JAKIE PIĘKNE ZMIĘTOJEDZOLENIE – opowiadanie

 

I.

Śmierć Freli wstrząsnęła całą resztą towarzystwa. Nie to, żeby nie wiedziały, że KONIEC się nie zdarza. Często całe wieczory spędzały na rozmowach chcąc zrozumieć zdarzenia, co do których miały podejrzenia, iż są KOŃCEM albo co najmniej jego zapowiedzią. Ich spokojne, filozoficzne usposobienie i wykształcona miesiącami powolność reakcji powodowały, że nie zadręczały się tą niepewnością ani nie wpływała ona na rozumienie i przeżywanie codziennego szczęścia. Jednak nagłe odejście jednej z nich, z którą jeszcze dwa dni wcześniej przechadzały się po łąkach, dyskutowały o ulubionych smakach oraz mniejszych i większych problemach, wyprowadziła je z równowagi. Jeżeli to był KONIEC, to miały pretensje. Nie o to, że zaskakujący, lecz że taki wprost brutalny.

Wszystko stało się tak nagle, iż pomimo upływu dopiero kilku dni, żadna nie była w stanie odtworzyć dokładnie przebiegu tego tragicznego dnia a właściwie kilkunastu godzin. Zaskakujące było też, że przecież, gdy Frela rodziła poprzednio, wszystko poszło idealnie. Błyskawicznie doszła do siebie i stanęła na nogi, gotowa powrócić do codziennych zajęć. Większość z nich doskonale to pamiętała. W takim niewielkim gronie, żyjącym razem, wszystkie dziewczyny bardzo się angażują w każdy poród. Tym razem od początku coś poszło nie tak. Późnym wieczorem zaczęła rodzić, lecz pomimo wysiłku i cierpienia oraz długiej pomocy wezwanego błyskawicznie lekarza urodziło się nieżywe. Leżała do rana ciężko oddychając. Lekarz i Opiekunowie przychodzili do niej co chwilę. Wciąż o czymś rozmawiali nachylając się nad nią. Starały się wyłowić z tych rozmów cokolwiek dającego nadzieję, lecz prawdę mówiąc, nic z tego nie rozumiały. Słuchały nie rozumiejąc. Nigdy nie męczyła ich niepewność jutra. Raczej paraliżował strach dnia bieżącego, o każdą z nich wzajemnie. Ból i cierpienie koleżanki odbierały i chłonęły oczami.

Frela odeszła nad ranem. Nie zamieniając jednego słowa wyszły wszystkie na pole, nie chcąc patrzeć, jak będą ją zabierać. Do końca dnia prawie całkowicie bezgłośnie wykonywały swoje codzienne zajęcia i obowiązki. Żadna się nie odezwała. Co jakiś czas któraś odważała się podnieść głowę i przerywając błądzenie oczami w okolicy nóg, szukała wzroku innej. Im bliżej było wieczora tym częściej i odważniej. Opiekunowie zauważyli zmianę w ich zachowaniu i przez cały dzień starali się przebywać z nimi jak najdłużej. Chociaż często miały na ten temat inne zdanie, to akurat w tym dniu ich obecność działała uspokajająco.

Minęło kilka dni, podobnych do siebie, lecz innych od poprzednich. Powoli nabierały odwagi do rozmów o tym, co się stało i spokój powracał pomiędzy ich myśli.

– To nie był normalny KONIEC – spacerowały po łące okalającej gospodarstwo, wpatrując się w kolorowy zachód słońca i w pierwszej chwili nie zwróciły uwagi na beznamiętne stwierdzenie Adeli. Jak gdyby jej uwaga dotyczyła oglądanego na zachodzie nieba pokazu światła i cieni. Stały tak jeszcze chwilę, po czym nie odzywając się do siebie, skierowały w stronę domu. Dopiero po wieczornych zajęciach z Opiekunami, kiedy zostały same, najodważniejsza jak zawsze Mirka zwróciła się wprost do Adeli.

– Co miałaś na myśli mówiąc tak?

– Pamiętacie zajęcia na łące dwie niedziele temu?

– Na której?

– Pod lasem? – dopytywały się jedna przez drugą.

– Tak, pod lasem, poniżej samotnego drzewa.

Zamilkły wszystkie nie zdejmując wzroku z Adeli, której spojrzenie błądziło tajemniczo po ścianach sprawiając wrażenie zamyślenia.

– A pamiętacie tego człowieka – cedziła słowa bardzo powoli – który próbował podejść wtedy do Freli i stojąc obok, coś do niej mówił?

– A co to ma do rzeczy? – Barbara, najstarsza w grupie, pokręciła kilkakrotnie głową.

– Daj jej powiedzieć, co myśli – ofuknęła ją Mirka i przysunęła się bliżej Adeli.

– Zauważyłam wtedy, że trzymał coś w ręce i próbował jej podać – spoglądała na wszystkie po kolei oczekując reakcji na swoje słowa.

Milczały.

– Uważam, że ten człowiek otruł Frelkę.

W mgnieniu oka wszystkie przerwały drobne czynności, wykonywane automatycznie każdego wieczora i znieruchomiały. Nieznośne milczenie zapadło w pomieszczeniu. Wypowiedziane przez Adelę słowa ponownie wprowadziły zamęt do ich głów, które co dopiero odzyskały spokój. Będąca najbliżej niej Mirka próbowała zagadnąć po cichu koleżankę:

– To straszne, jeżeli tak się stało. Może powinnyśmy jutro rano powiedzieć o tym podejrzeniu Adamowi?

– Zwariowałaś, pomyśl, co by się działo. Wpadłby w szał, przecież tak czekał na kolejnego potomka – ściszyła głos w obawie, że śpiący już pewnie za ścianą, wielki barczysty osiłek usłyszy jej szept. Kochały go wszystkie i bały się. Potrafił być porywczy, ale pilnował i czuły się przy nim bezpieczne. Nie wyobrażały sobie, żeby ktoś mógł się mu przeciwstawić. A on dzielił swoje względy równo i żadnej z nich nie zaniedbywał, ani nie odmawiał, kiedy tylko była taka potrzeba. Nie faworyzował któregokolwiek z potomstwa, jednak szczególną dbałość wykazywał o potomków męskich i bardzo szybko zagarniał pod swoje skrzydła, każąc sypiać u siebie jak tylko trochę podrosną. Zgadzały się na wszystko. Nie było im źle i miały przekonanie, że to głównie on oddziela je od wszelkiego zła, jakie mogłoby je dosięgnąć.

– Nie, stanowczo nie – jeszcze raz stwierdziła Adela – nie możemy mu powiedzieć. (cdn.)

 

Pingwin

(Visited 4 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*