Inne

Dzieci albo bezdomność – wybór należy do Ciebie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Młodzi ludzie mają do siebie to, iż widzą świat w barwach zdecydowanie różowych. Wydaje im się, że wystarczą studia, by znaleźć pracę, praca – by otrzymać kredyt, warunkujący zakup mieszkania etc. Potem okazuje się, iż trzeba szukać pracy poza granicami Polski, bo to, co jest, przynależy już starym rodzinnym klanom postkomunistycznych/postsolidarnościowych notabli. Mieszkanie także znajduje się poza zasięgiem, toteż trudno się dziwić rozpowszechnieniu modelu konsumpcyjnego – skoro i tak nie stać młodych (pracujących!!!) ludzi na własne „M” – trwonią to, co zostanie im z opłat, na weekendowe szaleństwa. A potem kolejne pięć dni w tygodniu harują, by przez dwa – stracić, co zarobili.

Korzystają w gruncie rzeczy jedynie wytwórcy dóbr (nie ci realni, tylko właściciele firm), którym sfrustrowana młódź powiększa wciąż stan konta. I o nic innego nie chodzi. Masy są ledwie po to, by oddać swe głosy podczas wyborów (kandydata wskażą im media) i powiększać majątek neoliberalnych elit.

Poza tym przestają być masami – od dwudziestu lat to jedynie zbiorowisko skłócanych sztucznie, atomizowanych i szczutych w miejscach nauki czy pracy – zestresowanych, zastraszonych, bez wizji przyszłości – atomów. Które stają wobec życia bezradne i dają się prowadzić na rzeź bez mrugnięcia okiem. Tak biernego społeczeństwa, jak polskie, nie da się chyba wskazać w całej „cywilizowanej” Europie. Zdalne sterowanie tym procesem za pomocą mediów i ciągłych „reform” trafiło na podatny grunt. Polacy zatracili dotychczasowe cechy narodowe – poczucie honoru, chęć walki nawet w sytuacjach teoretycznie beznadziejnych i „przedwojenny” system wartości, w którym kraj i rodzinę stawiano zawsze wyżej niż interesy jednostek. Ci, którzy wciąż hołdują starym zwyczajom, uważani są za pozbawionych poczucia realizmu straceńców i wcześniej czy później zostają sami – bez przyjaciół i swoich bliskich. Może i budzą szacunek, ale po cichu. Praktycznie ich postawa jedynie zakłóca wprowadzany przez neoliberalną, sprzedajną swołocz, ład. I to ich oskarża się najczęściej o demoralizowanie otoczenia. Dobro i mądrość są dziś przecież widziane niechętnie. Wiek XVIII powrócił, w bardziej tylko tragicznej, bo dotykającej większej ilości Polaków, postaci.

Tym bardziej śmieszą mnie wszyscy notable, opowiadający publicznie o pro-rodzinnej polityce państwa. Tak anty-rodzinnie jeszcze w naszej historii nie działano. Nawet okupanci niszczyli ledwie inteligencję, resztę społeczeństwa pozostawiając w spokoju, o ile nie buntowała się przeciw narzuconym z Berlina czy Moskwy prawom.

Teraz rzecz ma się odwrotnie – tylko nieliczni (potrzebni do wdrażania doktryny neoliberalnej w życie) mogą liczyć na przychylność biurokracji. Pozostałych rząd za wszelką cenę stara się sprowadzić do parteru, atakując na tak wielu płaszczyznach jednocześnie, iż nie pozostawia obywatelom pola do obrony. Większość zresztą poddaje się z góry, zgadzając się na każde świństwo, jakie mu się serwuje. Rodzina staje się fikcją, miejscem stałej konfrontacji dwojga zagubionych, przerażonych ludzi, co automatycznie przekłada się na ich potomstwo. Polska rodzina wieku XXI to takie samo pole walki, jak miejsce pracy, uczelnia czy zatłoczony tramwaj.

Około 45% związków w RP ulega obecnie rozpadowi. Myślę o wszelkich ich typach, nie tylko zalegalizowanych w USC. Wobec rosnących dokoła trudności szanse na przetrwanie mają tak naprawdę nieliczne rodziny. Oko w oko stają przeciw sobie dwa znoszące się modele wychowania: agresywnej, egoistycznej kobiety, z których co druga cierpi, iż nie została modelką lub bussinessswoman i leniwego, rozpitego mężczyzny, któremu gdzieś jeszcze dzwoni, iż powinien prowadzić dom ciężką ręką. Więcej czasu w takich rodzinach na kłótnie niż na próbę zrozumienia partnera. Partnerstwo zresztą jest w modzie – bardzo dużo się o nim mówi i pisze. Praktyka ma się do zalecanej rzeczywistości nijak – poprawne czy wręcz przyjacielskie stosunki dawnych par zastępuje zwierzęca walka o dominację, gdzie niedoszłe modelki poczynają sobie nie gorzej od swoich skacowanych macho. Podstawowe obowiązki domowe zaczynają młodym Polkom wręcz uwłaczać, mąż/kochanek staje się jedynie ciężarem, nie potrafiącym spełnić wszelkich zachcianek. Toteż bez zbytnich wyrzutów sumienia szukają „kogoś lepszego”. Często zrywają jeszcze przed urodzeniem pierwszego dziecka, wiedząc, iż im będą starsze, tym trudniej znaleźć im będzie kogoś, kto odpowie ich wymaganiom. Zmęczeni domowym piekłem i stałym niezadowoleniem kobiet panowie także „dążą do ideału”, lokując uczucia w kolejnej piekielnicy, która z początku gra zazwyczaj romantyczną i samotną miłośniczkę domowych pieleszy. Ale to tylko do pierwszej pensji nowej „zdobyczy”. Potem następuje przykre déjà vu.

