Inne

„Okrągły stół” w oczach publicystów (2). Między negocjacjami a wyborami

 

Trudne rozmowy dobiegły końca 5. kwietnia 1989 r. (do odwołania pracować miała wspólna komisja porozumiewawcza). Trzy główne zespoły:

podjęły stosowne ustalenia. Najistotniejsze z nich to:

·  utworzenie Senatu z liczbą 100 senatorów; wybory większościowe (po 2 senatorów z każdego województwa, a w woj. warszawskim i katowickim po 3);

·  parytetowe wybory do Sejmu – 65% miejsc (299 mandatów) miało być zagwarantowane dla PZPR, ZSL i SD (60%) oraz dla organizacji katolików – PAX, UChS i PZKS (5%); o pozostałe 35% miejsc (161 mandatów) mieli walczyć w wolnych wyborach kandydaci bezpartyjni;

· utworzenie urzędu Prezydenta PRL wybieranego przez Zgromadzenie Narodowe na 6-letnią kadencję;

·  zmiana Prawa o stowarzyszeniach, która umożliwiłaby rejestrację Solidarności;

·  dostęp opozycji do mediów (np. raz w tygodniu półgodzinna audycja w TVP, reaktywowanie Tygodnika Solidarność);

·  przyjęcie Stanowiska w sprawie polityki społecznej i gospodarczej oraz reform systemowych, jednak bez większych konkretów w sprawie reform gospodarczych.

Ogół społeczeństwa zdawał się być zadowolony. Ludzie żyli zbliżającymi się, a wyznaczonymi na początek czerwca, wyborami do Zgromadzenia Narodowego. Najistotniejszym pytaniem, jakie jeszcze podczas obrad postawił publicysta Polityki, stało się: Czy teraz Polska będzie inna? („Przy „okrągłym stole” dokonuje się podsumowań. Widać już dość wyraźnie obszary porozumienia i rozbieżności. Rozpoczęcie tych obrad było niewątpliwie momentem przełomowym. Czy ich zakończenie też będzie miało taki charakter? Czy w ich wyniku Polska stanie się inna?

Rozpoczęcie obrad przy „okrągłym stole” było aktem wielkiej obywatelskiej odpowiedzialności. Przejście do nowej formacji społecznej – bo taka jest istota toczących się w Polsce procesów – nie może odbywać się łagodnie i bezkonfliktowo. Fakt, że akcja toczy się jednak głównie przy stole obrad a nie na ulicach, wymownie świadczy o dojrzałości polskiego społeczeństwa do demokracji.”)[1]

Na to pytanie odpowiedzieć mogły dopiero przyszłe wydarzenia, choć nie brakowało głosów krytycznych nie tylko wobec ustaleń, ale samego faktu  negocjacji. Janusz  P. Waluszko z Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego napisał po latach, że układ okrągło-stołowy to nie sukces zorganizowanego społeczeństwa, lecz jego koniec: skreślenie ze statutu neo-„solidarności” strajku solidarnościowego i zastąpienie Samorządnej Rzeczypospolitej prywatyzacją, uwłaszczeniem obu nomenklatur, ale i przeróżnych mafii. To osłabienie społeczeństwa i wzmocnienie każdej władzy w nowej erze globalnego panowania.

Bardzo wyważony, acz krytyczny w tonie, jest głos dr Ryszarda Tomczyka, wybitnego malarza-surrealisty, jednocześnie krytyka literackiego i cenionego na Wybrzeżu publicysty polityczno-społecznego: „Sedno porozumienia z liderami Solidarności w lutym i marcu 1989 roku tkwiło (…) w narzuceniu tym ostatnim przekonania, że bez wzajemnego ułożenia się co do podziału władzy politycznej i gwarancji współudziału – nie ma drogi do rozwiązania napięć społecznych.  Ostateczny kształt władzy miały określić wybory w czerwcu tegoż roku. Ale ceną ustępstw na rzecz liderów Solidarności było zapewnienie z ich strony, że nie dotkną zgromadzonych przez partię dóbr materialnych i finansowych, że uszanują prawo PRL-u, powstrzymując się od rozrachunków i że zapewnią elicie peerelowskiej udział we władzy. Jak się wkrótce okazało, był to interes świetny, oparty na trafnej ocenie kontrahentów, którzy w końcu zrobili wszystko, by dotrzymać umowy.”[2]

Pojednanie narodowe stało się hasłem obowiązującym, choć nikt narodu o zdanie nie zapytał. Nie przeprowadzono w tak ważkiej sprawie referendum, co najprawdopodobniej uczynić należało. Przyszły rząd zafundował za to „grubą kreskę” w rozliczeniach z komunistami. Rozpoczął się podział Polaków nie tylko na zadowolonych lub niezadowolonych na tle ekonomicznym, ale też ze względu na realizację postanowień „okrągłego stołu”. Inna sprawa, że Polaków łatwiej podzielić, niż zjednoczyć. Udało się to jedynie Solidarności, jako ruchowi społecznemu, nie związkowi zawodowemu, latem 1980 roku.

„Zabrakło, ku rozpaczy ideologów kolejnych etapów „reformy” gen. Jaruzelskiego, prawdy jednej dla wszystkich.

PZPR jeszcze o nią walczyła (ekipie MNWHMorawski/Nowicki/Waglewski/Hołdys [najbardziej „politycznemu” zespołowi rockowemu końca lat 80.] – pozwolono bodaj na… 3 publiczne koncerty) – ale też już po cichu negocjowała ze ściganymi oficjalnie leaderami podziemnej S. Z chwilą zakończenia obrad „okrągłego stołu” rozbicie środowisk czynnych intelektualnie, w tym III obiegu, stało się raptem wybawieniem dla obu „wysokich, umawiających się stron”.

Głosy niewielkich, nie współdziałających lub nie znających się wręcz grupek, nie mogły podważyć kreowanego na siłę image’u „pojednania”. Ludzie Mazowieckiego, obnoszący wysoko sztandar S, który przestał dla nich znaczyć cokolwiek, mogli bredzić o „grubych kreskach” i skutecznie powstrzymywać lustrację, post-KOR-owcy monopolizowali mass-media – a byli towarzysze stali się uwłaszczonymi właścicielami narodu.”[3]

Proponowany przez negocjacje „okrągłego stołu” układ musiał jednak być zatwierdzony przez swoiste votum zaufania społecznego, czyli czerwcowe wybory. (cdn.)

 

Kamil Soroka

 


[1] Poprzeczko J., Okrągły stół. Pora podsumowań, „Polityka”, nr 12, 25.III.1989 r., s. 3;

[2] Tomczyk R., Na własne życzenie, „Ulica Wszystkich Świętych”, nr 7 (33), 29.VII.2002, s. 8;

[3] Przychodzki L. L., Przyjdzie walec i wyrówna, „Inny Świat”, nr 16, 2002, s. 17.

(Visited 17 times, 1 visits today)

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert