Entropia – Tomasz Garncarek – cz.3
Miejscówka, w której moja rodzina prowadziła swoje interesy położona była na obrzeżach miasta. Kiedyś, w dawnych czasach stały tu różne wtryskarki, obrabiarki do piórników, kosmicznych pojazdów i rycerzyków z Gwiezdnych Wojen. Maszyny te były bogato upstrzone gołymi babami z wielkimi cycami w różnych pozach, umieszczanymi tam przez pracowników. W dobie Internetu, kiedy w sieci bez problemu można wyszukać sobie dowolnego pornusa dla dowolnie zorientowanego zboczeńca jest to prawie nie do pomyślenia. Wtedy jednak, w latach osiemdziesiątych, interaktywna rozrywka była jeszcze ciągle bardziej związana z codziennością. Gołe dupy widniały na długopisach. Można było, ustawiając długopis pod określonym kątem, dowolnie rozbierać i ubierać jędrną dziewuchę. Obracając wymyślną pocztówkę, podobnie, udawało się roznegliżować kuszącą Azjatkę z bambusową parasolką w dłoni. Cycate blond Samanty zdobiły breloczki do kluczy – przebój podstawówki. Te ostatnie zostały w końcu częściowo wyparte przez pomysłowe elektroniczne urządzenia dla zapominalskich. Jeśli komuś zapodziały się gdzieś w domu kluczyki wystarczyło, że zagwizdał, a zguba odpowiadała mu cybernetycznie wygenerowanym sygnałem. Lata osiemdziesiąte cechowało zachłyśnięcie się masowym postępem. To wtedy pojawiły się pierwsze ogólnie dostępne zdalnie sterowane samochody. Kiedy solidarnościowi działacze gnili w kazamatach służb bezpieczeństwa, mój ojciec opracowywał bardziej wyrafinowaną taktykę walki z systemem totalitarnym. Zamiast bibuły, umieszczał wywrotowy przekaz na okładkach do zeszytów, które produkował. Sportowe, luksusowe samochody, fantastyczny dobrobyt stymulowały wyobraźnię nastolatków, nie burząc sadzawki cenzury. I to właśnie ci młodzi ludzie niedługo potem dokonali przewrotu.
Wiele lat później spadkobierca fortuny, Czesław Stonoga, doprowadził do częściowego przekształcenia firmy ojca. Zrobił to w duchu postępu i rozwoju. Polegało to, między innymi, na znacznym poszerzeniu przestrzeni biurowej i oddzieleniu jej od reszty zakładu. Sam gabinet Stonogi był wielkości średniej hali produkcyjnej. Stonoga z reguły tam nie bywał. Nie miał na to czasu ani ochoty. Był hipsterem. Wraz ze standardem warunków pracy zwiększył się również dystans pomiędzy właścicielem a robotnikiem. Malało zaangażowanie tego pierwszego. Kapitalizm kręcił się jak perpetum mobile. O to w nim chodziło – o wywalczenie sobie maksimum wolnego czasu. Wzrosła alienacja. Relacje nabrały bardziej formalnego, zdystansowanego charakteru. Można było oczekiwać, że w niedalekiej przyszłości powróci stara, dobra, polska tradycja czapkowania. Stonoga maskował swoje orientacje światopoglądowe, przybierając strój awangardowego artysty-outsidera. Jechali na przykład z podobnymi do siebie przyjaciółmi do lasu budować dom z gliny i słomy. Ale jak się przyjrzeć, w koło, między drzewami zaparkowane były same luksusowe bryki. Wszyscy wracali następnie do wygodnych, podmiejskich rezydencji odpocząć po życiu. Wpasowałem się w ten krajobraz. Dyskretny szum klimatyzatorów, ekspres do kawy i widok na starannie przystrzyżone krzaki z okien biura. Niekiedy Stonoga przebąkiwał ojcu, że mam oddać klucze, bo wprowadzam wśród pracowników marksistowski ferment. Zastanawiałem się, kto mu doniósł. Dopiero później uświadomiłem sobie, że we wszystkich pomieszczeniach były zainstalowane kamery, rejestrujące każdy krok w zakładzie.
Szkoła
Podjąłem studia doktoranckie. Na pierwszy rzut oka uderzyła mnie różnica pomiędzy uczelnią zachodnioeuropejską, gdzie zdobyłem wstępną, standardową edukację, a jej polskim odpowiednikiem. Otóż toalety nie były pokryte społeczno-politycznymi w wymowie, krytycznymi uwagami korzystających z nich studentów – zamiast tego polskie toalety świeciły schludną, sterylną czystością. Na korytarzach nie były porozwieszane ulotki o wymowie anarchistyczno-komunistycznej. Ścian nie pokrywały graffiti. Żadne tam sierpy i młoty. Zamiast tego schludne obrazki – święty ksiądz filozof Kirszner na przykład. Przez ten rok, który tam spędziłem odbyła się tylko jedna konferencja naukowa. Jej temat mówi za siebie – Bóg mistyków, Bóg filozofów. Przed wejściem do budynków uczelnianych nigdy żaden aktywista marksistowski nie zaczepiał cię agitując za jakąś ważną społecznie sprawą. Zamiast tego grzeczni studenci zbierali się po regularnych lekcjach na zajęcia różnych kółek naukowych. Zero manifestacji na ulicach. Haseł – przecz z kapitałem. Cisza. Czas. Kant. Abstrakcja. Neutralna ansliza strukturalna.
Udałem się na zajęcia do niejakiej profesor Buchmańskiej. Buchmańska na dzień dobry dała mi z dumą do przeczytania kilkuset stronicowe opracowanie sowjego autorstwa, w języku angielskim, wydane przez jakiś pomniejszy amerykański uniwersytet. Wykłady miały wymiar seminaryjny. Każdy z uczestników przedstawiał wyniki swoich dociekań. Siadał za biurkiem, poprawiał okulary, rzucał jakiś akademicki żart, z którego wszyscy się po akademicku śmiali. Przybierał naukową pozę i referował. Potem przychodziła dyskusja. U tej Buchmańskiej właśnie poruszony został problem natury epistemologicznej. Prelegent, za jakimś znanym francuskim filozofem, utrzymywał, że Ludwik Pasteur wymyślił sobie bakterię Wąglika, żeby „wynaleźć“ na nią następnie szczepionkę, i zrobić w konsekwencji karierę naukową. Pani Buchmańska klasnęła w rączki – tak jej ta nowoczesna teoria przypadła do gustu.
„Zaraz“, przerwałem entuzjazm, „czy przypadkiem w ten sposób nie możemy dojść również do wniosku, że holokaust wymyślono sobie, żeby pewni historycy mogli zrobić kariery naukowe i tym podobne?“
„Proszę zamilknąć, nie udzieliłam panu głosu“, zagrzmiała Buchmańska.
„Chwila, chwila“, powstrzymałem ją, „to jest instytucja publiczna, opłacana z podatków obywateli a nie pani prywatne mieszkanie. Będę mówił to, co mi się podoba, i kiedy będę chciał.“
Buchmańska zrobiła się blada, a potem zielona. Zagryzała wargi, które jej posiniały. Nie była przyzwyczajona do niesubordynacji. Pochodziła ze starej polskiej rodziny, gdzie wieki dyscypliny dawno uporały się z krnąbrnością parobka. Z pomocą przyszedł jej dupoliz-asystent – Hans Maria Mariański. Uśmiechnął się do mnie ironicznie, załamał ręce, w jednej z których dzierżył długopis, który z symulowanego wrażenia zsunął mu się po palcach na blat stolika, przy którym siedział. Popatrzył następnie po kolegach. A że lekcja dobiegła końca, zdjął z wieszaka swój czarny kapelusz z dużym rondem, przywdział długi czarny płaszcz flauszowy, i ukłonił się w pas, nie zwracając już na mnie uwagi i kiwając głową pobłażliwie:
„Do widzenia pani profesor.“
Powrót Hanki
Minęło półtora roku. Wtedy odezwała się do mnie Hanka. Była jedną z tych lal, które czarowałem bez skutku w galerii na Brunatnej kilkanaście miesięcy temu. Obserwowałem nieco z musu jej perypetie. Błażej, narzeczony z boysbandu, wstawiał co jakiś czas ich wspólne foty na fejsa. Stąd docierały do mnie szczątkowe informacje o jej dotychczasowej karierze. A to miesiąc miodowy w Bombaju. A to szczęśliwe pedałowanie na rowerach wodnych, w bikini, spaleni słońcem na Mazurach. Gość, kiedy go spotykałem, cały w skowronkach informował mnie, że leci właśnie do Hanki. Że Hanusia to, Hanusia tamto. Srusia dupusia. W międzyczasie pochłaniał batoniki, kupował lody z automatu, popijał colą i zagryzał burgerem z donalda. Wsłuchiwał się w gównianą muzykę na skwerze na Piotrkowskiej podczas dorocznego festynu z watą cukrową i Ich pięcioro.
Siedziałem wtedy w wypasionej willi mojego brata Czesława na wsi. Lato w pełni. Cykały cykady za oknem. Pachniały świerki żywicowym musem. Czesław był w tym czasie z pielgrzymką gdzieś na jachtach nad morzem śródziemnomorskim. Dziwiłem się, że Hani i Błażeja z nim nie ma, bo do tej pory cała paczka się nie rozstawała. Podałem Hance przez facebooka namiary do mnie, oraz mój numer telefonu, gdyby nie mogła trafić. Zjawiła się prawie natychmiast. Wyskoczyła z nowego, srebrnego saaba. Zabujała się na długich szpilkach. Czarne, obcisłe leginsy ze złotymi guzikami opinały dość wydatne uda. „O Chryste!“ przeraziłem się. Ciągnęła przez podwórko jak kaczka. Z kieszeni wystawały jej pojemniki z napojami wyskokowymi. Dwie puszki z drinkami – gin and tonik. Posadziłem ją na kanapie. Skręciłem jointa. Była studentką, kończącą właśnie szkołę plastyczną. Jej dyplomowy projekt artystyczny zafascynował mnie od razu. Hanna studiowała przez wiele lat na wydziale tkaniny. Jeden rok nawet powtarzała – ponieważ z reguły zajmowała się czymś innym. Sądząc po jej profilu fejsbooka opróżnianiem bardzo dużych kufli piwa bądź kielichów winiasza – ewidentnie nie miała czasu na tkactwo. W istocie nie miała na nic czasu. Na szczęście z pomocą przyszła mamunia. Z racji stanowiska, zajmowanego w świecie mody przyszła dziecku z pomocą. Hanka wymyśliła zatem, że jej dyplomowym projektem artystycznym będzie instalacja. Polegało to na połączeniu ubioru z meblem. Na przykład fartuszek kuchenny, który mógł usztywnić się po naciśnięciu guziczka, podnieś, i stać się podręcznym stoliczkiem. Albo to – futro z norek, które miało w tylnej części wbudowany składany fotel. Nosiło się ten sprzęt wkomponowany w okrycie wierzchnie. Był z bardzo lekkiego metalu, więc o prawie nie odczuwalnym ciężarze. Genialna dziewczyna, pomyślałem sobie. Ten jej pomysł kompleksowego mixu natychmiast mnie olśnił. Całkiem zgrabnie pomieszała tak niepasujące i dalekie od siebie rzeczy jak mebel i ciucha. Stworzyła z nich jeden, organiczny twór. To było genialne.
Od razu wyjaśniłem jej, jakie to może nieść za sobą implikacje natury obyczajowo politycznej. Stół czy inny solidny w sumie mebel, jako reprezentacja osiadłego stylu życia, doskonale odnosił się do kręgu kulturowego zachodu. Jednak stół tekstylno-przenośny, niczym namiot, w swej niestałej zwiewności przynależały raczej gatunkowo do koczowniczych, przemieszczających się nomadów z Bliskiego Wschodu. Cyganów ewentualnie. Dywan, namiot, turban, domostwo Świętej Rodziny wiezione na osiołku. Te dwa typy kulturowe – nomadzi i osiadli – były od wieków skłócone. Od czasów, co najmniej, Hannibala. Hanna miała szansę popchnąć naprawdę epokowy projekt artystyczny. Jej pomysł stanowił klasyczną odmianę konceptualizmu. Potrzebny był jej tylko manifest, wyjaśniający całą sprawę. Należało w nim napisać, że taka a taka artystka Hanka ma dosyć wojny w Zatoce Perskiej, dosyć WTC, że pragnie pokoju na świecie – zgody pomiędzy narodami i rasami. Osiadłym Zachodem i koczowniczym Bliskim Wschodem.
„To świetne!“ zawołałem szczerze zachwycony.
„No tak, i znam jeszcze kino Godarda, mój wujek napisał książkę o Ordonównie, a moja ciocia współpracowała z Parandowskim,“ dodała.
Spotkaliśmy się z Hanką znowu, na drugi dzień. Obejrzeliśmy razem trudny film artystyczny, a ona kumała co jest grane. Jednocześnie miała te swoje szpilki na sobie. Uśpiła moją czujność. Siedzieliśmy obok siebie na sofie. Podałem jej fifkę z pojarą Czesława.
„W weekend nie będziemy mogli się spotkać“, wycedziła naraz przepraszająco, „Błażej wraca z Otwocka. Z roboty. Muszę pobyć z mężem, rozumiesz. Co za nudy!“


Fajnie kolejny odcinek. Zabieram się za czytanie.
Dziękuję.