Rozpad takiego „domu” jest czasami (dla wszystkich) jedynym rozsądnym wyjściem. Koszta ponoszą również wszyscy. Prawo jednak, wbrew kolejnym bredniom – tym razem o równouprawnieniu – staje w takich przypadkach zdecydowanie po stronie kobiet.

Dzieci zostają przy matkach a ich ojcowie zaczynają być ścigani, jako winni alimenty. Czasy dawnego ustroju nie wrócą, nikomu na tym nie zależy, poza nieświadomymi zwolennikami „Krytyki Politycznej” (samej redakcji również nie). Pracy jest mało a będzie jeszcze mniej.

Jeśli w takiej właśnie sytuacji komornik ma prawo zająć „do 60%” dochodów – poborów, rent, emerytur – to realia zwyczajnie straszą. Niechże zarobię te 2 tys. netto (na Ziemi Lubelskiej to niemal fikcja), to oddaję bez mrugnięcia okiem 1200 zł. Może starczy mi wówczas na opłaty i dojazdy do pracy. Na ewentualne leki i konieczne pożywienie – już nie. A zmiłuj nie ma, komornicy postępują zgodnie z prawem, tylko samo prawo jest nieludzkie.

Idiotyczny przepis doprowadził do sytuacji, kiedy ściągalność alimentów oscyluje w granicach… 12%. Pozostali ojcowie albo rejestrują się w pośredniaku, a jeśli pracują to na czarno, nie wykazując żadnych dochodów – albo wyjeżdżają z Polski, by pracować także na czarno, tylko za sensowniejsze pieniądze. Przechodzą do szarej strefy, gdyż w ramach UE mogą być ścigani w każdym należącym do niej kraju. Do końca życia muszą się liczyć z tym, iż staną się zwierzyną łowną, co w miarę postępującego wieku sprawia coraz mniejszą przyjemność.

Kończą tak samo – wobec braku przepracowanych ustawowo lat i ubezpieczenia – nie otrzymają rent ani emerytur (dzieci miewa się w młodym zazwyczaj wieku, toteż problem alimentów dotyka już dwudziestokilkulatków). Dopada ich wówczas (o ile nie wcześniej) bezdomność i jeśli nie zamarzną tej zimy, to następna im już nie daruje wobec permanentnego wycieńczenia organizmu. Optymiści powiedzą – zawsze można być bezdomnym w Hiszpanii czy na Sycylii. Tam klimat łagodny i zimy mniej straszne. Odpowiem im wówczas – próbujcie sami. Bezdomnym trudno być we własnym kraju, na obczyźnie – to samobójstwo na raty.

Gdyby nieszczęsne „do 60%” dochodów zastąpiono do „20%” – byłoby to po pierwsze wykonalne, mężczyźni nie uciekaliby w szarą strefę, odprowadzali podatki, płacili na dzieci i starczyłoby im od pierwszego do pierwszego. A potem mieliby renty/emerytury i nie spotykałby ich los tysięcy normalnych rodaków, z których prawo uczyniło wiecznych uciekinierów i bezdomnych lumpów. Przez 30 lat spłaty (tyle mniej więcej trwa kariera zawodowa) uregulowaliby wszelkie należności wobec dzieci i społeczeństwa, pozostając pełnoprawnymi obywatelami.

Neoliberałowie szczycą się ochroną praw kobiet, tymczasem skazują na poniewierkę tysiące (skala zjawiska wciąż rośnie) mężczyzn. Feministki biją brawo, Kościół udaje, iż problemu nie ma i dziwi się, że traci wiernych.

Prawnicy produkują kolejne ustawowe buble, a dzieci wciąż się rodzą.

Panowie, nim zostaniecie ojcami – zastanówcie się. Jedno dziecko będziecie w stanie utrzymać z legalnej/nielegalnej pracy. Nie zawsze, ale prawie zawsze. Ale już kolejne… Ojcostwo albo bezdomność, młody Polaku. Za tę, nie inną alternatywę podziękuj swojemu Sejmowi. Może panowie posłowie i tym razem nie wiedzieli, na co głosują. I wcisnęliby guziki na „tak” nawet, gdyby ustawa opiewała na 200% waszych poborów. Ich to przecież w najmniejszym stopniu nie dotyczy…

 

  Edward L. Soroka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Visited 19 times, 1 visits today)

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert