Inne

Mać Pariadka – anarchistyczny reprezentant prasy alternatywnej (11)

 

Tytuł pisma wywodzi się od rosyjskiego przysłowia „Anarchija – Mat’ Pariadka”, co oznacza „anarchia matką porządku”. Zdaniem Anny Niedźwieckiej o wyborze akurat takiego tytułu zdecydowało w głównej mierze to, że był on dość prowokacyjny. „Fajnie brzmiało – przyznaje – zwłaszcza w okresie, kiedy komuna się rozpierdzieliła i wszyscy nienawidzili Związku Radzieckiego, a tu nagle wychodzi pismo z rosyjskim tytułem.”[1]

Podtytuł pisma brzmi Wolny Magazyn Autorów. Przez pierwsze pięć numerów Mać ukazało się z podtytułem Wolny Magazyn. Przez pewien czas Mać istniała niejako podwójnie. Niezależnie bowiem od Pariadki ukazała się efemeryda o nazwie Wolny Magazyn. Miał on stanowić dodatek informacyjny do Mać Pariadki. Ukazały się jedynie dwa numery Wolnego Magazynu. Numer 5. z marca 1992 roku (numer 5. MP ukazał się w styczniu 1992 roku); numer 6. w lipcu 1992 roku (MP – # 6 – październik 1992).

Między szóstym do jedenastym numerem pismo znów wychodziło z innym podtytułem –  Anarchistyczny Nieregularnik Autorów. Od numeru dwunastego, kiedy Mać zaczęła ukazywać się regularnie, autorzy postanowili pozbyć się z nazwy nieadekwatnego już słowa „nieregularnik”, zmieniając tym samym po raz kolejny podtytuł, tym razem na Anarchistyczny Magazyn Autorów. Pozostał on już bez zmian aż do końca 1998 roku, do numeru 71. Zmiana ta była też po części ukłonem w stronę tworzącej się Federacji Anarchistycznej. Redakcja Maci chciała pomimo pełnej niezależności stać się jednak tubą tego środowiska.

Wraz z pierwszym numerem z 1999 roku (#72) redakcja przemianowała ostatecznie podtytuł na Wolny Magazyn Autorów. Kolejna zmiana, zdaniem Anny Niedźwieckiej dokonana została na skutek rozszerzenia formuły pisma. Oprócz artykułów o tematyce anarchistycznej znalazły się w piśmie również teksty niekoniecznie bezpośrednio nawiązujące do tego tematu. Wydawcy uznali, że słowo „anarchistyczny” byłoby w tym momencie pewnym nadużyciem. Jak przyznają – „Chcieliśmy uniknąć tego, by ludzie uważający się za anarchistów nie mówili, że jesteśmy pismem anarchistycznym, a zamieszczamy inne rzeczy. Generalnie zamieszczamy i wydajemy, co chcemy i jak chcemy. Aczkolwiek wszyscy mamy przekonania anarchistyczne.”[2]

Hasłem przewodnim Mać Pariadki stał się slogan „Ani na lewo, ani na prawo – swobodnie”. Było to popularne hasło w dobie tworzącego się polskiego neoanarchizmu. Wskazywało ono całkowitą niezależność od jakiegokolwiek bratania się z którąś z opcji politycznych.[3]

Przez dłuższy czas na jednej z pierwszych stron pisma pojawiał się aforyzm Lwa Tołstoja – „Anarchizm nie oznacza braku instytucji w ogóle, lecz tylko takich, które zmuszają ludzi do podporządkowania się przemocy”. Stało się ono mottem pisma. Jak przyznaje Jakub Natasza Medek, pojawienie się lub brak tołstojowego aforyzmu w głównej mierze zależało od tego, czy było miejsce, żeby je umieścić. Czasami, jego zdaniem, motto nie pojawiało się jedynie dlatego, że podczas składu zapominano o nim[4].

Redaktorzy wyznaczyli sobie kilka celów, ku którym próbowali zmierzać. „Mieliśmy takie plany, by mieć nakład 30 000 egzemplarzy, sprzedawać się w całej Polsce i być pismem opiniotwórczym jak na przykład Polityka.”[5] Krzysztof Galiński wyznał, że stawiał przed Mać Pariadką następujące cele. Po pierwsze miała ona stać się tubą środowiska anarchistycznego. Zakładał on stworzenie medium, które docierałoby również do osób spoza środowiska anarchistycznego. Pismo, w jego przekonaniu, miało pozostawać poza wszelkimi układami politycznymi, ale nie mogło być bierne wobec polityki. Redakcja próbowała komentować polityczną rzeczywistość zgodnie ze sloganem „Ani na prawo, ani na lewo – swobodnie”.

Jak przyznaje Galiński nigdy nie udało się jednak stworzyć wspólnej, wolnościowej tuby. Jego zdaniem w szeregach ludzi uznających się za wolnościowców było zbyt wiele antagonizmów, by móc zbudować jedną frakcję. „To, że wszyscy deklarujemy, że jesteśmy za wolnością – niestety – nie wiele znaczy. Prawie wszyscy są za tym by ludzie się kochali i było dobrze i co z tego? Szeroko rozumiana tuba wolnościowa w czasach wolnej prasy jest po prostu niepotrzebna. Każdy ,,specyficznie” wolnościowy syndykalista, libertarianin, sytuacjonista, ekologista itd., może wydawać sobie coś co będzie autentycznie jego. Nie musi iść na kompromisy z inną frakcją – uważa Galiński. – Gazetka wolnościowa dla wszystkich wolnościowców przestaje mieć konkretnych odbiorców. Lawirowanie pomiędzy nurtami, kierunkami, trendami, doprowadzić może do tego, że stajesz się nijaki. Chcąc być dla wszystkich, stajesz się dla nikogo”[6]. Galiński twierdzi także, że Mać Pariadce nigdy nie udało się wypracować własnego światopoglądu[7].

Kolejnym wyzwaniem stawianym sobie przez redakcję, było stworzenie pisma, które odgrywałoby role „medium walczącego”; medium, które byłoby aktywne w komentowaniu wszelkich bieżących wydarzeń, stałoby się inspiracją do walki z systemem, ale również, co podkreśla Galiński, samo byłoby medium walczącym. Autorzy pisma szybko przekonali się jednak, że cel ten ciężko jest realizować w czasach wolnego rynku. „Za panowania cenzury łatwo było być gazetką walczącą, bo sam fakt ukazywania się poza nią był już jakąś formą walki z państwowym monopolem medialnym. W III RP medium, które chciałoby stać się czymś więcej niż autobusowym czytadłem musi się wysilić””[8] – twierdzi Galiński. Przyznaje, że nie ma on już pomysłu na stworzenie pisma, które w czasach powszechnej wolności same byłoby zarówno gazetą walczącą z systemem, jak i inspirującą do tej walki.

Pismo od samego początku edytowane było przez „kolektyw redaktorsko-wydawniczy”, którego skład zmieniał się w różnych okresach działalności pisma. Niewątpliwie jednak główne skrzypce odgrywali w nim założyciele. Kolektyw, zgadnie z założeniami twórców miał wykluczyć istnienie wszelkiej hierarchii i struktur wewnątrz redakcyjnego grona. Wszyscy mieli działać w piśmie na równych zasadach. Istnienie i skuteczne funkcjonowanie w takiej formie było kolejnym z celów Maci. Jak przyznaje Galu tworzenie pisma miało opierać się na współpracy wszystkich osób oraz działać „w oparciu o pewne zasady wolnościowego współdziałania. W tym wypadku ważne było nie tylko CO, ale JAK. Czyli istotne było czy uda nam się robić gazetkę zgodnie z zasadami, które miała ona popularyzować. Nie było wśród nas rozgrywek, podchodów i tego typu ,,zabaw’’. Pracować społecznie w tej samej ekipie przez tyle lat mogli ludzie, którzy przerobili – przynajmniej w pewnym stopniu – kwestie ambicjonalne. Oczywiście wkurzaliśmy się na siebie, ale Mać jest dla mnie dowodem, że można naprawdę robić dużo, jeśli ludzie się dogadają”.[9]

Na samym końcu wydawcy Maci zgodnie przyznają, że robienie pisma musi przede wszystkim sprawiać przyjemność.

Na początku redakcja określała się mianem Czarny Alians. Uznawali się jednocześnie za Grupę Zrzeszoną Federacji Anarchistycznej. W 1996 roku porzucono tą nazwę, pozostając przy nazwie kolektyw redaktorsko-wydawniczy. W początkowym okresie działalności pismo prowadzone było przede wszystkim przez Krzysztofa Galińskiego. W mniejszym stopniu wspomagała go Anna Niedźwiecka. Duży wkład swoimi tekstami i korektą wniósł Jany Waluszko oraz Jacek Sierpiński. Ten drugi oprócz pisania zajmował się wraz z Niedźwiecką tłumaczeniami. W 1996 roku kolektyw redakcyjny zostaje poszerzony o cztery kolejne osoby: Filipa Majchrzakowskiego, Przemysława Guldę, Małgorzatę Mychę Guldę, Jakuba Medeka oraz Mikołaja Ziółkowskiego. Osoby te nie były de facto nikim nowym. Wszyscy wymienieni stanowili bowiem ekipę, tworzącą muzyczny dodatek MaciŻółte Papiery. Zostali jedynie oficjalnie włączeni w poczet redakcji. Obecnie (tekst z roku 2003) trzon Pariadki stanowią Anna Niedźwiecka i Jakub Medek.

Legalizacja pisma wymagała ustanowienia funkcji redaktora naczelnego. Prawnie i formalnie został nim Krzysztof Galiński. Anna Niedźwiecka zastrzega jednak, że było to tylko figuranctwo, bowiem – „trudno być redaktorem naczelnym jak nie ma się podwładnych- twierdzi – Można powiedzieć, że był redaktor naczelny, ale pozbawiony wszelkiej władzy. Nikogo nie mógł zwolnić, bo wszyscy pracowali społecznie, on sam zresztą też. Jak gadał jakieś głupoty, to każdy mógł mu powiedzieć, „stary spierdalaj, bo to jest bzdura”. Nie wiązał się z tą funkcją żaden zaszczyt, żadna władza. Galiński wymyślił kiedyś, jeszcze za czasów WiP-u takie hasło, które najlepiej to zobrazuje. Otóż kiedyś ktoś nas spytał, kto jest przywódcą WiP-u. On na to powiedział, że tu nie ma przywódców, tylko są lokomotywy, które ciągną całą resztę za sobą, bo mają akurat w danym momencie tyle sił, by coś robić. I w Maci jest się też taką lokomotywą”.[10]

Według Niedźwieckiej redaktor techniczny był znacznie ważniejszą postacią w redakcji niż redaktor naczelny. Osoba sprawująca tę funkcję zajmowała się zlecaniem i przyjmowaniem tekstów, ich czytaniem, składem, przygotowywaniem do druku. Generalnie wszystkim tym, co umożliwiało pojawienie się następnego numeru. Była to owa „lokomotywa”, która w danym momencie ciągnęła pismo do przodu. Zajmowały się tym podobnie jak w przypadku redagowania różne osoby w poszczególnych latach. Przez dłuższy czas był to Galiński, później Filip Majchrzakowski. Obecnie robią Anna Niedźwiecka i Natasza.

Mać Pariadka od samego początku posiadała liczne grono współpracowników, którzy pisali teksty, a także w inny sposób pomagali w redagowaniu pisma. Do najważniejszych zaliczani są: Jany Waluszko, Jacek Sierpiński. Mariusz Wielebski, Stefan Adamski, Mariusz Muskat, Antoni Kozłowski. Z Macią współpracowali również plastycy. Podobnie jak w przypadku współpracowników było ich wielu, ale do najważniejszych Krzysztof Galiński zalicza: Krzysztoffa Kaina May’a, Badyla, Zimnego, Górnisiewicza.[11]

Mać Pariadka od samego początku była pismem niezależnym. Nigdy nie korzystała z żadnych dotacji ze strony państwa, ani innych organizacji. Redaktorzy wychodzili z założenia, że jeżeli są pieniądze – będzie także następny numer. Jeśli ich nie było, zawieszano wydawanie pisma do momentu pojawienia się funduszy. Mać Pariadka, co prawda, otrzymywała drobne sumy pieniędzy od czytelników i sympatyków pisma, jednak – jak przyznaje Anna Niedźwiecka – z funduszy tych nie udałoby się wydać nawet jednego numeru. Były to, jej zdaniem kwoty bardziej symboliczne, za które redakcja „nagradzała” drukując na drugiej stronie nazwiska ofiarodawców. Redakcja Mać Pariadki w dalszym ciągu kontynuuje swoją politykę niezależności. Możliwe jest to dzięki sprzedaży pisma głównie w sieci sklepów EMPIK, gdzie sprzedaje się około połowy z dwutysięcznego nakładu. Dzięki temu są regularne wpływy do redakcyjnej kasy.

Mać Pariadka jest pismem non-profitowym. Wszyscy piszący do gazety, z „kolektywem redaktorsko-wydawniczym” włącznie pracują społecznie i nie pobierają za to żadnych pensji. Dochody pisma są zerowe lub czasami wychodzą one na niewielki plus – „Wtedy możemy zmienić komputer, zapłacić grafikowi za jakąś okładkę itd. Ale nikt nie zarabia na gazecie”[12] – przyznaje Niedźwiecka.

W początkowym okresie Mać Pariadka wydawana była przez wydawnictwo Man Gala Press. Była to jednoosobowa firma Krzysztofa Galińskiego, zajmująca się grafiką, a która jednocześnie wydawała Pariadkę.[13] Pismo w owym czasie kolportowane było różnymi kanałami. Począwszy od bezpośredniej sprzedaży podczas imprez alternatywnych – giełd muzycznych i prasowych, po prenumeratę i dystrybutorów. Kanały te, zdaniem redakcji, były jednak mało wydajne oraz nie zawsze uczciwe. „Ludzie latami zwracali nam pieniądze za jakieś egzemplarze – przyznaje Niedźwiecka – a czasami zdarzało się, że główny dystrybutor nawalił, bo miał fantazję przepić pieniądze ze sprzedaży. No to wydawanie pisma musieliśmy zawiesić na pół roku, bo nie mieliśmy kasy na następny numer.”[14] Z problemami finansowymi redakcja borykała się przez większość początkowego okresu istnienia pisma. Autorzy przyznają, że niejednokrotnie dokładali do gazety z własnych funduszy.

W 1994 roku pojawiła się przed Mać Pariadką szansa na rozwiązanie problemów notorycznego braku pieniędzy, którą redakcja wykorzystała. W Sopocie na peronach kolejki łączącej Trójmiasto istniała sieć kiosków należących do jednej firmy. Na każdej stacji miała ona swój punkt sprzedaży. Postanowiono tam rozprowadzać pismo. „- Rozwiesiliśmy mnóstwo plakatów i naklejek, że tu można kupić Mać Pariadkę, i rzeczywiście się tam sprzedawała” – wspomina Niedźwiecka.[15] Od tej pory, jak przyznaje, skończyły się problemy finansowe, bowiem do redakcji dochodziły regularne wpływy ze sprzedaży pisma. Dzięki temu gazeta, mogła stać się miesięcznikiem.

Zdecydowanie się na kolportaż w oficjalnym salonie prasowym wymusiło na redakcji konieczność zalegalizowania pisma, przez co straciła ona w oczach niektórych czytelników swoją niezależność. Dodatkowo legalizacja była konieczna, by móc drukować pismo w legalnych drukarniach. W 1994 roku Mać Pariadka otrzymała numer ISSN 1232-7816. (cdn.)

 

Marcin Pielużek

 

Przypisy:

[1] W rozmowie z autorem;

[2] Jak wyżej;

[3] Na marginesie trzeba przyznać, że anarchistom zarzuca się sympatyzowanie z Polska Partią Socjalistyczną lub jak obecnie Nową Lewicą. Zresztą niejednokrotnie „na ulicy” słyszy się głosy, że tak jak Młodzież Wszechpolska jest młodzieżówką skrajnej prawicy, tak anarchiści spełniają podobna rolę w ramach skrajnej lewicy. Taki obraz wykorzystywany jest przeciwko anarchistom zarówno przez polityków jak i media;

[4] W rozmowie z autorem;

[5] Anna Niedźwiecka w rozmowie z autorem;

[6] W rozmowie z autorem;

[7] Choć w innym miejscu przyznaje, że „nasz światopogląd to było właśnie nie precyzowanie wolnościowego światopoglądu”;

[8] W rozmowie z autorem;

[9] W rozmowie z autorem;

[10] W rozmowie z autorem;

[11] Jak wyżej;

[12] W rozmowie z autorem;

[13] Wydawnictwo Man Gala Press wydawało także inne alternatywne pozycje. Między innymi Historię RSA Janego Waluszki, suplement do książki Daniela Grinberga Ruch anarchistyczny w Europie Zachodniej…Anarchizm w XX wieku, wegetariańskie pismo BEEK, poezję awangardową;

[14] W rozmowie z autorem;

[15] Jak wyżej.

(Visited 114 times, 1 visits today)

Leave a Reply

Your email address will not be published.

*