Kongo nie-rządem stoi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wobec obecnego konfliktu w Kongo krąży wiele teorii i proponowanych jest kilka, co najmniej, rozwiązań. Ludzie, wierzący głęboko w Opatrzność i rychłe nadejście Sądu Ostatecznego twierdzą, że wojna to zrządzenie Boże. Antyglobaliści obwiniają Świat Zachodni, który ma być motu proprio każdego nieszczęścia na Czarnym Lądzie. Świat Organizacji Pozarządowych twierdzi, że tylko usunięcie skorumpowanych polityków i wprowadzenie bardziej przejrzystego systemu politycznego da nadzieje na pokój. Rasiści zaś z kolei są święcie przekonani, że czarny człowiek po prostu nie jest w stanie sam się rządzić – trzeba więc wysłać korpusy wojskowe i tym samym bardzo go uszczęśliwić.

A jakie są naprawdę przyczyny wojny w Kongo? Wojny, która nie zaczęła się w tym roku, która zaangażowała połowę kontynentu, słowem wojny, która jest teatrem, gdzie występuje wielu aktorów. A że fabuła sztuki jest zawiła i nigdy do końca nie wiadomo, kto jest bohaterem, a kto czarnym typem, to i zagubić się jest łatwo. Jednakże myślę, że Kongo dzisiejsze do złudzenia przypomina przedrozbiorową Rzeczpospolitą, której przyczyny upadku Polacy znają, lub przynajmniej znać powinni. A oto i moja analogia:

Kongo jest krajem dużym. W maleńkiej Europie pokryje Francję, Niemcy, Hiszpanię i inne małe kraiki zachodu. A Polskę – 7 razy. Nawet na Afrykę, Kongo jest kolosem. Tyle, że ten geograficzny kolos to kolos na glinianych nogach. Duże państwo jest politycznym i ekonomicznym karłem, którego zdaniem nikt sobie głowy nie zaprząta. Zupełnie jak Polska w czasach Sasów, gdzie nawet korpus dyplomatyczny został zdany na łaskę Saksonii, tudzież kiedy reprezentacja zbuntowanych Stanów Ameryki Północnej odwiedzająca dwory Europejskie w poszukiwaniu poparcia, szerokim łukiem ominęła dwór Stasia. Bo i po co im było tam zaglądać?

Nie tylko rozmiar jest przekleństwem Kongo. Ten kolos może się poszczycić typowym przykładem słabości rządu. Już tylko chyba Somalia ma słabszą egzekutywę. Kraj cierpi na brak skutecznych rządów. Podatki zbiera się wedle uznania i również wedle uznania lokalnej administracji podatki te są rozdawane. Instytucje państwa trwają już nie tyle w nieładzie, ale w stanie rozkładu. W takiej niemalże anarchii rodem z Hobbesa, tylko silni mają prawo przetrwać. Co zresztą czynią. Ach, iluż watażków i warchołów potrafi pomieścić ten kraj. Iluż naśladowników Kuklinowskich, Lubomirskich czy Chmielnickich jest w stanie znieść ludność i ziemia środka Afryki. Każdy, kto potrafi skrzyknąć watahę i odpowiednio ją uzbroić – staje się graczem politycznym. Ba, nawet międzynarodowym, jak uczynił to ostatnio sławny watażka Laurent Nkunda, o którym mówi się we wszystkich stacjach telewizyjnych. (Nkunda skrzyknął 4 000 ludzi, Chmielnicki miał o wiele więcej, a chyba na dworach ówczesnej Europy mniej się o nim mówiło niż o dzisiejszym Nkundzie).

Mimo, że Kongo jest w stanie bezwładu, to jednak przed ostatecznym upadkiem chroni je interes. Nie, nie Konga, ale wielu światowych potęg. Kongo jest miejscem bardzo strategicznym, ważnym na tyle, że żaden polityk o zdrowych zmysłach nie pozwoli, by zostawić je same sobie. Bajeczne złoża złota, ropy, miedzi, kobaltu, i sam Bóg wie, czego jeszcze – kuszą jak syreny załogę Odyseusza. Również środek Afryki, gleba urodzajna niczym czarnoziem na Ukrainie, czy odpowiednie warunki klimatyczne są miłym kąskiem. Kongo może być przyczyną wzrostu i upadku wielu. Ot, taki kraik jak Ruanda, ledwo zauważalny na mapie, który jeszcze próbuje złapać oddech po największej rzezi od czasów Pol Pota, taki kraik dzięki eksploatacji Konga i prowadzenia nieustannych kampanii militarnych (na terenie Konga, a jakże), stał się potęgą regionalną, z której głosem musi się liczyć każdy w tej części świata. I znów do głowy ciśnie się przykład Prus, kiedy to Fryderyk III zalewał Rzeczpospolitą fałszywą monetą, urządzał pobory do wojska i napasł terytorialnie swój kraj kosztem sąsiada.

Jednak nie bogactwo, ale relacje z państwami ościennymi powodują złudzenie historycznego dèja vu. Pamiętamy zapewne jak to armie carskie przewalały się po terenie Rzeczpospolitej, by wraz z Austriakami wyprawiać się na Prusaków? Jeszcze wcześniej takie wycieczki urządzali sobie Szwedzi przeciw Sasom i Rosjanom, Rosjanie zaś i Sasowie przeciw Szwedom… A wszystko na terytorium Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, którą stać tylko na to, by posłać delegację sejmową, proszącą intruzów szwedzkich o to, by sobie poszli. Pamiętamy? To Kongo też jest tak rozgrodzone, że każda świnia wlezie, używając języka pana Zagłoby. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to wojska Ruandy i Ugandy za daleko się zapędziły, za dużo zabrały, zostały wyparte przez Angolę i Zimbabwe. Przez kilka lat armie tych czterech krajów ganiały się po umęczonej ziemi, by wreszcie sprawiedliwie, po równo podzielić się wpływami i zasobami. Tak odbyła się „Afrykańska Wojna Światowa”. Oby nie pierwsza.

Są też i inne podobieństwa. Nasze wolne elekcje już tylko z nazwy były wolne. Ostatni król Polski w alkowie Carycy zaskarbił sobie polską koronę. W Kongo Mobutu Sese Seko też był dobrym dyktatorem, póki trwała Zimna Wojna. Gdy już Zimnej Wojny nie stało to i Mobutu musiał uciekać. Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie. Jego następca – Kabila, też w czymś się mocarstwom naraził, bo został szybko zabity, a na następcę wybrano… jego syna. Dopiero ostatnio zapytano w wyborach Kongijczyków, czy zechcą zatwierdzić ten wybór. Ale i Kabila jr. (Joseph) musi uważać, bo reformatorskie zapędy mogą doprowadzić go tam, gdzie skończył nasz król Staś. Krążą insynuacje, że rebelia Nkundy to kara i przestroga zarazem, by rząd Konga nie wchodził w układy z Chińczykami. W Kongo można zawsze znaleźć jakichś Branickich czy Rzewuskich, którzy za odpowiednią cenę zatroszczą się o interes kraju. Zresztą, Europa i USA potrafią pokazać, kto w Kongu rządzi. Kiedy rząd podpisał z Chinami porozumienie na budowę systemu komunikacyjnego, który pozwoliłby połączyć i zjednoczyć przeciętne przez nieprzebyte lasy państwo, to Bank Światowy (kontrolowany przez USA i Europę) skutecznie zablokował realizację tej inwestycji. Czyż nie to samo spotkało pierwszą Konstytucję w Europie, rozniesioną na bagnetach rosyjskich?

 

 

 

 

 

 

 * * *

Ale jak się potoczą dalsze losy Kongo? Nam, Polakom się nie udało. Przez ponad jedno stulecie musieliśmy znosić cudzą okupację. Czy Kongo czeka to samo? W jakiś sposób tak – wiele części tego kraju już de facto jest zarządzane z zewnątrz – dla przykładu, poczta we wschodniej części jest przesyłana przez Ruandę (via Cyangugu – przejście graniczne), lub Ugandę, kongijska zaś zniknęła w tej części kraju. Natomiast, na szczęście dla Konga, są też duże różnice. Rzeczpospolita została rozebrana przez trzy wielkie potęgi. Sąsiedzi Kongo do potęg raczej nie należą – i sami są targani głodem, rebeliami czy też widmem kolejnego ludobójstwa. Również prawdziwi gracze w Afryce – Amerykanie i Europejczycy nie są zainteresowani zmianami granic i towarzyszącym temu procesowi chaosem. Wystarczy już jednej Somalii. Kongo może wegetować, przeżywać kolejne rewolucje, inwazje i rebelie, ale granice mają być takie, jakie są. Przynajmniej na razie.

 

Radosław Malinowski

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*