Zwycięzca krwawą ma rację
Czyż chrześcijaństwo, poza bardzo nielicznymi wyjątkami, nie jest w istocie jednym wielkim bagnem nieprawości? Iluż znajdziesz w Kościele ludzi, którzy nie są pijakami, cudzołożnikami, wszetecznikami, hazardzistami, grabieżcami, mordercami, lub sumą tego wszystkiego ? A mówi się, że chrześcijaństwo oczyściło świat, uwolniło go od grzechu pogańskiego i utorowało drogę do prawdziwej cywilizacji?
Lloyd Graham
Siedział na drewnianej platformie i patrzył czujnie na odległe morze. Z wysokości wzgórza mógł dostrzec także okoliczne wioski, snujące się dymy, stada bydła i świń sennie krzątające się po łąkach, toczące się w tumanach kurzu wozy. Lecz ów monotonny rytuał codzienności nie zaprzątał jego uwagi. Od jego młodych, bystrych oczu zależało, czy trwać będzie on nadal, czy zamieni się nieoczekiwanie w piekło krwi i ognia. Wiedział, że w przeszłości przybyli tu morzem rogaci wojownicy, by pozostawić po sobie popiół i użyźnioną krwią ziemię, na której wyrósł młody las. Jego ojciec przyłożył ostrze siekiery do pnia drzewa wyrosłego na pogorzelisku. Uczyniło to wielu krępych mężczyzn o lnianych włosach i jasnych, smutnych oczach. Ich kobiety piekły na gorących kamieniach podpłomyki i oczekiwały uścisku ich żylastych ramion. Patrzyły trwożnie w niebo i ufnie w ich oczy, gdzie radość istnienia tonęła w przeczuciu bolesnej nietrwałości życia…
Sięgnął po dzban z wodą. Pił łapczywie. Dzień kończył swój pracowity obrządek. Czerwona kula słońca dotknęła horyzontu. Pomyślał, że wkrótce zakończy swój nudny i wyczerpujący dzień strażnika, opiekuna pomyślności i spokoju swych pozostawionych na dole sióstr i braci. Musnął go chłodny powiew i nagłe uczucie tęsknoty do żony i synka, do ludzkiego ciepła i radości wypełniających mrówczą ruchliwością dolinę. I właśnie wtedy dostrzegł na horyzoncie, tam gdzie niebo dotyka morza i zdaje się kończyć świat, małe punkciki. Słońce już zaszło, lecz siedział nadal i patrzył z napięciem i trwogą. Widział już czarne wrzeciona łodzi, nad którymi wzdymały się czerwone żagle…
Zerwał się na nogi i przyłożył do ust róg. Zadął na trwogę. Odpowiedzieli mu rozlokowani niżej strażnicy. W wioskach zaczął się gorączkowy ruch. Stada bydła i ludzkie gromady wyległy na drogę wiodącą na wzgórze. Rozwarto dębowe podwoje. Przerażony tłum wylewał się do wnętrza grodziska. Zrobił swoje, więc zeskoczył z rusztowania. Zacisnął rękę na rękojeści miecza. Poczuł zimną twardość żelaza. Krew waliła mu w skroniach. Od morza wiał lodowaty wiatr śmierci, choć świat otulał ciepły mrok letniej nocy…
Sambor przeciskał się przez ludzką ciżbę, wypełniającą kurzem i zgiełkiem obszerne klepisko, otoczone ziemnymi wałami. Szukał gorączkowo żony i małego synka, których zapewne przyniosła tu fala ludzkiej trwogi W czasie daremnych poszukiwań dowiedział się od przerażonego sąsiada, że jego kobieta, Ida, nagle zaniemogła i wraz z chłopczykiem pozostała w chacie na pastwę nadciągających grabieżców. Poczuł bezsilny gniew, rozrywający szponami miechy płuc i eksplodujący zwierzęcym rykiem, dobywającym się z gardzieli. Biegł jak szaleniec roztrącając ludzką i bydlęcą tłuszczę.
Wartownicy ryglowali właśnie dębowe wrota, kiedy Sambor dobiegł do bramy. Nie zastanawiając się powalił paroma ciosami pięści przerażonych i ogłupiałych mężczyzn, kopnął wrota, które rozwarły się nieco i pomknął w zapamiętaniu ku wiosce. W grodzisku panował nieopisany tumult, więc całe wydarzenie uszło ludzkiej uwadze, nie licząc wartowników, którzy z furią ciskali przekleństwa za znikającym w kurzu i mroku obłąkanym napastnikiem. Brama zatrzasnęła się ponownie, a ciężkie rygle opieczętowały z hałasem modlitwę nadziei, wznoszoną ku mrocznemu niebu przez bezradnych uciekinierów.
Dobiegł do wioski i uderzyło go milczenie i nieprzenikniona ciemność, panujące w opustoszałym siedlisku ludzkim. Nawet psy umknęły wraz z właścicielami na Wzgórze Schronienia. Kiedy po omacku przekraczał próg swej chaty posłyszał cichy płacz chłopca. W mrocznym wnętrzu nastąpił na psa, który ze skowytem poderwał się z polepy, gdzie zalegał u stóp legowiska. Ida wraz z synkiem leżała przykryta płachtą żubrzej skóry. Chłopczyk tulił się przerażony do rozgorączkowanej i półprzytomnej matki. Sambor uniósł głowę Idy i zaczął żarliwie całować. Chłopczyk wtulił się ze szlochem w jego mocarne ramię. Kobieta oddychała ciężko i była rozpalona gorączką, lecz czując bliskość swojego wiernego opiekuna z trudnością wycedziła słowa:
– Brzuch płonie mi ogniem. Tracę zmysły i zemrę pewnie. Ratuj dziecko przed pogromem, a mnie zostaw. Taki nasz los! – i głowa Idy opadła bezwładnie na futrzane legowisko.
Sambor zerwał się gwałtownie na nogi. Trzeba było działać! Zmacał krzesiwo i hubę, leżące obok paleniska i rozniecił ogień. Płomień strzelił jasno po suchym chruście i rozświetlił wnętrze chaty. Przez moment stał w bezruchu gorączkowo myśląc, co uczynić, aby zapobiec nieuchronnej tragedii. Podszedł do glinianego dzbana, stojącego w kącie chaty. Tak, to będzie jedyna obrona, jedyna droga ocalenia, źródło wiedzy ukrytej i tajemnej mocy, co wyzwoloną z człowieka energią może bieg rzeczy świata zmienić. Dziady i ojce jego plemiennej społeczności od wieków cenili świętą moc, mieszkającą w czerwonym, nakrapianym grzybie, którego nazywali pomuchlem lub amatem, a który dawał moce nadprzyrodzone zmysłom, otwierał przed oczyma światy nieznane, bestie i demony pozwalał okiełznąć i poznać odwieczne prawa kosmicznej ceremonii narodzin i śmierci światów, gwiazd, robaków, lisów, motyli, planet i ludzi… Wiedział też, że szamani strzegli tajemnicy używania tej świętej rośliny, bo dawała ona władzę nad ludem ciemnym, pomagała przejrzeć sprawy przyszłe, pogodę odgadnąć w czas żniw, klęski powodzi i gradobicia przewidzieć, naloty chmur szarańczy i niewidzialnej, a śmiertelnie niebezpiecznej zarazy w czas rozpoznać i ustrzec się przed jej kosą, w przeźroczu powietrza tajnie wiszącą, a bezlitośnie tnącą. Ale jego ojciec był przez lata pomocnikiem znachora, kształcił się na wiejskiego uzdrawiacza, ale najazd hordy wikingów z dalekiej wyspy, co się Rugią zwała, zabrał go ze świata żywych.
Ale Sambor przy ojcu arkana uzdrowicielskie i tajemnie dobywanie mocy z człowieczego umysłu poznał i wiedział, że grzyb z czerwonym kapeluszem, zrywany jesienią w brzezinach, suszony na słońcu i pity w wywarze lub z dymem wdychany, otwiera bramy poznania, prowadzi do światów podziemnych i niebieskich, do przewodników dusz i demonów zatraty, do wiedzy o tym wszystkim, co życiem człowieczym steruje i ku dobremu lub złemu wiedzie. Wielu nie wraca z takich wędrówek lub wróciwszy mętnym wzrokiem na świat spogląda i w apatii lub szaleństwie dożywa dni swoich, wyrzuconych poza nawias rodziny człowieczej. Ale kto wie, czego chce, czuje, że spotkanie z wiedzą wymaga ryzyka, nie zna też lęku i walczy o dobro ponadosobiste, zawsze wychodzi z tych wędrówek po zaświatach zwycięski i wiedzą nadludzką obdarzony, a wtajemniczony w arkana życia dobro może czynić i złu tamę postawić, a nade wszystko klan swój obronić… (Cdn.)
Antoni Kozłowski

