Inne

Własność prywatna: wróg czy sojusznik?

Kwestia własności prywatnej, obok obalenia państwa, od samego początku była jedną z najważniejszych w teorii anarchistycznej. O ile dla prawicowych anarchistów własność prywatna była rzeczą naturalną (i właśnie na niej w dużej mierze opierali swoją ideologię), lewe skrzydło ruchu wolnościowego we własności prywatnej widziało przeszkodę w urzeczywistnieniu swych ideałów. Dwaj „ojcowie anarchizmu” Piotr Kropotkin i Michaił Bakunin stawiali na szeroko pojęty kolektywizm i własność społeczną, zaś własność prywatna była według nich podstawową przyczyną nierówności i podziałów społecznych. Niestety pobożne życzenia klasyków nie wytrzymały próby zetknięcia się idei z rzeczywistością. Większość ludzi rzecz, która z definicji ma należeć „do wszystkich”, zazwyczaj interpretuje jako res nullius. Z autopsji przecież znamy wiele przykładów, kiedy wydajność pracy gospodarstwa kolektywistycznego jest kilkakrotnie mniejsza od wydajności gospodarstwa prywatnego czy indywidualnego. Nawet w czasach socjalistycznych władza musiała premiować lepszych pracowników, aby zwiększyć wydajność pracy. A propos – do podobnych wniosków doszły również argentyńskie rady pracownicze, które po kryzysie 2002 r. przejęły część zakładów pracy.

Wielbicielom własności społecznej proponuję bliżej zapoznać się z pewnym mało znanym epizodem z okresu wczesnej (1917 r.) działalności Nestora Machno. Powróciwszy po rewolucji lutowej do rodzimego powiatu, mając poparcie w miejscowych radach, zaczął przyszły lider anarchistycznej partyzantki wdrażać anarchistyczne idee w życie. Jako jeden z pierwszych (wbrew zakazom Rządu Tymczasowego) zaczął rozparcelowywać ziemię obszarniczą, czym zyskał sobie dużą popularność wśród miejscowego chłopstwa. Średniozamożni chłopi jak wiadomo stanowili trzon późniejszej „machnowszczyzny”. Dzieląc ziemię, Machno miał nadzieję, że pod wpływem propagandy anarchistycznej chłopi zaczną dobrowolnie łączyć się w komuny. Niestety – plany Machno poniosły fiasko. W powiecie powstało kilka komun (z różnych przyczyn żywot ich nie był długi), największa z nich (im. Róży Luksemburg) liczyła zaledwie 200 osób wraz z dziećmi.  Podobnie było i w innych częściach Rosji. Chłopi witali radośnie władzę rad, gdy dawała im ziemię i chwytali się za broń, gdy próbowano ją odebrać lub ograniczyć ich w prawach do jej władania. Tylko strasznym terrorem w latach 30. XX w. władza radziecka zdołała zapędzić chłopskich indywidualistów do kołchozów.

O pozostawienie (przynajmniej częściowe) własności w rękach prywatnych apelowała też część hiszpańskich anarchistów (z tak zwanego obozu centrowego) podczas hiszpańskiej wojny domowej: „Z drugiej strony odnoszę się z rezerwą do uspołecznienia małego przemysłu, jako „konieczności wojny” i czuję się zobowiązany polemizować z towarzyszami, którzy chcą maksymalnie rozszerzyć uspołecznienie przemysłu” – pisał  Kamilio Berneri. Brak przemyślanej reformy rolnej często był przyczyną klęski wielu rewolucji wolnościowych (vide: rewolucja lutowa w Rosji, rewolucja w Hiszpanii).

Oczywiście oponenci przytoczą teraz mnóstwo przykładów, kiedy kolektywistyczne idee udało się wcielić w życie. Jeśli jednak przyjrzymy się tym przykładom z bliska, to prawie zawsze pojawia się pewne „ale”. Zazwyczaj takie twory powstawały pod dużą presją ideologiczną (często dobrowolną). Swoistym „kolektywistycznym” zwycięstwem można nazwać np. izraelskie kibuce. Kibuce w latach 50–60-tych ubiegłego wieku były przyczyną izraelskiego cudu rolniczego. Obecnie jednak, gdy większość działaczy syjonistycznych odeszła z tego świata, większość kibuców przeszła na relacje rynkowe albo jest dotowana przez państwo. Ludzie nie mogą żyć ciągle pod presją, nawet jeśli początkowo poddają się jej dobrowolnie. Zwyczajny człowiek w ogóle stara się być jak najdalej od wszelkiej ideologii, a jeśli chcemy uzyskać konkretny wynik, to powinniśmy zyskać przychylność właśnie tych „prostych” ludzi, a nie sekciarzy, nie mających za dużo wspólnego z otaczającą ich rzeczywistością.

Gospodarstwa kolektywistyczne tylko z punktu widzenia logiki matematycznej wyglądają bardziej perspektywicznie niż małe gospodarstwa prywatne. Jednak logika matematyczna jest dobra w teorii, w życiu realnym zazwyczaj przegrywa, bo nie uwzględnia jednej bardzo ważnej rzeczy – czynnika ludzkiego.

Walka z własnością prywatną jest walką skazaną od samego początku na porażkę. Powiem więcej – to, co dotychczas anarchistyczna brać uważała za wroga, może (śmiem twierdzić, że nawet powinno) stać się sojusznikiem. Człowiek tylko wtedy będzie bronił czegoś, jeśli to coś będzie należało do niego. Nie znaczy to, że trzeba uznawać każdą własność prywatną. W tym miejscu warto oddać głos dwóm amerykańskim libertarianom: Murrayowi Rothbardowi i Karlowi Hessowi: „Libertarianizm (…) nie jest pod każdym względem reformistyczny. Jest pod każdym względem rewolucyjny. (…) Prawda jest taka, że libertarianizm popiera zasady własności, ale w żaden sposób nie chce bronić każdej własności, nazywanej obecnie prywatną. (…) Jest on daleki od podzielania wspólnej płaszczyzny z tymi, którzy chcieliby ustroju (…), w którym superkapitaliści mieliby swobodę gromadzenia ogromnych majątków i mówią, że to właśnie jest ostatecznym, najważniejszym celem wolności. (…) Libertarianizm jest ruchem ludowym i wyzwoleńczym. Dąży do otwartej, nieprzymusowej społeczności, w której ludzie żywi, wolni, mogliby dobrowolnie się stowarzyszać, opuszczać stowarzyszenia i uczestniczyć w decyzjach dotyczących ich życia (…). Oznacza to, że ludziom wolno zbiorowo lub indywidualnie organizować zasoby ich bezpośredniej wspólnoty”.

Własność prywatna nie powinna i nie może stać na przeszkodzie syndykatów, federacji, kolektywów czy federacji pracowniczych. W wielu przypadkach łączenie się w grupy jest potrzebne, a nawet niezbędne, np. w wypadku zagrożenia zewnętrznego. O ile oczywiście związek ten będzie dobrowolny i udziałowiec w każdej chwili będzie mógł z niego wystąpić.

W odróżnieniu od teoretyków z XIX wieku twierdzę, że własność prywatna nie rujnuje relacji międzyludzkich, a właśnie buduje je i umacnia. Jest źródłem ludzkiej solidarności. Nie są to gołosłowne slogany. Radzę przyjrzeć się dokładniej amerykańskiej (farmerskiej) prowincji, gdzie tendencje spółdzielcze pomiędzy indywidualnymi gospodarstwami rolnymi są bardzo silne. W samym centrum światowego indywidualizmu relacje międzyludzkie są na podziw mocne, w odróżnieniu od społeczeństw „po-socjalistycznych”, gdzie więzi lokalne są bardzo słabe. Ludzie na amerykańskiej prowincji zdają bowiem sobie sprawę, iż przeciwstawiać się niebezpieczeństwu razem jest o wiele łatwiej niż w pojedynkę, mimo to nikomu z nich nie przychodzi nawet do głowy „zapędzać się w kołchozy”.

Pisałem wyżej, że obrona własności prywatnej w żadnym wypadku nie oznacza obrony każdej własności. Większość obecnych fortun finansowych powstała w dużej mierze dzięki wstawiennictwu państwa. Niektóre gałęzie gospodarki trzymają się tylko i wyłącznie na dotacjach państwowych. Najlepszym przykładem jest przemysł zbrojeniowy. Setki miliardów rocznie rządy wpłacają na konta firm produkujących „wojnę”. Wypowiadam się tutaj nie tylko z pozycji pacyfistycznych. Wręcz przeciwnie  uważam, iż broń dla obrony własnej powinna być dostępna bez ograniczeń. Ale dla obrony siebie i rodziny wystarczy karabin i kilkaset nabojów, a nie supernowoczesny czołg, którego koszta produkcji sięgają kilkunastu milionów (płaconych zresztą z kieszeni podatników).

W wypadkach, gdy własność prywatna (czy w tym przypadku quasi-prywatna) jest wynikiem kradzieży czy kradzieży legalnej – dofinansowania z kieszeni obywateli (a jej owoce są często później wykorzystywane przeciwko tymże obywatelom), obywatele mają pełne prawo do jej likwidacji.

Dlatego reasumując te moje wywody, twierdzę: my, anarchoregionaliści, w żadnym wypadku nie jesteśmy przeciwnikami własności społecznej, przejmowania przez pracowników zakładów pracy, zakładania  kooperatyw i federacji produkcyjnych (o ile są dobrowolne) — tak samo jednak bronimy prawa tych obywateli, którzy nie chcą łączyć w podobne struktury, wolą pracować u producenta prywatnego i bronić swych praw za pomocą związków zawodowych i samorządów pracowniczych lub wolą pracować na swoim (rodzinne i indywidualne gospodarstwa rolne, małe przedsiębiorstwa itp).

Nie twierdzę, że własność prywatna nie powinna mieć żadnych ograniczeń. Jeżeli eksploatując swoją własność właściciel prywatny narusza interesy innych właścicieli lub godzi w interes społeczny (lokalny, gminny) — to miejscowa ludność (sąsiedzi) na tę osobę (przedsiębiorstwo) mogą i muszą wywierać nacisk, w celu zmiany jego zachowania.

 

Antoni Pacuk Radczenko

(Visited 40 times, 1 visits today)

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert