Getto pozorny azyl Żydów (4)
Jeśli na małym obszarze powstało wielkie miasto, mogło ono wytwarzać, ale potrzebowało również towarów niezbędnej potrzeby. Tak narodził się przemyt, by żyć trzeba było sprytu, trzeba było kombinować. Przemyt w znacznym stopniu pokrzyżował plany Hitlera, mające na celu szybkie zagłodzenie getta warszawskiego. Kiedy w kwietniu 1941 roku delegacja z getta warszawskiego zwróciła się do Urzędu Gubernatora Warszawy z prośbą o zezwolenie na sprowadzenie określonej ilości mleka dla dzieci, powiedziano im, że Żydzi są przemytnikami i handlarzami na czarnym rynku, a zatem mają wszystko, czego potrzebują. Cały przepływ kontrabandy – dziesiątki samochodów i furmanek dostarczających codziennie setki i tysiące worków z żywnością i surowcami – pokrywał zaledwie ułamek normalnych potrzeb półmilionowej populacji getta. Według szacunków prasy podziemnej połowa mieszkańców getta warszawskiego dosłownie umierała z głodu, 30% „po prostu głodowało”, 15% było niedożywionych, a tylko 5% żyło w dostatku, niektórzy nawet lepiej niż przed wojną. Paczki żywnościowe, które mogli otrzymywać mieszkańcy getta, nie ułatwiały sprawy. Takie paczki z prowincji, gdzie zaopatrzenie w żywność było lepsze niż w Warszawie, a także z zagranicy, dawały szansę na uniknięcie głodu. W skali getta nawet to było zaledwie kroplą w morzu. Hurtowy przemyt, podobnie jak podziemny przemysł, opierał się na zasadach kapitalistycznych, z nieuniknionymi sprzecznościami klasowymi i walkami klasowymi, które wybuchały nawet w wyjątkowych warunkach getta. (Według ekonomisty Maxa Winklera, który mieszkał w getcie, stowarzyszenie szczotkarzy zwróciło się do agentów Gestapo o pomoc w walce z żydowskim związkiem robotniczym). Wśród osób zarządzających gospodarką getta prawie nie było przedwojennych kapitalistów, z których większość nie potrafiła przystosować się do nowych warunków. Ich majątek – fabryki i sklepy – został przejęty przez Niemców lub splądrowany przez polskich wspólników. W najlepszym razie przedwojennym bogaczom udało się uratować kilka cennych przedmiotów, które teraz stopniowo konsumowano. Getto warszawskie stało się ogólnopolskim centrum nielegalnych transakcji walutowych. Spekulanci – przede wszystkim urzędnicy miejscy i polscy policjanci mający dostęp do getta – wykorzystywali panującą sytuację ekonomiczną, gdy ludzie w trudnej sytuacji gorączkowo wyprzedawali resztę swojego majątku, a każdy, kto planował ucieczkę z getta, wymieniał rzeczy na „twarde” (dolary w złocie), „miękkie” (dolary papierowe) i „świnie” (złote ruble), bez których nie sposób było nawet pomyśleć o przeprowadzce. Czarna Giełda w Getcie Warszawskim decydowała o kursie dolara w całym kraju.
W notatkach pozostawionych przez zmarłych mieszkańców getta wielokrotnie pojawia się życzenie wzniesienia po wojnie pomnika ku czci „nieznanego przemytnika”. Napływ kontrabandy do getta nie ograniczał się do bram. Początkowo, gdy granica getta przebiegała wzdłuż dachów, przemycano ją nocą przez dziury wybite w ścianach domów i ukryte za meblami po obu stronach. Sygnały ostrzegawcze podczas akcji dawali żydowscy i polscy policjanci, których obecność na ulicach nocą nie wzbudzała podejrzeń Niemców. Specjalnymi rurociągami transportowano mleko ze zbiorników po „aryjskiej stronie” do kranów w getcie. Zboża, mąkę i cukier przelewano rynnami. Trudności z przemytem znacznie wzrosły po tym, jak Niemcy przenieśli granicę getta na środek ulic, oznaczając ją metrowym ogrodzeniem z drutu kolczastego, a w niektórych miejscach trzymetrowym drewnianym płotem. Później wzniesiono mur ceglany. Ogrodzenia pilnowały posterunki polskiej policji i patrole niemieckie. Nocą przemycano towary przez drut kolczasty, wycinając niekiedy przejście o szerokości metra lub dwóch. Praca wzdłuż drutu przebiegała szybko: setki worków cukru lub zboża przerzucano w kwadrans, po czym towar natychmiast znikał w głębi getta. Pojawienie się niemieckiego patrolu „na horyzoncie” tylko przyspieszało tempo przemytu. Nawet krowy przemycano do getta przez szczeliny w drucie kolczastym. Najbardziej bezwzględni przemytnicy pracowali również w ciągu dnia, doprowadzając do rozpaczy żydowskich i polskich policjantów z nimi współpracujących. Gdy pojawiał się niemiecki patrol, przemytnicy znikali natychmiast, zmuszając policję do składania wyjaśnień pod groźbą broni. Prawie wszystkie wozy i samochody były wyposażone w kryjówki: uprzęże, hamulce i reflektory służyły do przewożenia kontrabandy. Znaleziono sposób na import koni na rzeź: dwa wozy, każdy zaprzężony w dwa konie, wjeżdżały do getta z legalnymi przepustkami. Po pewnym czasie z getta wracał wóz jednokonny, ciągnąc drugą, „przyczepę”, rzekomo do naprawy. Wkrótce oba wozy wracały do getta, każdy znów z dwoma końmi. Przemytnicy zazwyczaj pracowali w pobliżu ogrodzeń w ciągu dnia, gdy ruch pieszych po obu stronach ulicy był największy. Otwory w ogrodzeniu były zakryte deskami, lekko przybitymi gwoździami lub zawieszonymi na zawiasach. Tutaj, w pobliżu ogrodzenia, spotykali się Żydzi i Polacy. Niemcy patrolowali te tereny szczególnie często i codziennie znajdowano tam zabitych i rannych. W takich przypadkach przemyt kontrabandy przerywano tylko na kilka minut i wznawiano natychmiast po odejściu Niemców. Kiedy drut kolczasty i ogrodzenia z desek zastąpiono ceglanym murem, przemytnicy zaczęli wycinać w nim półmetrowe otwory na poziomie gruntu, niekiedy uzupełniając je tunelami i zakrywając luźno ułożonymi cegłami i ziemią. Władze niestrudzenie zamurowywały te otwory, ale zanim zaprawa zdążyła wyschnąć, przemytnicy ponownie usuwali cegły. Niemcy, po odkryciu takiego otworu, natychmiast do niego strzelali, a ludzie, którzy stale się wokół niego tłoczyli, często mieli trudności z odskoczeniem. Ktoś padał trafiony kulą. Gdy tylko Niemcy odeszli, poległych odciągano na bok, a przemyt wznowił się z tą samą intensywnością. Później Niemcy zaczęli bezlitośnie mordować mieszkańców domów położonych w pobliżu otworów w murze getta. Duże przedmioty – duże worki, meble, rozmontowane samochody, fortepiany – trzeba było przenosić przez mur. Było to o wiele bardziej niebezpieczne niż praca przy otworach i wymagało precyzyjnej, skoordynowanej pracy dużej liczby osób. Na sygnał strażników polscy i żydowscy przemytnicy wybiegali jednocześnie z bram budynków getta i „aryjskiej strony” w kierunku muru, z drabinami i ładunkiem naprzeciw siebie. Każdy szybko zajmował swoje miejsce i znikał po
zakończeniu operacji. Ponieważ obszar roboczy był wyraźnie widoczny z dużej odległości, wszystko zależało od szybkości. W pewnym momencie przez getto przebiegała linia tramwajowa, łącząca północną część Warszawy z centrum miasta. Aby uniknąć kontaktu pasażerów z Żydami, tramwaje poruszały się z maksymalną prędkością pod uzbrojoną obstawą. Tymczasem polscy przemytnicy zrzucali worki z ziemniakami z peronów tramwajowych swoim żydowskim wspólnikom. Skorumpowani polscy policjanci zazwyczaj przymykali na to oko, ale Niemcy często strzelali z okien tramwajów do Żydów podnoszących worki. Profesjonalni przemytnicy rekrutowali się spośród byłych dokerów i przestępców – silnych fizycznie i zaradnych mężczyzn, gotowych podjąć każde ryzyko dla dobrego zysku. Łącząc się w gangi, brutalnie rozprawiali się (używając szewskich noży i pistoletów) z każdym, kto próbował podważyć ich interesy – szantażystami, konkurentami z innych gangów i policjantami, którzy po otrzymaniu pieniędzy unikali wypełniania swoich obowiązków. Ci przemytnicy mieli w kieszeniach spore sumy pieniędzy (według Passensteina kilka milionów). W wolnym czasie hulali z kobietami i „aryjskimi” kolegami. Nie interesowali się sprawami społecznymi i nie oddawali pieniędzy głodującym ani dzieciom. Większość towarów nie należała do nich, lecz do polskich i żydowskich hurtowników, którzy hojnie płacili przemytnikom. Jednak w przypadku zniszczenia towarów stowarzyszenia przemytnicze wypłacały klientom odszkodowania. Polscy odpowiednicy żydowskich przemytników byli jeszcze mniej obyci z moralnością. Równie bezwstydni, co odważni, infiltrowali getto setkami, aby kupić towary na miejscu po najniższej możliwej cenie. Wielu zostało złapanych i zabitych przez Niemców. Aby obniżyć ceny żydowskich towarów, polscy przemytnicy często rozpowszechniali fałszywe pogłoski o rychłej likwidacji getta. „I tak jesteś skazany na zagładę. Sprzedaj kurtkę i kup sobie coś do jedzenia” – nękali nieszczęsnych cywilów. Po likwidacji getta i ustaniu lukratywne-go handlu z nim polscy przemytnicy uciekali się sporadycznie do szantażu i denuncjacji Żydów, którzy uciekli na „aryjską stronę”. Najbardziej zagorzałymi przemytnikami były dzieci, często zaledwie cztero- lub pięcioletnie. Setki z nich nieustannie kręciły się pod murami getta, chcąc przy pierwszej okazji przecisnąć się przez bramy lub dziury w murze na „aryjską stronę”. Niektórzy Niemcy przymykali na to oko, ale inni strzelali do maluchów albo łapali je i brutalnie bili. Profesor Hirschfeld widział, jak strażnik zatrzymuje dziewczynkę przy bramie. Podczas gdy Niemiec zdejmował karabin, dziecko, ściskając buty, błagało o litość. „Nie umrzesz, ale nigdy więcej nie będziesz przemycać” – zaśmiał się żandarm i postrzelił dziewczynkę w nogę. Dzieci odbywały niebezpieczne podróże kilka razy dziennie, wracając z jedzeniem schowanym w podszewce płaszczy lub w małych plecakach. Często były głównymi żywicielami rodzin. W grupach od 10 do 15 dzieci podróżowały do odległych wiosek. Przywiezione jedzenie było zazwyczaj sprzedawane, by kupić coś gorszej jakości, ale w większych ilościach. Ludność „aryjska”, w tym Niemcy, zazwyczaj litowała się nad dziećmi, które uciekły z getta. Chętnie dawano im jałmużnę i zapewniano schronienie. Tylko nieliczni zagorzali antysemici pomagali policji w schwytaniu żydowskich dzieci. Schwytane trafiały do więzienia przy ulicy Gęsiej. Od stycznia 1942 roku dzieci złapane po „aryjskiej stronie” zaczęto rozstrzeliwać; latem 1942 roku młodzi więźniowie więzienia przy Gęsiej jako pierwsi trafili do komór gazowych. Inną ulubioną rozrywką dzieci z getta była grabież – kradzież i sprzedaż mienia zmarłych. Niemcy, uważając całe mienie żydowskie za swoją własność, karali grabież jako przemyt. Oprócz przemytu hurtowego, w getcie powszechny był przemyt na małą skalę. Zajmowali się nim polscy policjanci i pracownicy warszawskiego ratusza, niemieccy żandarmi oraz funkcjonariusze Gestapo, którzy odwiedzali getto w celach służbowych, przemycając żywność w teczkach i kieszeniach. Żydowscy policjanci,
korzystając z przysługującego im prawa do opuszczania getta, przemycali żywność o wartości dziesiątek tysięcy złotych dziennie. Po kilku miesiącach władze niemieckie rozpoczęły aresztowania żydowskich policjantów po „aryjskiej stronie”. Sama policja żydowska również była zaangażowana w przemyt towarów; władze okupacyjne powierzyły jej zadanie wspomagania niemieckiej żandarmerii i polskiej policji granatowej w pilnowaniu granic getta. Żydowscy policjanci nie otrzymywali wynagrodzenia za swoją służbę i starali się znaleźć dodatkowe źródło dochodu. Żydowscy dowódcy policji, zainteresowani tym samym, zwalniali funkcjonariuszy szczególnie biegłych w przemycie z wszelkich obowiązków poza pilnowaniem bram getta. Policja była zobowiązana do przekazywania zysków z przemytu na wspólny fundusz. Podczas podziału dochodów między nimi, a także między policją a zawodowymi przemytnikami, często dochodziło do krwawych starć. Policja żydowska, celowo biernie, tworzyła zator pojazdów i ludzi przy bramach, zwłaszcza dzieci, które nieustannie próbowały uciec z getta. Podczas gdy żandarmi, przeklinając, rozpędzali tłumy, furmanki i całe ciężarówki załadowane kontrabandą szybko wjeżdżały do getta. Zdarzało się też, że jakiś lekkomyślny kierowca, lekceważąc wszelkie podstępy, wpadał przez bramy z pełną prędkością i znikał w gettcie, zanim żandarmeria zdążyła zareagować. Często żydowski policjant dyżurujący przy bramie celowo dopuszczał się łamania przepisów. Pedantyczny żandarm wpadał w złość i długo beształ nieświadomego Żyda, nieświadomy przemytników przemycających przez bramę załadowany wóz. Czasami, w tym samym celu, wciągali żandarma w sentymentalne rozmowy: o rodzinie, Niemczech, bombardowaniach, wojnie. Podczas niepogody jesienno-zimowej brano również pod uwagę niechęć żandarmów do marznięcia na wietrze i ich zamiłowanie do przesiadywania w budce przy ognisku. Wśród żydowskich policjantów wyłaniali się prawdziwi specjaliści – znawcy „duszy żandarma”. Nielegalny przemyt żywności do getta warszawskiego rozpoczął się, według żydowskiego policjanta Passensteina (który później zginął z rąk nazi-stów), natychmiast po rozpoczęciu oblężenia. Przez pierwsze kilka dni niemieccy żandarmi, z trudem poruszając się w coraz bardziej skomplikowanym labiryncie zakazów i nieprzyzwyczajeni jeszcze do myśli, że Żydzi powinni po prostu umrzeć z głodu, bez przeszkód przepuszczali wozy z żywnością przez bramy getta. Następnie wydano rozkaz, że żywność może być wwożona do getta wyłącznie za pośrednictwem „Transferstelle” – specjalnej agencji wymiany towarów z gettem. Przemytnicy próbowali wykorzystać „socjalistyczną” demagogię hitleryzmu. Wyjaśniali strażnikom, że zakaz dotyczył wyłącznie wykwintnych produktów spożywczych „żydowskiej pasożytniczej plutokracji”, a nie żywności dla ubogich, takiej jak ziemniaki. Gdy żandarmi, poinstruowani przez przełożonych, przestali ulegać namowom, przemytnicy, współpracując z policją żydowską, uciekli się do nowych metod. Istniało wiele innych sposobów na uniknięcie strażników przy bramach. Pojedyncze zezwolenia na wjazd dla wózków z jedzeniem były wielokrotnie wykorzystywane przez kilka tygodni, ponieważ żandarmi często ich nie konfiskowali, a jedynie żądali ich okazania. Przepustki na warzywa służyły do przemytu mąki, cukru i surowców przemysłowych: wózki i ciężarówki ładowano kontrabandą i przykrywano warstwą ziemniaków lub warzyw. Towary przemysłowe wywożono z getta pod warstwą śmieci. Żandarmi, obawiając się skażenia, rzadko grzebali w takim ładunku. Niemiec okradł niemieckie władze i sprzedał tę własność Polakowi! Prawie wszyscy Niemcy kradli. Na czarnym rynku, który odpowiadał za 80% konsumpcji w okupowanej Polsce, połowę stanowiły dobra skradzione armii i administracji niemieckiej przez samych Niemców. Służba w getcie, zdaniem wielu chciwych i zdeprawowanych żandarmów, oferowała szczególnie korzystne warunki szybkiego wzbogacenia się. Żandarmi – zawsze starając się ukryć to przed kolegami i przełożonymi – umawiali się z żydowskimi policjantami i o umówionej porze przepuszczali wozy załadowane kontrabandą. Kierowca okazywał jedynie kartkę papieru, rzekomo przepustkę, aby nie wzbudzać podejrzeń. Polscy policjanci pełniący służbę przy bramach byli jeszcze bardziej aktywni w przemycie. To oni otrzymywali lwią część wymuszeń – średnio około 60%. Reszta trafiała do niemieckich żandarmów i żydowskich policjantów. Przemytnicy i ich żydowscy wspólnicy z policji stali się mistrzami tej gry w dużej mierze dzięki prawom prostej selekcji naturalnej: tępym i nieudacznikom rozstrzeliwano i eliminowano. Jednak nawet ci mistrzowie nie zawsze wszystko przewidywali. Przygotowany transport mógł się spóźnić i dotrzeć do bram po
tym, jak przekupiony żandarm został już zmieniony. Podczas gdy niektórzy żandarmi przyjmowali łapówki lub wykonywali swoje obowiązki pobieżnie, inni kontrolowali pieszych i pojazdy z najwyższą starannością. Jeszcze inni, niezadowoleni z tego, wyśmiewali Żydów i brutalnie ich bili z byle powodu. Wiele zależało od chwilowego nastroju żandarma, listu, który otrzymał z domu, nagany z pracy, czy rozmowy w koszarach. Niektórzy bez wahania strzelali do pierwszych kilku Żydów, których zobaczyli, dając upust swojej złości. Często żandarm odpowiadał na układ strzałem z broni palnej, a czasami zgadzał się tylko na pokaz, by później zatrzymać i transport, i żydowskich policjantów. Nawet przy ustalonej współpracy, jeśli patrol SS pojawił się podczas przejazdu wagonów przez bramę, żandarmi zmieniali się, zaczynali okazywać gorliwość, przeszukiwali wagony, kazali wyrzucać śmieci i rozbierali mężczyzn i kobiety do naga, nawet w siarczystym zimnie. Niektórzy żandarmi pałali tak zaciekłą nienawiścią, że zabijali Żydów na miejscu za każde przewinienie: za to, że żydowski policjant zbliżył się na pięćdziesiąt metrów do niemieckiego posterunku, za próbę nawiązania rozmowy. Strażnicy bez wahania otwierali ogień, gdy przy bramie gromadził się tłum.(cdn).
Roman Boryczko listopad 2025
