Wrażliwość, czyli doznawanie prawdy o sobie

Wypowiedź moja będzie subiektywna. Spróbuję opowiedzieć siebie, zaistnieć w czułej uwadze. Mam nadzieję, że wyrażając własne istnienie wzmocnię jego realność, że dotknę egzystencjalnego konkretu.

Zacznę od pewnej obserwacji: każdy człowiek zna swoją twarz tylko z lustra, z odbicia. Ten odzwierciedlony obraz bywa zadziwiający, zmienny i niekiedy trudno się z nim utożsamić. Zastanowiło mnie, czy jest jakaś sensowność w niemożności obserwowania własnej twarzy? Moja twarz wymyka się światłu, pozostaje dla mnie w mroku. Wcale nie widzę siebie w świetle umysłu, lecz raczej w płomieniu uczucia, w ogniu bólu czy rozkoszy. Prawda o sobie to coś, co przeżywam i czego doznaję. Przeżywam prawdę o sobie, doświadczam jej na swój własny, emocjonalny sposób (doznaję prawdy o sobie). Poznawszy siebie, pozbawiłabym się podmiotowości. Musiałabym bowiem siebie uprzedmiotowić, odłączyć od siebie, zranić swą tożsamość.

Moja twarz jest zakrzepłą energią jednego życia, rzeźbi się w obrębie jednego losu. Zakryta dla mnie, dla świata jest zawsze odkryta, jawna, bezbronnie jak chorągiew na wietrze wystawiona na spojrzenia. Jest znakiem rozpoznawczym, żywą informacją dla innych. Niewidoczna dla mnie, znaczy dla świata, żyje na zewnątrz. Owo „zewnątrz” wpływa na nią, kształtuje ją, rysuje, drąży w niej wyrazy – wywołuje je i odbiera. Jest podatna na deformacje, na dotkliwość spojrzeń. Odbija w sobie świat i zmienia się pod jego wpływem. Odciskają się w niej bombardujące obrazy i przeżycia, na które nie potrafi być obojętna i które przechowuje w liniach zmarszczek, w wyostrzeniu rysów, w łożyskach łez. Historia mojego dotychczasowego życia, mapa moich przeżyć, wzruszeń, zachwytów i przerażeń, na mojej twarzy pisze się dla innych. Niczym książka, twarz nie może czytać się sama, lecz jest odczytywana. Nie widzę tych biegnących przez nią liter. Tak jakby należała ona do całości, która powstaje na zewnątrz, w świetle innych oczu. Jej wizerunek w lustrze, oświetlony nagle moim spojrzeniem, rozbłyska dla mnie niespodziewanie poza całością dostępnych mi bezpośrednio obrazów. Spojrzenie pada na odbicie swego źródła – patrzę w swoje oczy! Zawsze mnie intrygowało to zjawisko odbitego spojrzenia i właśnie w wieku licealnym najwięcej zastanawiałam się nad możliwością przeniesienia się na drugą stronę lustra.

Teraz zauważam, że są różne progi wrażliwości i poziomy przebywania w świecie. Już sam jego odbiór jest czynnością, czyli zjawiskiem aktywnym. Indywidualne przeżycia, zwłaszcza te silne, przełomowe, zmieniają sposób percepcji rzeczywistości, drążą przestrzeń odczuwania. Pod wpływem wewnętrznego wstrząsu może rozpęknąć się świat. W tych pęknięciach ukazuje się wtedy nowa rzeczywistość – prześwituje ze szczelin dotychczasowego bytu. Nowy byt ukazuje się w rozdarciu świadomości. Samowiedza jest wtedy rozdarta i nie da się jej zacerować, zszyć igłą i nicią. Nawet przy najwyższym wysiłku człowiek nie osiągnie bierności kamienia. Przedmioty martwe zanurzone są we wspólnym środowisku, podczas gdy żywe, czujące istoty przebywają na różnych głębokościach i szerokościach istnienia – w takim świecie, jaki zdolne są odczuć, wyodrębnić i przyswoić. Świat ma tyle wymiarów, ile wrażeń jestem zdolna z niego wydobyć. Dlatego postanowiłam nie skupiać się na poznawaniu, lecz raczej na doznawaniu.  I tą wypowiedzią nie chciałabym pouczać, ale co najwyżej poruszać.

Doznawanie przebiega bardziej w sferze uczuć niż intelektu. O ile logikę zawsze można odwrócić i pójść wstecz drogą własnych rozważań, o tyle uczucia, właśnie dlatego, że nielogiczne, niekonsekwentne, nieciągłe i wielotorowe, są nieodwracalne. Przebiegają spontanicznie, nierówno, chaotycznie, niespójnie a mimo to niechybnie dokądś wiodą, wyznaczając znikliwą linię egzystencji; podczas gdy logika bywa konsekwentnym podążaniem donikąd, jałowym biegiem po okręgu. Zupełnie logiczne, czyli matematycznie uporządkowane, może być tylko nic. Mierzenie człowieka byłoby zabijaniem go w myśli. Żaden żywy organizm nie jest sumą materii, stałą jej pojemnością, lecz płomieniem wznieconym z materii i trawiącym ją. Sieć,  jaką rozum zarzuca na rzeczywistość, ma oka na tyle duże, aby życie, wraz z czującym ciałem, wyciekło przez nie. Życie wymyka się  organizacji i światłu rozumu. W niezrozumiały sposób w ciemności rodzą się uczucia – powstają z niewiedzy, z bezradności, z zaskoczenia, z bólu, z krzywdy, z wdzięczności, z zachwytu, z nadziei, z pragnienia… Niesprzeczne systemy filozoficzne są niemożliwe właśnie dlatego, że w życiu nie istnieje konsekwencja logiczna. (Jak np. wytłumaczyć ból, albo konieczność śmierci?). Możliwość zawsze pozostaje wyższa od rzeczywistości, a nawet nie wszystko, co jest, jest dowodliwe. 

Rozum, który więzi rzeczywistość w klatkach pojęciowych, nie rozumie życia ani  człowieka. Czyste intelekty są twarde i nieludzkie, odrywają od przedmiotów oraz od cielesności, rozszczepiają świat w widma iluzji. Aby uniknąć pułapki abstrakcji potrzebuję nieustannie odnawiać zmysłowy kontakt ze światem, ufać ciału. Pozwala mi to uczestniczyć w świecie, „myśleć całą sobą”,  doznawać życia – którego  nie potrafię  zrozumieć, uzasadnić ani wyrazić w języku, ale które czuję wszystkimi zmysłami. Ono  ma smak, zapach, kolor,  ciężar…

A więc odczuwanie łączy mnie z ciałem i ze światem tak, jak myśl może od nich oddzielać.

Jestem skłonna zgodzić się z Arystotelesem, który wyróżnił trzy części (funkcje) duszy: wegetatywną (rośliny), zmysłową (rośliny i zwierzęta) i rozumną. Człowiek skupia w sobie wszystkie trzy, ale ta rozumna – wyróżniająca go spośród  żywych istot – nie może w nim funkcjonować bez  wegetatywnej i zmysłowej.

Moje ciało czyni mnie żywą. W nim żyje moja teraźniejszość. Ono stwarza ją wszystkimi zmysłami. Jego istnienie rozpięte jest pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami czucia: bólem i rozkoszą – to poprzez nie dotyka ono świata. Dlatego chcę powiedzieć o nich kilka słów.

Ciało przewyższa myśl zdolnością do cierpienia. Ból jest „rozumem ciała”, granicą poznania i odbioru świata, wyznaczoną nadmiarem czucia. W nim przemawia do mnie mój byt i więzi mnie w sobie. Ból wkrada się w  teraźniejszość, negując moją wolę. Odsłania mnie na dotyk zagrożenia. Wtedy nie tylko dotykam rzeczy, ale również jestem przez nie dotykana. Świadomość bólu czyni moją wolę heroiczną. Cierpliwość, jako ostateczna bierność doznawania, przeradza się we mnie w nadzieję, nadając sens memu cierpieniu. Poprzez cierpienie dokonuje się zamiana materii w ducha, spirytualizacja ciała. Moje opanowanie, wewnętrzna władza nad sobą wyzwala mnie z zewnętrznego zniewolenia.

Oryginalność ciała polega na zbieganiu się punktu widzenia biologii z punktem widzenia wnętrza.

Rozkosz jest samym dreszczem „ja”, tętnem egoizmu. Jestem sobą o ile mam swoje indywidualne szczęście, swoją rozkosz, w której się wyosabniam. Podmiotem bycia nie staję się poprzez rozumienie, lecz przez używanie szczęścia. Rozkoszowanie się i wrażliwość zmysłowa mają równocześnie strukturę intencjonalną, co oznacza, że są odniesione do czegoś zewnętrznego i na nie ukierunkowane. Rozkosz trzyma się zewnętrzności, jest cielesnym ustawieniem się w świecie. Istota ciała polega tedy na spełnianiu mojego ustawienia na ziemi – to wtedy, gdy jej dotykam, ustanawiam się cieleśnie.

Aktywność bezcelowa, bezproduktywne, lekkomyślne wydatkowanie energii jest działalnością typowo ludzką. Beztroska ma wobec istnienia sens pozytywny. Polega ona bowiem na wgryzaniu się całymi zębami w pokarmy świata, na przyjmowaniu go jako bogactwa, wydobywaniu blasku jego istoty. Beztroska jest smakowaniem świata, wzbogacaniem się nim, szlifowaniem żywiołów. Być w żywiole – to przyjąć na siebie falę  powodzi świata. Stan otwarcia na rzeczywistość jest doświadczeniem źródłowym. Swobodny dryf wodami życia pozwala odczuć sam fakt płynięcia, a więc samo istnienie, bycie, trwanie uwolnione od pozorów i powinności. Pragmatyzm życiowy to postawa, zagrażająca wrażliwości i uczuciom.

A więc, wracając do dokonanego przeze mnie na wstępie rozróżnienia pomiędzy poznawaniem a doznawaniem, przyjmijmy, że poznanie jest próbą odsłonięcia bytu, działaniem wymierzonym w byt, niekiedy ostrym i inwazyjnym. Doznawanie natomiast jest wsłuchiwaniem się w byt, przyjmowaniem go. Aktywność płynie tu raczej ze strony bytu ku czującemu podmiotowi. Jeżeli w celu wniknięcia w rzeczywistość kroi się nożem żywe ciało, wtedy się je rani, jeśli nie zabija. Nie dotknę życia zabijając je. Im bardziej będę chciała coś zobaczyć, tym mniej będę widzieć. Naprawdę widzi się dopiero wtedy, gdy nie można nie widzieć. W tym kontekście wrażliwość jest niemożliwością obojętności czyli nie-obojętnością.

Tak jak do poznania dochodzi się poprzez zagubienie oczywistości znanego, tak do zobaczenia – poprzez doświadczenie, uświadomienie i pokonanie ślepoty.

Widzenie jest sztuką. Bywa, że plastyczne formy przedmiotu opadają na oczy niczym powieki, powodując, że oczy przestają widzieć coś więcej poza pustą skorupą. Czasami właśnie obejmujące całe ciało zdolności zmysłowe stanowią przesłonę, oddzielającą od świata. Prawdziwe bywa to, co niewidzialne; to, od czego odwraca się wzrok, bo oślepia jak jaskrawe światło.

Z drugiej strony natomiast można oślepnąć z nadmiaru patrzenia. Szczególnie współczesny świat zapada na nadmiar widzialności, zawęża się do wyobrażeń, jakie mają o nim ludzie zupełnie przystosowani, których codzienność jest wzorcowo przezroczysta, którzy już wiedzą, zanim zobaczą i zanim dotkną. 

Ślepota może wynikać z uprzywilejowanej pozycji oka i wyrażać się w dostosowywaniu rzeczywistości do schematów obrazowych wykształconych przez kulturowe szkoły widzenia. Organizujące rzeczywistość znaczenia tworzą ramy interpretacji innych zdarzeń, oraz ograniczają możliwość ich pojawienia się. W ten sposób rodzi się świat, w którym „wszystko się zgadza”, którego możliwości przekładają się na ograniczenia odczuwania i przeżywania. Świat zapada na nadmiar widzialności, zawęża się do wyobrażeń, jakie mają o nim ludzie zupełnie przystosowani, których codzienność jest wzorcowo przezroczysta. Jest to patrzenie, które nie widzi, ponieważ dokonuje się z odległej perspektywy bezcielesnego podmiotu. Jego ślepota wynika z tego, że 1) nakłada ono na świat widzialny schematy wyglądowe – zanim „zobaczy” już „wie”, oraz 2) lekceważy i pomija powierzchnię, skórę świata – nie widzi jej właśnie dlatego, że jest na wierzchu, jak nieistotna trawa. Ślepnie na oczywistości. Ludzie ubierają się w fikcje, zanurzają się w odrealnionej rzeczywistości programów telewizyjnych, nurkują w wirtualnym akwarium, żyją estetycznym złudzeniem rzeczywistości, nie dotykając jej samej.

W tym kontekście wrażliwość byłaby dotykaniem świata i byciem przez niego dotykanym, poruszonym.

A więc, pochylając się ponownie nad pytaniem postawionym na wstępie mojej wypowiedzi: czy jest jakaś sensowność w niemożności obserwowania własnej twarzy?, niedostępność bezpośredniego widzenia siebie (patrzenia na siebie) wydaje się mieć sens o tyle, o ile chroni przed egotycznym zaślepieniem, czyli przed przesadnym zajęciem się sobą.

Dramatem człowieka jest, że żyjąc wewnątrz własnych idei, dotyka świata poprzez wrażliwość swego zużywającego się ciała, że wraz z rozrastaniem się w nim abstrakcji zanika ciało jako narzędzie współczucia ze światem materialnym i przyrodniczym. Poznając świat idei, człowiek żyje w ciele, które należy do świata materii, dlatego aby móc myśleć o życiu, trzeba najpierw żyć i czuć życie.

Anna Kamińska

(Visited 13 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*