KulturaWyróżnione

Dlaczego nie miałbym być świętym?

„Święty Charbel…”

Bejrut – Prostoduszny człowiek wyszeptał te słowa, stojąc u drzwi pustelni. Następnie, z szacunkiem, odważył się zadać świętemu pytanie, które ocierało się o bluźnierstwo:

„Dlaczego ty… a dlaczego nie ja?”

 Nie pytał z zazdrości. Świętości nie można zazdrościć, domagać się jej ani posiadać. Nie protestował też przeciwko Bogu, który nigdy go nie skrzywdził, pomimo prostoty jego życia. Zapytał raczej z bólem dziecka, stojącego u drzwi domu Ojca, widzącego portrety swoich braci, wiszące na ścianach i zastanawiającego się cicho: „Dlaczego nie ma dla mnie miejsca wśród nich?”.

Kontynuował: „Mówią, że twoje relikwie przynoszą uzdrowienie złamanym ciałom. Wierzę w to. Ale zastanawiam się: czyż dusza ludzka sama w sobie nie jest relikwią, chodzącą na dwóch nogach? Zanim ktokolwiek stał się kośćmi zachowanymi w świątyni, był kiedyś drżącym sercem, spływającą łzą, grzesznikiem, któremu przebaczono, kimś, kto dzielił się suchym chlebem z głodnymi. Co więc sprawia, iż ​​święty staje przede mną w obecności Boga? Czy cierpienie?”.

Ten niewinny człowiek wystarczająco zaznał wszelkiego rodzaju cierpienia, by przedwcześnie się zestarzeć. Co zatem sprawiło, że święty z Annai dotarł do Boga przed nim? Czy było to poświęcenie? On również spędził niezliczone noce, kładąc głowę na poduszce oczekiwania, tylko po to, by obudzić się w jeszcze większym oczekiwaniu.
Czy to była wiara? On również wzniósł oczy ku niebu, gdy każda droga na ziemi dobiega końca.
Gdzie zaczyna się różnica?

Być może błędem zwiedzającego było wyobrażenie sobie, iż świętość to ranga, podczas gdy w rzeczywistości jest to podróż; że to medal, podczas gdy w rzeczywistości jest to rana, która nigdy się nie zakażała; iż to cud, którego Bóg dokonuje z nieba, podczas gdy w rzeczywistości to człowiek pozwala niebu działać w nim.

Prawdziwe pytanie zatem nie brzmi już: „Dlaczego Charbel został świętym?”, ale raczej: „Dlaczego człowiek, stojący na progu pustelni, boi się rozpocząć taką podróż?”.
Jak często traktowaliśmy świętych, jakby byli końcem historii, podczas gdy Kościół przedstawia ich jako początek powołania? Nie są oni wyjątkami zesłanymi, by umieścić szczyt poza naszym zasięgiem. Są drogowskazami wzdłuż drogi, cicho mówiącymi każdemu przechodniowi: Człowiek z krwi i kości szedł tą drogą – i stał się zwierciadłem Bożego światła.

Święty Jerzy stanął twarzą w twarz ze smokiem. Ale czy smok był tylko na zewnątrz niego? Czy też najpierw pokonał smoka w sobie – tego, który szepcze, że strach jest mądrzejszy od wiary?

A święta Rafka… Czy jej świętość znajdowała się w oczach, które straciły wzrok, czy w sercu, które nigdy nie straciło wzroku?

A święta Teresa od Dzieciątka Jezus… Jak uczyniła Małą Drogę wspanialszą niż wszystkie wielkie drogi?

Wszystkie te myśli przemknęły przez umysł gościa, gdy stał u drzwi pustelni. Im dłużej kontemplował świętych, tym bardziej uświadamiał sobie, iż Bóg nigdy nie ulepił świętych z innej gliny. Wziął ten sam proch, tę samą ludzką duszę, te same łzy – i znalazł kogoś, kto gotów był pozostać w Jego rękach do samego końca.

Być może problem nie polega na tym, że Bóg nie pragnie dla niego świętości. Być może chodzi o to, iż przybysz pragnie świętości bez Krzyża, tęskni za Wielkanocą przed Wielkim Piątkiem, pragnie chwały, jednocześnie uchylając się od ołtarza.

Chce, aby jego kości zostały zachowane w kościołach, ale nie chce, aby jego duma została złamana za życia. Kocha zapach kadzidła, ale nie ogień, który uwalnia jego aromat. Tęskni za aureolą namalowaną wokół świętych głów, a jednak ucieka przed długimi nocami, kiedy ta aureola się narodziła.

Święty to nie ktoś, kto nigdy nie upadł, ale ktoś, kto nie pozwolił, by upadek stał się ostatnim rozdziałem.

Święty to nie ktoś, kto nigdy nie wątpił, ale ktoś, kto przekształcił zwątpienie w drabinę, prowadzącą do głębszej pewności.

Święty to nie ktoś, kto nigdy nie płakał, ale ktoś, kto nauczył się przemieniać łzy w modlitwę, a nie w gorycz.

Stanął więc przed Bogiem bez udawania.

Nie prosił już, by ludzie wieszali jego portret na ścianach kościołów, nosili jego relikwie w uroczystych procesjach ani wspominali jego imię wśród sprawiedliwych. Zamiast tego prosił o coś nieskończenie mniejszego – i nieskończenie większego:

Aby nigdy nie zawiódł Boga.

Aby mógł żyć w duchu tak, jakby niebo patrzyło na niego w tej właśnie chwili.

Aby kochał tych, którzy go nienawidzą.

Aby przebaczał, zanim zostanie im przebaczone.

Aby pozostał czysty, gdy nikt nie patrzy.

Czy Kościół, u kresu czasów, pewnego dnia ogłosi kogoś świętym – to należy do Kościoła.

Ale Bóg już ogłosił swoje zaproszenie wszystkim.

Nigdy nie powiedział: „Stań się sławny”.

Nigdy nie powiedział: „Stań się nieskazitelny”.

Po prostu powiedział:

„Bądźcie święci, bo Ja Jestem święty”.

Od tego momentu świętość przestała być przywilejem nielicznych, a stała się pragnieniem każdego syna i córki, którzy wiedzą, że mają Ojca w niebie i którzy wciąż wierzą, iż droga do świętych nie kończy się w ich świątyniach…

Zaczyna się w małych drzwiach ludzkiego serca – samych drzwiach pustelni, gdzie odwiedzający wciąż stoi, cicho pytając.

Rony Alfa,

Tłum. Andrzej Filus

Fot.: Agnieszka Brytan

Za: www.theinteldrop.org

(Visited 7 times, 2 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *