Inne

To straszne słowo na „k“…

 

Nie ma wymiernej możności przedostania się z jednego krańca na drugi bez konkretnie wyczuwalnej obawy, że droga może okazać się jeśli nie złudna, to na pewno namaszczona w dużym stopniu przemożną siłą ludzkiej wątpliwości: nie przejdziesz i już! Dlatego właśnie obtaczamy się wzajemnie cytatami, jak kotlety w bułce tartej i smażymy to wszystko na dużym ogniu. Obce słowa i sentencje przynoszą chwilowe poczucie bycia bliskim odkrycia tego, co przez innych dawno zostało odkryte. Tym sposobem te maleńkie, kruche konstrukcje codziennych przemyśleń, stają się bardziej znośnie, czy lekkostrawne, pozwalają na z pozoru spokojny sen; wiecznie przewracamy się z boku na bok, odmierzając każdy dzień cichymi pomrukami, których nawet nie słyszymy, nawet nie wiemy, że należą do nas. Koła ratunkowe w postaci poradników, senników, prawd absolutnych, niezbędników, mini-zestawów i poduszek powietrznych leżą, jak na dnie basenu pozbawionEGO wody, obrośniętEGO wokół pierścieniem glonów, wskazujących nasz niegdysiejszy poziom. EGO. Głucho, żadnych plusków, nikt się nie topi, nikt nie pływa żabką, nie ma komu odbijać się od przegniłych trampolin, w szatniach zdekompletowane stroje kąpielowe i zżarte przez chlor szmaty do podłogi.

Czar prysł.

Książki stają się bezużyteczną makulaturą już w chwili położenia ich na półkę; albo hibernujemy je na zawsze, albo nie pozwalamy nawet na moment wytchnąć. Najmniej kurzu zbierają tomy wciąż molestowane, brudzone przypadkiem dżemem z kanapki, przenoszone z miejsca na miejsce, otwierane i zamykane, noszone w plecakach i zdobione kółkami po kawie. Wtedy nie trzeba szukać światłych myśli, przebiegając gorączkowo wzrokiem po grzbietach ściśniętych jak w korku tomów. Złote myśli nie istnieją. Są abstrakcyjnym tworem frustratów, poszukujących oryginalności w cudzych kieszeniach, biurkach, notatkach. Jednak wciąż grzebiemy w obcych nam gratach, szperamy w nie swoich zakamarkach z upodobaniem i satysfakcją. Czasem zniżamy się do czegoś jeszcze bardziej ohydnego i wybieramy się do zoo złotych prawd, wydajemy pieniądze na antologie niezapomnianych myśli, powiedzeń i ulotnych słówek. Tłok niemożliwy do wytrzymania: tuż obok siebie, nad i pod sobą gnieżdżą się presokratycy (zawsze w tłumaczeniach – oryginał mógłby nam uświadomić, że jesteśmy koszmarnie głupi), Napoleon i domorośli dysydenci polityczni. Kant obok Stalina, Hugo obok Masłowskiej, Sartre ramię w ramię z Matką Teresą. Tłumaczymy się użytecznością, bestsellerowością, prezentem na komunię, lub krzyżówkami. Stolarze w pocie czoła wymyślają trendy półki, drożejące proporcjonalnie do ilości niepotrzebnych detali przywieszanych, przybijanych, przyklejanych…

Och, niczym nie ograniczany relatywizm i permanentne nawroty Nowej Ery znajdują się na ustach wszystkich ograniczonych Starych Ludzi. Płomienne zapewnienia o kolejnej rewolucji, odkryciu talentu i przełamywaniu barier –  napędzają starczy instynkt ludzki – instynkt posługiwania się symbolem, tym odwiecznym amuletem kultury. Atomy symboli i symbolików krążą w zawrotnym tempie tworząc konstelacje i galaktyki absurdu. To straszne słowo na „k“! Ten straszny konserwatyzm!

Każde zapewnienie o obalaniu starego i konstruowaniu nowego, wywołuje odruch wymiotny, a przecież (ponoć?) tylko bezrozumne zwierzęta zjadają ponownie – jeszcze ciepłe – rzygowiny. Nastoletni starcy maszerują dumnie ze swoimi książeczkami Mao, gdzie treść można wpiąć i wypiąć jak z segregatora. Okładka wciąż ta sama. Bo czym różni się manifest przybity na drzwiach w Wittenberdze od szczania i taplania się w gównie przez artystów na salonach sztuki (przepraszam: Sztuki Współczesnej)? Tylko symbolicznym nowatorstwem. Płyniemy więc na falach rebelii i frywolnych koszmarków od wieków zawsze mówiąc „nigdy!“ do czasu, gdy przed „nigdy“ z zawstydzeniem dodajemy „nigdy nie mów…“. Uwielbiamy abstrakcję, bo gwarantuje nam quasi przestrzeń, uwielbiamy symbole, bo nazywają one na powrót nowe terytoria zajęte przez abstrakcję. Wyrywamy sobie z rąk kolejne ochłapy rzeczywistości (czasem Historii) i definiujemy na nowo coś, co faktycznie z powodzeniem (i na przekór nam) istnieje bez naszych klasyfikacyjnych dewiacji. Zakres wirtualnych prawd i przekonań pojawił się wraz z człowiekiem, którego zawsze wkurwiała ograniczoność umysłu, z którym nie sposób sobie poradzić, a na który jesteśmy skazani. Nawet jeśli oddajemy „duszę i serce“ niejakiemu Bogu, robimy to z perwersyjną ulgą, że pozbyliśmy się ciężaru. Kundel podwórkowy zawsze z radością i euforią biegnie dopóty, dopóki na szyji nie zaciśnie mu się  pętla łańcucha. Czas wracać do budy, czas wsadzić sobie Boga tam gdzie słońce nie dochodzi – do ciemnej piwnicy, gdzie niczym słoiki z kompotem tkwią symbole:

sztuki współczesnej,

płci,

codziennych rytuałów,

zła i dobra,

determinizmu,

wyzwalania ludów,

savoir vivre’u,

literatury,

wolnej miłości,

sztandarów,

społeczeństwa,

rozrywki,

pieniądza,

biedy.

Niektórzy mają tylko skromne komórki, inni zaś dorobili się pokaźnych katakumb i lochów, gdzie w każdej celi gnije symbol, mogący być uwolnionym kiedy tylko się nam zamarzy. Prawo łaski przysługuje wszystkim i… nikomu więcej.

Wolimy jednak zamykać innych, gilotynować – byle nie siebie, podawać herbatę z trucizną – sąsiadowi, wreszcie: wyzwalać – społeczeństwa, uciśnionych i cierpiących. Pozbawianie siebie tronów, pięciokonnych zaprzęgów, wycieczek na Księżyc, prenumerat Newsweeka, szczupłych żon, banków, wizji czarno-białego świata? Nieee! To byłoby konserwatywne, wsteczne, reakcyjne. To straszne słowo na „k“!

Rewolucje na różowo, pokojowo, krwawo, awangardowo. SYMBOLowo. Zabawa trwa.

 

Łukasz Wróbel

 

 

 

 

 

 

 

(Visited 18 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *