Błędne interpretacje trendów w USA (3)
Atlantycka wersja wolności
Kiedy Stany Zjednoczone zostały założone w 1776 roku, 13 lat przed rewolucją francuską, ojcowie założyciele nie zgadzali się, co do swojej koncepcji wolności i praw człowieka. W przeciwieństwie do francuskich wolterianów, nie myśleli o tych kwestiach zarówno z indywidualnego, jak i zbiorowego punktu widzenia. Dla nich wolność oznaczała po prostu możliwość robienia tego, co się chce w domu. Dlatego na przykład są uczuleni na zasadę obowiązkowych składek społecznych.
Ten sposób myślenia nie jest pozbawiony wad. Na przykład ich koncepcja „praw człowieka” jest w całkowitej sprzeczności z francuską koncepcją „droits de l’homme et du citoyen”. Z anglosaskiego punktu widzenia (odnosząc się do tradycji brytyjskiej) chodzi o ochronę siebie przed racją stanu. Wręcz przeciwnie, z punktu widzenia francuskich rewolucjonistów, chodzi mniej o to, aby nie być torturowanym na posterunku policji, a bardziej o udział w tworzeniu praw.
Debata na temat wolności słowa jest zniekształcona przez nakładające się siatki pojęć. Z przebudzonego punktu (ideologii) administracja Bidena uważała, że ma obowiązek informowania społeczeństwa o zagrożeniach związanych z COVID i uchronienia go przed chorobą. Z tego powodu zakazała wszelkich debat naukowych i ocenzurowała wszystkie odmienne opinie. Zgodnie z tradycją „ojców założycieli” rząd federalny nie powinien ingerować w sieci społecznościowe. Zgodnie z tradycją woltariańską państwo miało prawo nie zabraniać niczego, ale nakazać sądom zakazać wiadomości, jakie wprowadzały użytkowników Internetu w błąd i szkodziły ich zdrowiu (w tym przypadku były to wiadomości o powszechnym przymusowym zakupie niektórych leków, które powinny być celem).
Błędne interpretacje ewolucji Stanów Zjednoczonych
Kontynuując analizę błędnych interpretacji działań administracji Trumpa, wracamy do zamknięcia wielu agencji federalnych; powodu, dla którego planuje deportować Palestyńczyków oraz podejścia do wojny na Ukrainie.
Powrót do konfederatów
Stany Zjednoczone były zarówno konfederackie, jak i federalistyczne. Południowcy zostali pokonani pod koniec wojny secesyjnej, a ich zwycięzcy narzucili mit, zgodnie z którym wojna ta postawiła właścicieli niewolników przeciwko abolicjonistom. W rzeczywistości na początku wojny obie strony były pro-niewolnicze, a pod koniec obie były abolicjonistami. Prawdziwym problemem konfliktu było to, czy zwyczaje podlegały jurysdykcji stanów, czy rządu federalnego.
Poprzednicy Południowców też chcieli „minimalnego państwa federalnego”. W związku z tym odesłali wiele uprawnień z powrotem do stanów. To właśnie zrobił Donald Trump podczas swojej pierwszej kadencji, kiedy poparł przeniesienie kwestii aborcji z jurysdykcji federalnej do stanów. Osobiście nie wydaje się mieć jednoznacznego zdania na ten temat. Jego rywalka, Kamala Harris, jako „przebudzona”, popełniła błąd, przedstawiając go jako reakcjonistę, podczas gdy połowa stanów szanuje prawa kobiet i zezwala na dobrowolne przerywanie ciąży (IVG). To jedna z głównych przyczyn jej porażki.
Kiedy Donald Trump ogłosił utworzenie Departamentu Efektywności Rządowej (DOGE), zamierzał rozbić administrację federalną, która decydowała z Washingtonu, jak powinien żyć każdy obywatel – nawet oddalony 2500 kilometrów. To prawda, że postawił na czele tego urzędu libertarianina, Elona Muska, ale nie próbuje odchudzić rządu federalnego za pomocą reaganowskiego liberalizmu. Zamierza rozwiązać tysiące agencji rządowych, nie dlatego, iż są drogie, ale dlatego, że są, w jego oczach, nielegalne.
Pod pewnymi względami debata między mieszkańcami Południa i Północy, między konfederatami i federalistami, przypomina tę między żyrondystami a jakobinami podczas rewolucji francuskiej. Jednakże w Stanach Zjednoczonych stany federacyjne mają krótką historię, podczas gdy we Francji regiony mają tysiącletnią historię feudalną: przywracanie władzy prowincjom było zawsze postrzegane przez Paryż jako podejrzany proceder w kontekście rehabilitacji feudalizmu.
Ekspansja USA
Stany Zjednoczone, które w momencie powstania skupiały tylko 13 stanów federalnych, mają teraz 50, plus 1 okręg federalny i 6 terytoriów. Z punktu widzenia USA (ponownie, nie ma to nic wspólnego z Donaldem Trumpem) nie przestały się rozwijać. Od lat 30. XX wieku dążyły do wchłonięcia całego północnoamerykańskiego szelfu kontynentalnego, w tym Kanady, Grenlandii, Islandii i Irlandii, a także Meksyku, Gwatemali, Nikaragui, Kostaryki i Panamy, nie wspominając o całych Karaibach.
W tym narodowym nastroju Donald Trump ogłosił w swoim przemówieniu inauguracyjnym, że jego kraj będzie odtąd nazywał Zatokę Meksykańską „Zatoką Ameryki”, co zadekretował kilka godzin później. Oprócz faktu, iż obywatele USA nie uważają się za jako takich, ale za „Amerykanów”, słowo to odnosi się nie do lokalnej nazwy, ale do kolonizatora Amerigo Vespucciego.
Nie ogłosił aneksji Kanady, Grenlandii i Kanału Panamskiego, jak wcześniej wspomniał, ale kolonizację planety Mars. (Cdn.)
Thierry Meyssan
Tłum. Andrzej Filus

