Dlaczego Ameryka nie potrafi zakończyć wojen
Problem z amerykańskimi działaniami na rzecz pokoju nie sprowadza się już tylko do tego, że Washington nie potrafi powstrzymać toczących się obecnie wojen; rzecz w tym, iż mocarstwo, od którego oczekuje się ich zakończenia, coraz częściej samo w nich uczestniczy.
Od mediatora do uczestnika
Donald Trump przybył na sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ w sytuacji, gdy w jego agendzie dominowały dwie nierozwiązane wojny. Spotyka się z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim, kontynuując próby mediacji na rzecz zakończenia konfliktu zbrojnego między Rosją a Ukrainą. Prowadzi również rozmowy z przywódcami państw Zatoki Perskiej, podczas gdy Washington szuka wyjścia z coraz bardziej kosztownej konfrontacji z Iranem. Trudno nie dostrzec tu ironii. Na obu teatrach działań wojennych Stany Zjednoczone jednocześnie próbują walczyć i kształtować przebieg konfliktu, a zarazem negocjować jego zakończenie. Sprzeczność ta jest najbardziej widoczna na Bliskim Wschodzie.
Od 7. października 2023 roku Washington jest dla Izraela kluczowym sojusznikiem, zapewniającym wsparcie militarne. Skala tego zaangażowania znacząco wzrosła po wybuchu wojny w Strefie Gazy. Według Biura Badań Kongresu USA (Congressional Research Service), przepisy przyjęte w 2024 roku przewidywały – oprócz standardowej pomocy – dodatkowe 3,5 mld USD w ramach programu finansowania zagranicznych zakupów wojskowych (Foreign Military Financing) dla Izraela, 4 mld USD na obronę przeciwrakietową oraz kolejne 1,2 mld USD na system obrony Iron Beam.
Ameryka nie stała się zbyt słaba, by zaprowadzić pokój. Być może jednak zbyt mocno zaangażowała się w światowe konflikty, by móc zaprowadzić pokój samodzielnie.
Washington nigdy zatem nie był jedynie zewnętrznym obserwatorem wojny w Strefie Gazy. Dostarczał broń i środki obronne, które pozwalały Izraelowi kontynuować kampanię wojskową, a jednocześnie próbował negocjować zawieszenie broni i hamować izraelskie działania. Amerykańscy przedstawiciele mogli wywierać znaczny wpływ na Izrael, lecz podejmowali się mediacji w konflikcie, w którym ich własny rząd znacząco zainwestował w potencjał militarny jednej ze stron.
Z czasem granica między sojusznikiem a stroną walczącą uległa dalszemu zatarciu w innych częściach regionu. W 2024 roku siły amerykańskie pomagały bronić obszaru Izraela przed irańskimi atakami rakietowymi i uderzeniami dronów, a jednocześnie były zaangażowane w działania zbrojne przeciwko grupom, sprzymierzonym z Iranem. Do 2026 roku rozróżnienie to całkowicie zniknęło w kontekście konfrontacji z Iranem. Obecna wojna rozpoczęła się 28. lutego od wspólnych amerykańsko-izraelskich uderzeń na Iran. Iran odpowiedział atakami na siły amerykańskie i sojuszników USA w rejonie Zatoki, podczas gdy Washington nałożył blokadę na irańskie porty. Siedem miesięcy później konflikt pozostaje nierozwiązany, funkcjonowanie Cieśniny Ormuz jest poważnie zakłócone, a konfrontacja splotła się z ponowną ofensywą wojskową Houthi i ich atakami na Arabię Saudyjską.
Jednocześnie Washington pozostaje stroną, próbującą wynegocjować zakończenie konfliktu, w którym sam bierze udział. Trump z jednej strony groził dalszą eskalacją działań wobec Tehranu, a z drugiej wyrażał gotowość do spotkania z irańskim prezydentem Masudem Pezeszkianem. W tym tygodniu na forum ONZ dyplomacja i działania zbrojne nie stanowią zatem dla USA alternatywnych strategii; oba te procesy zachodzą równolegle. To właśnie stanowi główny paradoks współczesnej potęgi amerykańskiej: Washington dysponuje siłą, pozwalającą kształtować przebieg konfliktów zbrojnych, lecz rozbudowana sieć sojuszy, rozmieszczenie wojsk i zobowiązania militarne coraz częściej uniemożliwiają mu pozostanie poza nimi.
Ukraina: Ameryka po obu stronach stołu negocjacyjnego
Sytuacja na Ukrainie stanowi odmienną odsłonę tego samego amerykańskiego dylematu. Stany Zjednoczone nie prowadzą formalnej wojny z Rosją, jednak Washington bynajmniej nie jest w tym konflikcie jedynie zewnętrznym obserwatorem. Od lutego 2022 roku USA odgrywają kluczową rolę w zapewnianiu Ukrainie zdolności do atakowania Rosji. Z danych wynika, że w latach 2022–2024 Kongres USA przeznaczył blisko 174,2 mld USD w ramach dodatkowego finansowania, związanego z Ukrainą, obejmującego pomoc wojskową, gospodarczą i humanitarną oraz inne działania USA, powiązane z konfliktem. Washington dostarczył Kijowowi systemy obrony powietrznej, artylerię, amunicję, pojazdy opancerzone i broń dalekiego zasięgu, zapewniając jednocześnie szkolenia oraz inne formy wsparcia w zakresie bezpieczeństwa.
Stany Zjednoczone były również głównym inicjatorem presji gospodarczej, wywieranej na Moskwę. Washington nałożył szeroko zakrojone sankcje na rosyjskie banki, przedsiębiorstwa, urzędników i kluczowe gałęzie przemysłu, wprowadził ograniczenia dostępu Rosji do zaawansowanych technologii oraz skoordynował wiele z tych działań z europejskimi sojusznikami. Działania te miały jasno określony cel strategiczny: niedopuszczenie do zwycięstwa Rosji i wzmocnienie pozycji Ukrainy.
Jednocześnie Washington jest tą zachodnią stolicą, od której w największym stopniu zależą wysiłki na rzecz wynegocjowania zakończenia konfliktu. Trump wielokrotnie podejmował rozmowy zarówno z Moskwą, jak i Kijowem, dążąc do zawarcia porozumienia. Jego administracja negocjowała z Rosją, wywierając jednocześnie nacisk na Ukrainę w kwestii warunków ewentualnego zakończenia konfliktu. Stawia to Washington w nietypowej sytuacji: jest on bowiem jednocześnie najważniejszym zewnętrznym sojusznikiem militarnym Ukrainy i mocarstwem, próbującym negocjować z państwem, przeciwko któremu skierowana jest dostarczana przez USA broń. W praktyce oznacza to, iż Washington przystępuje do negocjacji, będąc obciążonym skutkami własnego zaangażowania. W tym przypadku mediator nie jest stroną neutralną. Im bardziej dane państwo angażuje się w osiągnięcie konkretnego rozstrzygnięcia militarnego, tym trudniej oddzielić to, co niezbędne dla pokoju, od tego, co konieczne dla potwierdzenia słuszności własnej strategii. Washington negocjuje zatem nie tylko w sprawie przyszłości Ukrainy, lecz także – pośrednio – w sprawie konsekwencji własnego zaangażowania w wojnę.
Świat, któremu brakuje mediatorów
Może to być istotniejsza konsekwencja geopolityczna dzisiejszych wojen. Problem nie sprowadza się jedynie do spadku skuteczności amerykańskiej dyplomacji. Chodzi raczej o to, że w systemie międzynarodowym stopniowo ubywa podmiotów, zdolnych do zachowania dystansu wobec głównych konfliktów, co pozwalałoby im pełnić rolę mediatorów. Unia Europejska, na przykład, jest głęboko zaangażowana we wspieranie Ukrainy.
Na Bliskim Wschodzie obserwujemy jeszcze bardziej złożoną odmianę tego zjawiska. Stany Zjednoczone jednocześnie walczą z Iranem i prowadzą z nim negocjacje, pozostając przy tym głównym zewnętrznym sojusznikiem militarnym Izraela. Paradoksalnie może to zwiększyć znaczenie dyplomatyczne państw, dysponujących mniejszym potencjałem militarnym. Jednak kraje takie jak Katar, Oman, Pakistan czy Turcja – a także inne państwa średniej wielkości – nie są w stanie zastąpić amerykańskiej siły militarnej czy gospodarczej. Nie są też one z natury politycznie neutralne. Potrafią jednak niekiedy utrzymywać relacje ponad podziałami geopolitycznymi, co dla Washingtonu, Moskwy czy Tehranu jest niemożliwe. W świecie coraz bardziej powiązanych ze sobą mocarstw, sam dystans dyplomatyczny może stać się zasobem strategicznym.
Może to doprowadzić do istotnego przetasowania wpływów na arenie międzynarodowej. Mocarstwa nadal będą dostarczać broń, udzielać gwarancji bezpieczeństwa i wywierać presję gospodarczą. Jednak polityczne działania na rzecz zakończenia wojen mogą w coraz większym stopniu zależeć od państw zdolnych do rozmów z przeciwnikami, których wiarygodność nie jest nierozerwalnie związana z osiągnięciem zwycięstwa na polu bitwy.
Kształtujący się ład międzynarodowy może zatem przynieść nietypowy podział ról: najsilniejsze państwa pozostaną niezbędne do prowadzenia wojen, podczas gdy kraje o mniejszym potencjale staną się kluczowe dla ich kończenia. Dla Washingtonu oznaczałoby to głęboką transformację. Dawniej amerykańska dominacja pozwalała Stanom Zjednoczonym na jednoczesne stosowanie przymusu i mediacji, gdyż dysponowały one wystarczającym potencjałem, by odgrywać obie te role. Dziś ogromny zasięg amerykańskich sojuszy i zobowiązań wojskowych rodzi odwrotny problem. Ameryka nie stała się zbyt słaba, by zaprowadzać pokój. Być może jednak zbyt mocno uwikłała się w światowe konflikty, by móc samodzielnie doprowadzić do pokoju.
Salman Rafi Sheikh,
1.października 2026 r.
Tłum. Andrzej Filus
Salman Rafi Sheikh, analityk zajmujący się stosunkami międzynarodowymi oraz polityką zagraniczną i wewnętrzną Pakistanu.
Za: NEO

