze w 1947 roku historyczne przemówienie, wzywając do niepodległości i jedności z wkrótce dekolonizującym się światem arabskim. Ten niezwykły król, jedna z najważniejszych postaci powojennego ruchu antykolonialnego, który uwolnił Globalne Południe spod europejskiego kurateli, był niewątpliwie decydującym czynnikiem w decyzji Maroka o pozostaniu monarchią.
Marokańska monarchia reprezentuje zatem ciągłość zarówno głębokich korzeni historycznych narodu, jak i jego narodzin jako nowoczesnego państwa w epoce antykolonialnej. Ta historyczna ciągłość w dużej mierze wyjaśnia, dlaczego rządy Maroka po odzyskaniu niepodległości wypadają korzystnie w porównaniu z maghrebskimi sąsiadami, takimi jak Algieria i Tunezja, które poczyniły zbyt wiele ustępstw na rzecz europejskiej nowoczesności, przekształcając się w stosunkowo świeckie republiki, zdominowane przez wojsko.
Monarchia w stylu marokańskim jest urzędem religijnym. Góry w całym Maroku są pomalowane hasłem: Allah, al-watan, al-malik (Bóg, ojczyzna, król). Ludzie szybko wmawiają nam, że to właściwa kolejność: Bóg jest na pierwszym miejscu, naród na drugim, a król na trzecim. (Cdn.)
Na zdjęciu: Muhammad VI
Dr Kevin Barrett,
6. lutego 2026
Tłum. Andrzej Filus

