Podwyżka podatku dla najbogatszych
Ostatnio słychać wypowiedzi przedstawicieli różnych opcji politycznych, w których proponują podwyżkę podatków dla najbogatszych Polaków. Zacząłem się zastanawiać – czy podwyżka podatku najbogatszym naprawdę dotknie jedynie najbogatszych? Aby sobie na postawione pytanie odpowiedzieć, potrzebna do tego jest wyobraźnia, zwykła, wcale nie wybujała. Zanim tę wyobraźnię uruchomimy, konieczne jest zadanie sobie kolejnych pytań pomocniczych. Zacznę od pytania – kto w Polsce jest najbogatszym i jakie są relacje między nim a resztą towarzystwa – tą biedniejszą? Następnie należałoby sobie odpowiedzieć, jak zareaguje osobnik – choć bogaty – na uszczuplenie jego zasobów finansowych?
Zaczynając od pierwszego pytania, myślę, że nie popełnię dużego błędu, zaliczając do najbogatszych ludzi, zajmujących stanowiska kierownicze w firmach – tak prywatnych jak i państwowych. Jakie są relacje między kierownikiem a pracownikiem, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć… Każdy z własnego doświadczenia wie, jakie one są. Wiadomo też, iż podwładni stanowią biedniejszą część społeczeństwa – co do tego także nikogo nie trzeba przekonywać…
Pewnie domyślacie się także, jak osobnik na kierowniczym stanowisku zareaguje na uszczuplenie swojego uposażenia. Na wszelki wypadek wypowiem się w swoim imieniu – jak ja to widzę. Ze wszystkich stron docierają do mnie sygnały, niosące informacje o podejmowanych ruchach środowisk kierowniczych. Wszystko odbywa się zgodnie z „planem” i z moimi przewidywaniami.
Środowisko prezesów/dyrektorów obmyśla sposoby odzyskania utraconych apanaży. Sposoby sposobami, może być ich wiele, ale źródło, z którego można czerpać środki jest jedno – zyski firm. A ich podział – funkcyjnie – przynależy kierownictwu firmy. Aby więc kierownictwo pozostało – po oddaniu większej doli państwu – przy swoim, musi sięgnąć do kieszeni personelu z niższych ogniw, komórek czy szczebli struktury organizacyjnej firmy. Zaznaczę, że nie wierzę, aby ktoś z dobrej, niewymuszonej woli pogodził się z obniżeniem swoich zarobków – mając możliwość powrotu do stanu pierwotnego, choćby kosztem swoich podwładnych. Filantropów w Polsce – choćby i ze świecą szukał – nie znajdzie.
Dlatego ogłaszam, i to donośnym głosem, iż cała operacja, mająca na celu zubożenie bogatych – zuboży biednych! Znowu zauważamy słuszność powiedzenia: „Przysłowie prawdę ci powie”. A nie ma chyba takiego, kto by nie słyszał przysłowia: „Biednemu zawsze wiatr w oczy wieje”. I cóż Wy, Czytelnicy Mili, na moje dywagacje powiecie?
Ale to jeszcze nie koniec moich. Uważam, że polscy politycy, wszelkiej zresztą maści, potrafią myśleć wyłącznie o wyszukiwaniu źródeł cieków pieniężnych, toczących swoje nurty do budżetu państwa. A czynią to jedynie dlatego, by mieć większą pulę do podziału – między siebie także. Nasi politycy – jakieś tam – zmniejszenie dysproporcji płacowych mają w głębokim poważaniu.
Przecież nie sposób, żeby ludzie z dyplomami magisterskimi nie byli w stanie przewidzieć, na kim się skrupi taka operacja… Gdyby rzeczywiście chcieli zmniejszyć dysproporcje między najwyższą a najniższą pensją, wprowadziliby ustawowo regulację, ograniczającą rozpiętości płacowe. Np: „Różnice płacowe w jednym zakładzie pracy nie mogą przekraczać pięciu, czy sześciu najniższych pensji”. I sprawa byłaby załatwiona na medal. Zlikwidowano by też olbrzymie, pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia ekonomicznego, kominy płacowe. A może by – przy okazji – i protestów ubyło?
Tadeusz Śledziewski


Wszystkie tego typu propozycje czy faktyczne działania to klasyczny populizm, mądrzy o tym wiedzą, głupim tego nie wytłumaczysz.