Gospodarka i politykaWyróżnione

Czy sojusz saudyjsko-amerykański się załamuje?

Pod koniec ubiegłego tygodnia nagłe i niespodziewane wydarzenia na Bliskim Wschodzie zmusiły mnie do ponownego skupienia uwagi na trwającym w tym regionie konflikcie.

Jemeńskie siły Houthi – jak powszechnie określa się ruch Ansar Allah – rozpoczęły szeroko zakrojoną ofensywę lądową przeciwko wspieranym przez Arabię ​​Saudyjską oddziałom, szybko zmuszając je do ucieczki; wpadłszy w panikę, siły te porzuciły swój sprzęt wojskowy. W ciągu zaledwie kilku dni Houhti zdołali przejąć kontrolę nad długim odcinkiem ważnego wybrzeża oraz pobliskimi wyspami. Umożliwiło im to pełne opanowanie szlaków żeglugowych na Morzu Czerwonym w rejonie wąskiej cieśniny Bab al-Mandab i zablokowanie wszelkiego saudyjskiego ruchu towarowego.

Faktycznym przywódcą Arabii Saudyjskiej jest następca tronu, książę Mohammed ibn Salman (MBS). Według doniesień medialnych był on tak zdesperowany z powodu skutecznych postępów sił Houthi, że w czwartek dwukrotnie osobiście dzwonił do prezydenta Donalda Trumpa, błagając o amerykańskie naloty, które mogłyby odwrócić losy bitwy i uratować sytuację. Trump jednak odrzucił jego prośby.

Trump jest tak nieprzewidywalny, zmienny i nieszczery, iż jego motywy rzadko są jasne. Mike Whitney zauważył jednak, że podczas piątkowej konferencji prasowej Trump zdawał się sugerować, iż nie chce angażować Ameryki w konflikt między Houthi a Saudyjczykami, dlatego postanowił pozostawić tych drugich samym sobie:

Houthi do nas zadzwonili. Nie chcą z nami walczyć. Dali nam znać, że nie chcą z nami walczyć. Nie chcą, byśmy ich atakowali. Woleliby, żebyśmy się nie angażowali i przepuszczają większość statków. Jest tylko jeden kraj, z którego nie są zbyt zadowoleni”.

Mimo tych słów uważam, iż znacznie bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest to, że Trump i jego doradcy zdali sobie sprawę z braku skutecznych środków powstrzymania sił Houthi i nie chcieli demonstrować całkowitej bezsilności militarnej, próbując to zrobić.

Gdy kilka lat temu Houthi blokowali żeglugę na Morzu Czerwonym, Trump chełpliwie obiecywał ich zmiażdżyć i wysłał w tym celu grupę uderzeniową z lotniskowcem. Jednak po tygodniach walk i licznych nalotach Houthi pozostali nieugięci, podczas gdy siły Trumpa straciły kilka samolotów oraz wiele zaawansowanych dronów Reaper (kosztujących po 30 milionów dolarów), zestrzelonych przez pociski Houthi, co zmusiło Trumpa do wycofania się w atmosferze porażki.

W następstwie naszej nieudanej wojny z Iranem amerykańskie siły zbrojne w tym regionie są obecnie znacznie słabsze niż przed agresją na Iran. Nasze lokalne bazy zostały w większości zniszczone przez irańskie ataki rakietowe, zapasy pocisków przechwytujących systemów obrony przeciwrakietowej są poważnie uszczuplone, a odległą blokadę Iranu egzekwuje obecnie tylko jeden lotniskowiec, stacjonujący setki mil od irańskiego wybrzeża.

Ciągłe ataki irańskich pocisków i dronów zmusiły nas już do wycofania samolotów z regionu Zatoki Perskiej i przebazowania ich do baz lotniczych w Jordanii.

Jednak zaledwie dzień lub dwa przed rozpoczęciem ofensywy lądowej Houthi, nasza główna baza w Jordanii również stała się celem potężnego ataku ze strony Iranu – spadło na nią co najmniej dwadzieścia irańskich pocisków balistycznych. Choć początkowe doniesienia mówiły o zestrzeleniu wszystkich pocisków lub o tym, że nie trafiły one w cel, późniejsze informacje ujawniły, iż zniszczeniu uległ samolot A-10, a około ośmiu maszyn F-15 zostało uszkodzonych.

Nawet ta – niezbyt skuteczna – obrona przed wspomnianą salwą pocisków wymusiła na nas dalsze uszczuplenie zapasów zaawansowanej amunicji. Według niektórych szacunków wystrzeliliśmy aż 100 pocisków przechwytujących systemu Patriot, co stanowiło znaczną część kurczących się światowych zasobów, których odtworzenie zajęłoby nam wiele lat.

Nie byliśmy w stanie sprostać tak ogromnym, ciągłym wydatkom, podczas gdy irańskie zapasy pocisków balistycznych wydawały się niewyczerpane. Wkrótce prawdopodobnie zostalibyśmy więc zmuszeni do opuszczenia baz w Jordanii i przeniesienia sił do Izraela lub nawet z powrotem do Europy. A w miarę jak nasze samoloty – zarówno te bazujące na lądzie, jak i na morzu – były przesuwane coraz dalej, ich skuteczność w rażeniu celów w rejonie Zatoki Perskiej znacząco malała.

Jeśli nie chcieliśmy lub nie mogliśmy ochronić Saudyjczyków przed ofensywą Houthi, która groziła zablokowaniem transportu ropy przez Morze Czerwone, wartość naszego wieloletniego sojuszu wojskowego staje się coraz bardziej wątpliwa.

Wkrótce po ataku sił amerykańskich i izraelskich Irańczycy zamknęli Cieśninę Ormuz dla transportów ropy, należących do sojuszników USA, w tym Arabii Saudyjskiej; Saudyjczycy zdołali jednak wykorzystać długi rurociąg, biegnący ze wschodu na zachód, by skutecznie przesyłać ropę do portu nad Morzem Czerwonym i stamtąd ją eksportować.

Jednak w czwartek fala dronów – wystrzelonych rzekomo przez sprzymierzone z Iranem siły irackie – poważnie uszkodziła ten rurociąg. Doprowadziło to do całkowitego wstrzymania dostaw ropy, co stanowiło potężny cios finansowy dla Saudyjczyków, a Ameryka po raz kolejny nie była w stanie ochronić ich przed tym niszczycielskim atakiem.

Połączenie ataku na rurociąg z blokadą wprowadzoną przez Houthi doprowadziło do drastycznego spadku saudyjskiego eksportu ropy. Szybkie postępy sił Houthi oraz bierność USA mogą mieć również szersze konsekwencje, co podkreślało wielu uznanych ekspertów.
Pułkownik Larry Wilkerson przez wiele lat pełnił funkcję szefa gabinetu byłego sekretarza stanu Colina Powella; przez dekady był filarem rządowego establishmentu i uczestnikiem prac w ścisłym kręgu decyzyjnym w sprawach bezpieczeństwa narodowego. Uważnie śledzi on wydarzenia w regionie Zatoki Perskiej, a w piątkowym wywiadzie odniósł się do bieżącej sytuacji.

Pułkownik wyjaśnił, iż gdy kilkanaście lat temu wybuchła wojna domowa w Jemenie, Saudyjczycy nierozsądnie zdecydowali się na bezpośrednie zaangażowanie, wspierając słabe i skorumpowane siły rządowe w walce ze znacznie silniejszymi i skuteczniejszymi Houthi.
Potężne wpływy polityczne Arabii Saudyjskiej skłoniły administrację Obamy do znacznego zaangażowania się w konflikt; Wilkerson twierdził wręcz, że Ameryka zapewniła wszystko poza żołnierzami walczącymi bezpośrednio na froncie – tę rolę pełnili saudyjscy najemnicy. Mimo tak ogromnej przewagi, wspierane przez Saudyjczyków siły poniosły jednak klęskę.

Teraz, gdy nowa ofensywa Saudyjczyków na nowo rozpaliła konflikt, Wilkerson uważał, iż układ sił w znacznie większym stopniu sprzyja, sprzymierzonym z Iranem, Houthi. Co ciekawe, wysunął nawet przypuszczenie, że Houthi mogą pokusić się o inwazję na samą Arabię Saudyjską i obalenie tamtejszych władz – scenariusz nie do pomyślenia przed agresją na Iran, kiedy Iranowi udało się skutecznie wyprzeć amerykańskie siły zbrojne z regionu. Taka inwazja ze strony Houthi stanowiłaby oczywiście wyzwanie dla niedawnego sojuszu obronnego, jaki Saudyjczycy zawarli z Turcją i Pakistanem.

Inni obserwatorzy – nieposiadający wieloletniego doświadczenia Wilkersona w kręgach decyzyjnych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo narodowe – podchodzili do prognoz znacznie ostrożniej, choć wielu z nich również uznawało te wydarzenia za niezwykle istotne.
Trita Parsi, współzałożyciel i wiceprezes wykonawczy cieszącego się dużym uznaniem Quincy Institute for Responsible Statecraft, jest postacią w pełni wpisującą się w główny nurt debaty publicznej i daleką od formułowania przesadzonych, stronniczych ocen. Jednak w ważnym sobotnim wywiadzie z prof. Glennem Diesenem również on uznał spektakularne sukcesy militarne sprzymierzonych z Iranem Houthi za wydarzenie przełomowe, które gruntownie przekształci geopolitykę regionu. Zwycięstwa Houthi znacząco wzmocniłyby pozycję Iranu w trwającym konflikcie z administracją Trumpa, a Parsi szczegółowo przeanalizował rozmaite konsekwencje tej sytuacji.

Uważa również, iż celność i siła rażenia irańskich pocisków prawdopodobnie pozwalają im na łatwe zatopienie – lub przynajmniej poważne uszkodzenie – wszystkich naszych okrętów wojennych w tym regionie, co w ciągu jednego popołudnia mogło doprowadzić do śmierci tysięcy Amerykanów. Powstrzymali się jednak od takiego kroku, ograniczając się do oddania strzałów ostrzegawczych, które zmusiły nasze jednostki do wycofania się na znacznie większą odległość. Postąpili tak w obawie, że zdarzenie skutkujące tak wieloma ofiarami mogłoby sprowokować Trumpa do ataku nuklearnego, choć wciąż zachowują tę opcję eskalacji w swoim arsenale środków.

Następnie, w niedzielę, kwestie te szczegółowo omówił również profesor Mohammed Marandi – urodzony w USA Irańczyk – opisując niektóre z czynników, które przyczyniły się do sukcesu Houthi.

Choć zachodnie media zawsze przedstawiały Houthi jako rebeliantów w długotrwałej wojnie domowej w Jemenie, obraz ten był skrajnie zniekształcony. Houthi przejęli kontrolę nad jemeńską stolicą kilkanaście lat temu, a kontrolowane przez nich terytorium zamieszkiwało około 70–80% ogółu ludności; w oczywisty sposób stali się więc oni faktycznym rządem Jemenu. Zwycięstwo Houthi skłoniło Arabię Saudyjską i inne wrogo nastawione państwa arabskie znad Zatoki Perskiej do nałożenia na Jemen blokady, która – poprzez wstrzymanie importu – prawdopodobnie doprowadziła do śmierci setek tysięcy Jemeńczyków.
Mimo jednak wieloletniej, ogromnej presji oraz działań licznych oddziałów najemników, opłacanych przez Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie, siły jemeńskie z czasem systematycznie rosły w siłę. W obliczu znacznego osłabienia pozycji USA, najnowsze ataki Saudyjczyków skłoniły w końcu Houthi do rozpoczęcia pełnoskalowej kontrofensywy. Zamierzali oni blokować saudyjskie dostawy ropy i atakować infrastrukturę tamtejszego przemysłu naftowego, dopóki Rijad nie spełni ich żądań: zakończenia blokady gospodarczej Jemenu i zawarcia pokoju.

Marandi podkreślił również, iż znaczny spadek dochodów z ropy naftowej wywiera obecnie silną i rosnącą presję finansową na Arabię Saudyjską oraz inne państwa arabskie znad Zatoki. W rezultacie mogą one dążyć do upłynnienia części swoich ogromnych aktywów ulokowanych w USA. Mogłoby to negatywnie wpłynąć na amerykańską gospodarkę i stopy procentowe, więc nie było jasne, czy rząd USA zezwoliłby na taką wyprzedaż. Gdyby jednak tego zabronił, wiarygodność Ameryki jako bezpiecznego miejsca lokowania kapitału mogłaby doznać druzgocącego ciosu; bankom odmawiającym zwrotu środków deponentom trudno byłoby bowiem przyciągnąć nowych klientów.

Ron P.

Tłum. Andrzej Filus

Za: www.unz.com

(Visited 2 times, 2 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *