Idealna sąsiadka była rasistką?
Dosłownie kilka dni temu na łamach popularnego portalu Netflix pojawił się amerykański dokument, traktujący o jakże ważnej sprawie, a mianowicie o niekończącym się problemie rasizmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie historia ta jest już tak długa, że sięga przecież podwalin tego wielkiego kraju. Trwa to właściwie do dziś – lecz dziś jest ona spleciona z ruchami dotychczas ciemiężonymi, jak Black Lives Matter, „Czarne życia się liczą”. „Idealna sąsiadka” miała swoją premierę w styczniu roku 2025 na festiwalu filmowym Sundance. Zarówno publiczność, jak i krytycy dobrze przyjęli tę produkcję, toteż nic dziwnego, że prędzej czy później konieczne było zaprezentowanie jej masowemu widzowi.
Geeta Gandbhir to uznana dokumentalistka o pochodzeniu indyjskim, więc już na samym początku polski widz powinien spodziewać się, iż dotkniemy dzieła „politycznie poprawnego”. Tytułowy dokument opowiada dosyć jednostronnie autentyczną historią tragicznej śmierci Ajike Owens – 35-letniej czarnoskórej kobiety, matki, która mieszkała na jednym z osiedli w mieście Ocala, stan Floryda. Problem wydawał się banalny. Amerykańskie osiedle na przedmieściach, jedna długa ulica, identyczne domy parterowe, identyczne przyklejone do nich trawniki, wszystkie one to domy do wynajmu, wszyscy lokatorzy są właściwie jak ze sztancy kolorowi, pewnie większość utrzymuje się z socjalu, bo zawsze są w domach, najczęściej to samotne matki, wychowujące po kilkoro małych urwisów, którzy szlajają się po okolicy bez celu bez sensu, robiąc hałas i zamieszanie – ale przecież taki jest świat tej społeczności.
Ta społeczność raczej niczego nie produkuje, niczego nie wytwarza, niczego nie wnosi. Oni po prostu trwają – a jak widać po tuszy, kilku samochodach na podjeździe, obowiązkowym telewizorze i iPhonie – mają się dobrze. Każdy staje tam za sobą, tak więc odszczepieńcy mają przekichane. Takim odszczepieńcem, odstającym od lokalnej społeczności ludzi pozostających w bierności i apatii jest jedyna biała i do tego właścicielka własnego domu, co jest ewenementem w tej całej okolicy. Susan Lorincz – 58-letnia kobieta po przejściach, po napadzie, gwałcie, jest osobą apodyktyczną, nerwową i być może dla sąsiadów kłopotliwą, ponieważ żąda spokoju w okolicy swojej posesji, gdyż o dziwo pracuje, zarabia na siebie własnymi rękami w domu, czego okolica chyba nie rozumie. Sąsiedzka kłótnia z czasem zaczęła się przekształcać w nękanie białej kobiety przez hordę kolorowych dzieciaków, co skutkowało w odwecie użyciem rasistowskich obelg – Lorincz wielokrotnie wzywała policję, by skarżyć się na dzieci Owens i domagać się od służb „oczyszczenia jej prywatnej przestrzeni”. Historia opowiedziana jest poprzez nagrania policyjne z tzw. bodycamu, czyli kamery nasobnej – taką, którą można po prostu przyczepić do siebie i za jej pomocą nagrywać to, co się dzieje. Interwencje te są bardzo jednostronne – traktują jedyną pracującą jako odszczepieńca od tej społeczności, niepotrzebnie narzekającego na swój los, dzieci chwalone są przez służby prawa i porządku, że dobrze, iż wychodzą na dwór, że nie spędzają dnia przed komputerem, służby właściwie nie reagują na to, iż każdy powinien mieć jakąś przestrzeń do życia, a cała ta horda nie powinna akurat codziennie grać na trawniku tuż obok posesji zmęczonej już tą sytuacją białej kobiety.
Film już staje się nużący od ciągłych interwencji, które są bliźniaczo do siebie podobne i nic z nich nie wynika, ale też czujne oko widza powinno dostrzec, że w tej monotonii jest zapisany pewien klucz i tym kluczem będzie rozwiązanie – niestety już nie monotonne, a drastyczne. W konflikt włączają się dorośli, czyli rodzice dzieci, którzy uważają, iż dla dzieci potrzebna jest odpowiednia przestrzeń, no i oczywiście dzięki temu jedyna właścicielka własnego domu w okolicy powinna zachować daleko idący liberalizm i pozwalać na coraz więcej i więcej. Tolerować i rozumieć to, że dzieci celowo zastawiają jej podjazd zabawkami, dokuczają jej, wyzywają od wiedźmy, nękają a cała okolica traktuje ją jako wariatkę.
Niestety kolorowa reżyserka tego dzieła nie starała się poprowadzić tak tej historii lecz postawiła punkt ciężkości na problemie rasizmu, na problemie, jaki nazywa się poniżeniem czarnoskórych, wyautowaniem z życia publicznego, ekonomicznego i pozostawienia ich samym sobie – bez perspektyw. Jednak ich sytuacja daleka jest od totalnej biedy i nie widać po mieszkańcach tej okolicy przesadnego smutku, natomiast nieliczne głosy wplecione w tę narrację mówią też, iż jest to nieciekawa okolica, groźna i padają tam w nocy strzały z broni palnej… W końcu doszło do tragedii – Lorincz po kolejnej kłótni z dziećmi strzeliła do swojej sąsiadki , która przyszła dobijać się do jej drzwi i próbowała je wyłamać. Traf chciał, że kobieta zmarła.
I co się dzieje dalej?. Środowiska obrońców czarnoskórych wynoszą interweniującą w obronione swoich pociech czarnoskórą sąsiadkę na ołtarze, a jedyna biała pracująca kobieta staje się uosobieniem rasistowskiej białej supremantki, która niczym zwolennik Ku Klux Klanu chciała przywrócić ład i czystość na swojej ulicy – taka jest narracja, prowadzona przez szanowną reżyserkę.
Okazuje się, iż została przekroczona granica obrony koniecznej, czarna społeczność mimo wszystko triumfowała. Oczywiście okupione to zostało śmiercią, ale w tej okolicy dalej będzie tak samo, dzieci będą hałasowały, psociły i przeszkadzały wszystkim – a być może w przyszłości będą to robiły bardziej dyskretnie, ale już z karabinami półautomatycznymi i kieszeniami pełnymi pieniędzy, zarobionymi z handlu narkotykami i prostytucji, bo tak wygląda rzeczywistość takich zamkniętych społeczności, gdzie dziś jesteś 15-latkiem a jutro zabiera cię koroner w czarnym worku.
„Idealna sąsiadka” być może nie jest w swej fizjonomii, obyciu, przesadnej roszczeniowości idealną osobą do roli kogoś, obok kogo warto mieszkać, ale to nie znaczy, że powinniśmy rozszerzać w nieskończoność tolerancję, aż do robienia wszystkiego, co się chce. Czy prawo do prywatności, do własnej intymności i życia na własnych zasadach nie powinno być nieprzesuwalne? Jeśli społeczność decyduje się na chaos, to jedyna pracująca i zarabiająca osoba musi odejść? Musi zniknąć? Bo nie handluje narkotykami, bo nie jest na zasiłku, bo nie zajmuje się paserstwem? Kobieta ta żyła w nieustannej panice i pozbawiła życia sąsiadkę właściwie w sposób irracjonalny, za co cierpieć będzie kolejne 25 lat a dzieci tej czarnoskórej, Bogu ducha winnej matce będą dorastały jako sieroty…
Po której więc stanąć stronie?
Roman Boryczko,
2.10.2025

