Inne

Feminizm czy polder-model?

 

Moje znajome Polki mówią, że pobyt w Holandii leczy je z wszelkich kompleksów. Jedna ujęła to tak: „Wiesz, tutaj choćbym nie wiem jak „na odwal się” ubrała, nie umyła włosów i nie umalowała się, i tak będę jedną z najlepiej ubranych dziewczyn na ulicy” — opowiada.

 

„Polki w odróżnieniu od Holenderek są bardziej kobiece, uwodzicielskie, zadbane. Ale też są bardziej zakompleksione. Holenderki nie mają w ogóle kompleksów, związanych z wyglądem” — dzieli się swoimi spostrzeżeniami Ela Bartosiak, pracująca w firmie polsko-holenderskiej, przebywająca częściowo w Holandii, częściowo w Polsce.

W Holandii powiada się (ale nie słychać tego z ust Holendrów, a już tym bardziej Holenderek), że jeśli się spotka na ulicy w Holandii kobietę w miarę szczupłą, w ubraniu, które stanowi jakąś stylistyczną całość i podkreśla jej atuty, a kryje słabe punkty — to z dużą pewnością można powiedzieć, że to albo turystka, albo emigrantka, ale na pewno nie Holenderka…

— Bo wiadomo, że najpiękniejsze są Polki, Rosjanki i Czeszki… — dodaje żartobliwie Agnieszka Siedlecka z Hagi.

Co więc, jeśli wygląd mniej lub wcale, jest w tym kraju ważne dla typowej Holenderki?

— To, kim jestem, co wiem, czy się kształcę, jaką osobowością jestem i co sobą przedstawiam — odpowie.

 

Praca w Amsterdamie, studia w Szawlach

Tak naprawdę nie wiadomo, kogo w Holandii jest więcej ze względu na kraj pochodzenia, gdyż wielu zamieszkuje tu nielegalnie. Ale wiadomo, że tzw. „wschodniaków” w Holandii jest całe zatrzęsienie; mówi się nieoficjalnie np., że ok. 40 proc. osób zatrudnionych w Amsterdamie — to imigranci ze Wschodu, przy czym duża część — jak i w całym kraju — pracuje nielegalnie. Nie wiadomo, ilu jest z Litwy.

Zupełnie przypadkowo, w dość dziwnych okolicznościach, udało się nam spotkać dwie pracujące w Amsterdamie młode Litwinki.

Szef jednej z firm polskich, znajdującej się w centrum Amsterdamu, pokazując ogródek, znajdujący się w podwórku wewnętrznym firmy, w pewnym momencie przypomniał sobie: O, tam przecież mieszkają Litwinki!. Oko podążające we wskazanym kierunku zatrzymało się na czymś murowanym, obskurnym, o wielkości kiosku na targowisku kalwaryjskim w Wilnie.

Pukamy. Za chwilę zza otwartych drzwi odpowiada nam zdziwione: „Labas… ”. Sigita i Dovilė, dwie dziewczyny z Szawel, pracują w holenderskiej stolicy jako opiekunki do dzieci. To, w czym mieszkają — należy do gospodarza domu, gdzie pracują. Dziewczyny przyjazne, choć zdziwione i zawstydzone trochę, widocznie z powodu „domu”, do którego niespodziewanie gość zawitał, mówią, że mieszkają tu i pracują już dwa lata.

— Na Litwie, niestety, nie można znaleźć pracy, z której można byłoby przeżyć i jednocześnie opłacić studia.

— Studiujecie?! Jak to możliwe?!

— Studiujemy zaocznie na uniwersytecie szawelskim. Jeździmy na Litwę dwa razy do roku, na sesje…

— Czy chciałybyście tu zostać na stałe?

— Nie — rzuciły stanowczo. — Gdyby na Litwie student miał możliwość zarobić na studia — nigdy.

 

Organizacje na pęczki

Wśród holenderskich imigrantek można wyodrębnić trzy grupy: zarobkujące, studiujące i te, które poślubiły Holendrów. Działające w Holandii najprzeróżniejsze organizacje, stowarzyszenia i kluby kobiet można liczyć na pęczki. Ich członkinie dobierają się na zasadzie podobieństw w zainteresowaniach, problemach bądź narodowości.

Z polskich (litewskich, pomimo prób, nie udało się namierzyć) działa tutaj np. Stowarzyszenie Polskich Kobiet w Holandii (ToP). ToP jest organizacją nastawioną na poszerzanie wiedzy jej członkiń.Wszystkie jesteśmy kobietami, Polkami i mieszkamy w Holandii. Czasami mamy podobne pytania, na które szukamy odpowiedzi. A czasami po prostu pragniemy wsparcia lub towarzystwa — mówią członkinie, głównie osoby wykształcone, o szerokich horyzontach.

Wsparcia szukają też Polki, które co sobotę zbierają się w sali parafii polskiej w Hadze na Spotkania Polek. Klub założyli Ewa van den Pavert i Krzysztof Birlet, osoby organizujące życie parafialne. Na luźne rozmowy i dyskusje zbierają się tu w zasadzie osoby niepracujące, często wychowujące małe dzieci. Często ich dzieci (niezależnie od płci) są uczestnikami spotkań i na swój sposób — płaczem lub hukaniem — uczestniczą w dyskusjach na tematy bardzo różne: poczynając od problemów obywatelstwa, na rodzajach podpasek kończąc. Taki wachlarz tematyczny, który kształtuje się spontanicznie, jest częstym scenariuszem podczas jednego spotkania.

— Urzędy holenderskie to istny koszmar! Te dwa lata mojego pobytu tutaj są po prostu wykreślone z życia; pracować nie mogę, gdyż sprawa mojej przynależności państwowej nie jest do końca załatwiona, uczyć się języka nie mogę z tegoż powodu — oburza się Ewa Birlet, organizatorka spotkań, od dwóch lat załatwiająca wyłącznie sprawy swojego obywatelstwa.

— Nie lubię tego kraju, ale materialnie jest mi tu lepiej, niż w Polsce — włącza się do dyskusji Irena. Z mężem i 27-letnim synem mieszka w Hadze od pół roku. — Tutaj wszyscy troje pracujemy nielegalnie, ale możemy z tej pracy przeżyć. Natomiast w Polsce nikt mnie do pracy nie chciał, bo jestem już za stara d…

Co dotyczy sympatii do tego kraju, Irena nie jest odosobniona. Kobiety wręcz chórem wyliczają niemiłe cechy Holandii i Holendrów: „To brudasy i leniuchy, bo nie chce im się pracować”, „Narzekają na Turków i Marokańczyków, ale oni im odwalają robotę, której Holender nigdy nie będzie wykonywać!”, „Holendrzy są straszliwie skąpi — to <Żydzi Europy>!”

— Żony-Polki potrzebne Holendrom tylko po to, żeby im dzieci rodziły i służyły. Są mało wymagające i uległe, więc można na nich zaoszczędzić — wylewa swe złości Agnieszka, która przed pół rokiem została porzucona przez Holendra. Dobrze, że matka, pracująca na czarno, utrzymuje ją i jej kilkumiesięczne dziecko.

Dopiero od osoby, która jest tu kilkanaście lat, można usłyszeć: „Tu kobieta ma możliwość rozwijać się zawodowo, kształcić się, spełniać się w pracy społecznej, realizować swoje hobby. Kobiety mające mężów Holendrów – mają poparcie we wszystkich swoich poczynaniach, bo jak Holender coś obieca, to na pewno obietnicy dotrzyma”.

— Holender jest zimny, sztywny, ma dużo zakłamania w sobie. To są manekiny, nie mające żadnych uczuć! — podsumowuje swoje roczne obserwacje młoda osoba, która ma dużo przyjaciół, ale, jak mówi, żadnego Holendra.

 

Muzułmanki: prawda i tragedia

Grupy narodowościowe nie mają tendencji do oddzielania się, wręcz odwrotnie — chętnie integrują się w społeczeństwo holenderskie. Ale z pewnym wyjątkiem: muzułmanki mają tak bardzo odmienne tradycje, kulturę i obyczaje, że to je niejako w sposób naturalny odseparowuje. Chociaż, jeśli obserwuje się na ulicach zachowanie właścicielek młodych, ładnych twarzy w chustach (w czarczafach, zasłonach na twarz, nie widziałam) — odnosi się wrażenie, że są to dość wyluzowane osoby. Jest to i prawda – i ich tragedia.

Młode muzułmanki, których tutaj jest bardzo dużo, w gronie swoich rówieśniczek są prawie tak samo współczesne, mające poczucie humoru, lubiące prywatki i rozrywki. Ich tragedia zaczyna się po powrocie do domu, gdzie ze świata „współczesno-rozbrykanego” wpadają w świat głęboko zakorzenionych tradycji, wymagających od nich pokory i przesadnej skromności. Prasa holenderska niezbyt dawno grzmiała o sytuacji muzułmanek w ich domach rodzinnych, gdzie są nawet bite, często nie tylko przez ojców, którzy urządzają w domach prawdziwe lincze dla dorosłych córek, a też przez starszych braci, bądź innych członków rodzin.

Innego rodzaju problem mają z muzułmankami uczelnie holenderskie: urodzone w Holandii, doskonale mówiące po holendersku, wykształcone, studiujące na uniwersytetach — na wykłady i egzaminy przychodzą w czadorach, osłaniających całą postać, z otworami na oczy. Jak patrząc na błyszczące spod czadoru oczy — bo twarzy nie widać — dokonać „identyfikacji” i określić, czy to właściwa osoba jest egzaminowana? Przez długi czas władze uczelni miały dylemat: zakazać – czy nie – chusty na egzaminach. Podjęcie decyzji było trudne, przecież głoszona tolerancja religijna i narodowa kraju byłaby sprzeczna z zakazem. Tym niemniej, na początku 2003 roku wszystkie uczelnie kraju podjęły jedną decyzję: „Nie” chustom w uczelniach!

 

We dwoje pchają jeden wózek

Temat kobiety w Holandii nie jest tym, w jakim cokolwiek można stwierdzić jednoznacznie. Wiele kobiet, pochodzących z Europy Środkowo-Wschodniej, za punkt odniesienia uważa sytuację kobiet w innych krajach Unii Europejskiej.

— Polityka równościowa jest tam priorytetem. Nasze kraje są spóźnione o ponad 10 lat — powiadają i z zazdrością patrzą na swe zachodnie koleżanki. Niemniej jednak, takie pojęcia jak równouprawnienie płci i emancypacja — które wydawałyby się pozytywnie wyróżniać zachodnią demokrację od reszty świata — nie są wcale jednoznaczne.

— Odnoszę wrażenie, że powszechnie reklamowana emancypacja jest fikcją. Widzę, że kobieta w pracy jest nadal traktowana przez mężczyzn trochę jak zjawisko, a mężczyźni nie potrafią jeszcze z kobietami pracować; oni po prostu nie są przyzwyczajeni do obecności kobiety w pracy. Kobiety mogą dojść w karierze tylko do pewnego poziomu, dalej mężczyźni albo ich nie puszczą, albo zaszczują. Jeśli się podpatrzy np. zebranie zarządu w mojej firmie — jest tam jedna kobieta… sekretarka protokołująca spotkanie. Z moich obserwacji wynika, że w Polsce na kierowniczych stanowiskach jest ich znacznie więcej — stwierdza Ela Bartosiak.

— W Polsce jesteśmy dyskryminowane w każdej dziedzinie życia publicznego, jednak na rynku pracy nasza sytuacja jest najgorsza: pracodawcy już bez ogródek pytają, czy dziewczyna jest zamężna, czy planuje urodzić dziecko. Nie może odpowiedzieć twierdząco, bo nikt jej nie zatrudni — zapewnia 26-letnia Magda z Katowic, studentka, pracująca jednocześnie jako „operka” w Utrechcie.

Ula wróciła z rocznego stypendium w Hamburgu i jest zachwycona sytuacją kobiet w Niemczech. Poznała ją, pracując m. in. w jednej z niemieckich firm: „Panie po czterdziestce nie bały się, że stracą pracę, bo są za stare; dziewczyny tuż po studiach — że szef uzna je za nie dyspozycyjne, gdy zajdą w ciążę lub zechcą zająć się dziećmi. Pozazdrościłam im tej pewności“.

Czy Polki, jako osoby obdarzone przywilejem codziennego uczestniczenia w życiu zachodnich demokracji, ale jednocześnie identyfikujące się z polską kulturą i polskimi wartościami, stać na zachodni feminizm?

— W Polsce jesteśmy od dłuższego czasu przyzwyczajone, że zarobki kobiety jak i mężczyzny są potrzebne do normalnego funkcjonowania rodziny. Dlatego nikt się nie zastanawiał się nad podziałem obowiązków w rodzinie – automatycznie obok pracy zawodowej kobieta, częściej niż w Holandii, ponosiła konsekwencje obowiązków domowych. Ponadto ze względu na potrzebę pracy zarobkowej kobiet w Polsce, osiągnęły one równorzędną pozycję bez jednoczenia się i demonstrowania w imię emancypacji — uważa Iza Ćwikła, członek Zarządu Stowarzyszenia Ekspertów Polskich, designerka mieszkająca w Utrechcie.

— Feminizm „po holendersku” polega na tym, że facet powinien o tym głośno mówić — twierdzi Minkiewicz.

— Natomiast w związkach – faceci tutaj bardzo pomagają kobietom. Oni naprawdę we dwoje pchają ten wózek, który nazywa się wspólne życie (dzieci, zakupy) i dzielą się obowiązkami. I to bardzo mi się podoba. W Polsce niekoniecznie tak jest. Jest o wiele lepiej niż było, ale jest jeszcze sporo układów, opartych niemalże całkowicie na kobietach — uważa Ela Bartosiak.

Natomiast Jolanta Offierska, członkini ToP, wyjaśnia to pragmatyzmem Holendrów, którzy do perfekcji doprowadzili stosowany powszechnie model dyskusji, tzw. polder-model, który wdarł się nawet do życia prywatnego. Dodaje, że jedna ze znajomych jej Polek, kobieta niezależna i wykształcona, która ze względu na prowadzoną działalność obraca się wśród równie niezależnych i wykształconych Holenderek, ze zdziwieniem przyjmuje fakt, iż kobiety te przed podjęciem decyzji w sprawach, dotyczących ich samych, konsultują się z partnerami w celu uzyskania zgody. Owa informacja wzbudziła w wielu Polkach podejrzenie, że holenderska emancypacja jest tylko fikcją.

— Myślę jednak, że to raczej wpływ polder-modelu. Każda decyzja, podejmowana przez jednego z partnerów, ma wpływ na związek, a zatem usiądźmy i ustalmy takie rozwiązanie, które będzie dobre dla nas obojga. Może nie będziemy nim zachwyceni, ale też nie będzie ono budziło naszego sprzeciwu: czysty polder-model — uważa Offierska.

— Tutaj kobieta nie potrzebowała walczyć o przeżycie. Zajmuje się więc własnym hobby lub pracuje jako wolontariusz w interesującej ją instytucji. Ponieważ sama mam przyjaciół we Francji i w Niemczech, gdzie mieszkałam pięć lat, wiem, że w tych krajach mamy podobną sytuację jak w Holandii — mówi Iza Ćwikła.

— Podczas, gdy kobiety w Holandii nadal wypełniały obowiązki żony i matki w sposób wypracowany przez pokolenia, Polki poddały się hasłu: kobiety na traktory! Na szczęście szybko porzuciły maszyny rolnicze, nie rezygnując wszakże z nauki czy pracy zawodowej. Sprzyjał temu zarówno system tanich żłobków, przedszkoli i świetlic szkolnych jak i fakt, że druga pensja była wręcz koniecznością przy łataniu dziur w domowym budżecie — mówi Jolanta Offierska.

Dodaje, że dzisiaj wiele kobiet w krajach Europy Środkowo-Wschodniej pracuje wciąż z tych samych powodów, choć tanie żłobki i przedszkola przeminęły z wiatrem. W Holandii żłobki i przedszkola nigdy nie były tanie, zawsze było ich za mało.

— Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę fakt, że w Holandii nie istnieje instytucja babci, bowiem holenderska babcia kocha wnuki, jednocześnie nie rezygnując z prawa do własnego życia, to jasnym się staną powody, dla których kobiety w Holandii wracają do pracy dopiero po „odchowaniu” dzieci — wyjaśnia Jolanta Offierska.

To, że Holenderka zostając matką, na długie lata rezygnuje z pracy zawodowej, wynika raczej z systemu organizacji opieki nad dziećmi, niż pozostałości starego modelu społecznego, w myśl którego niepracująca żona była dowodem zamożności mężczyzny.

 

Z męskiego punktu widzenia

Generalnie rzecz biorąc, w małżeństwach mieszanych, polsko-holenderskich, znacznie więcej jest związków Holender+Polka. Małżeństwa Polaków z Holenderkami można liczyć na sztuki. Dlaczego tak się dzieje? Okazuje się, że w odbiorze Holenderek Polacy są bardziej romantyczni, ale potem okazują się mniej niż Holendrzy zaradni i odpowiedzialni. A jak Holenderki są odbierane przez Polaków?

— U nich jest ciężko z żartami — mówi Paweł Walentynowicz, który w Amsterdamie prowadzi z żoną (Polką) biuro tłumaczeń. O Holenderkach mówi, że są niesamowicie wyrachowane, co potwierdza Minkiewicz: „Przy pierwszym spotkaniu dziewczyna traktuje faceta jako potencjalnego kandydata na męża. Bez ogródek wypytuje o stan konta bankowego, pyta się o pracę i zarobki, o miejsce pracy ojca itp. Kiedy uznaje, że kandydat nie odpowiada jej wymaganiom, po prostu wstaje i wychodzi”.

„Kobiety w Holandii, z męskiego punktu widzenia, są na pewno dużo bardziej „wyzwolone” niż Polki, co często po prostu znaczy, że są bardziej egoistyczne uważa Jerzy Szafarczyk i dodaje: „Ale znaczy też, że związki są bardziej partnerskie, że dzieci pojawiają się później itd. Dużo mniej Holenderkom zależy, żeby się przypodobać mężczyznom, co, niestety, odbija się też na ubiorze, fryzurze i ogólnym zadbaniu. Chociaż po 3 latach pobytu w Holandii muszę powiedzieć, że zdarzyło mi się zobaczyć dobrze ubrane, ładne Holenderki. Zaś z zasady bardzo ładne i zadbane są tutejsze Hinduski i Arabki”.

 

Wanda Zajączkowska

 

 

 

 

 

 

 

(Visited 129 times, 1 visits today)

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert